czwartek, 31 grudnia 2020 | By: Annie

Nowy rozdział

                  W to ostatnie popołudnie 2020 roku wrzucam zdjęcia moich książkowych nabytków z listopada i grudnia – ku pamięci, na pamiątkę. Chyba podobnie jak wiele innych osób, mam w sobie potrzebę, aby symbolicznie zamknąć ten rok, postawić kropkę i otworzyć nowy rozdział w mojej przygodzie z literaturą. Od jutra czysta kartka, czyste konto (choć kilka paczek z książkami już w drodze do mnie :P). W ostatnim czasie niestety totalnie zapuściłam blog i czytanie - pochłonęło mnie życie – pakowanie, urządzanie, przeprowadzka i taka zwykła, choć piękna codzienność z moją dwulatką. Ale wrócę, już za chwilkę… to jedno z moich noworocznych postanowień. :)


niedziela, 15 listopada 2020 | By: Annie

"Piąte dziecko" - Doris Lessing

                       Obserwując współczesną literaturę polską mam wrażenie, że my, Polacy, mamy w sobie nadal bardzo silnie zakorzenione oczekiwanie, że to, co w pisarstwie wybitne, powinno być równocześnie trudne i nieprzystępne. Że, aby zaliczyć książkę do prozy z najwyższej półki, trzeba się najpierw przy jej lekturze odpowiednio namęczyć i napocić, najczęściej mozolnie rozszyfrowując ‘co autor miał na myśli’. Wydaje mi się, że światowa literatura poszła w zupełnie inną stronę – Nobliści piszą dla każdego, można ich kupić w kiosku w metrze lub na lotnisku. Wielka literatura otwiera się na każdego czytelnika, co uważam za wspaniałe. Oczywiście są to moje czysto subiektywne spostrzeżenia, jest kilka wyjątków (np. Tokarczuk), mogę się również całkowicie mylić. Niemniej sama nadal widzę w sobie te oczekiwania i ciągłe zaskoczenie przy odkrywaniu kolejnych nazwisk z najwyższej światowej półki - Eugenides, Atwood... A teraz Doris Lessing. Jak przystępna i łatwa w odbiorze jest to literatura - jej siła tkwi nie w zawiłych zdaniach, a właśnie w prostocie i przystępności. Możesz być profesorem filologii lub zwykłym, niedoświadczonym czytelnikiem – i w równym stopniu jest to książka dla każdego z was… Ot, takie przemyślenie mnie naszło tytułem wstępu, na świeżo po niezwykle satysfakcjonującej lekturze "Piątego dziecka".

                      Bohaterami powieści Doris Lessing są Harriet i Dawid – młodzi ludzie, którzy mocno wyróżniają się na tle swoich rówieśników. Zamiast snuć plany o karierze, wygodnym mieszkaniu czy podróżach, postanawiają poświęcić swoje życie rodzinie – marzą o całej gromadce dzieci i olbrzymim domu od rana do wieczora wypełnionym śmiechem bliskich. Ich z początku idealne, sielskie życie odmienia się, gdy na świat przychodzi piąte dziecko… dziwny i trudny Ben, a Harriet, choć postępująca zgodnie z nakazami moralnymi ludzi ze swojego środowiska, zostaje przez nich potępiona…

                      Bliska była mi ta historia ze względu na macierzyńskie trudy bohaterki, jak również przez to, że znam kilka par z podobnym planem na życie – zawsze patrzę na nich z lekkim przerażeniem pomieszanym z fascynacją. Uważam również, że zamiast prowadzić kolejną wtórną, jałową dyskusję na temat aborcji lub spełnienia kobiety w roli matki - warto po prostu przeczytać tę książkę, aby przekonać się co dzieje się z rodziną, gdy pojawia się w niej chore dziecko. I czy w takiej sytuacji ktokolwiek obcy ma prawo ingerować, oceniać, narzucać coś 'z zewnątrz'... Jeden zgrzyt – nie rozumiem zupełnie maniery tłumaczenia imion, w dodatku przecież nie wszystkie da się tak łatwo przełożyć. W efekcie powstały tu dziwne hybrydy: Paweł i Janeczka mają na nazwisko Lovatt, babcię o imieniu Molly itd. Ale to drobiazg. Książka jest bezbłędna literacko, cudownie obyczajowa. Dotyka, porusza, nie ma tu jednej zgrzytającej emocji, zbędnego zdania. Jest jak zajrzenie przez dziurkę od klucza w cudze życie – niezwykle intymny, szczery portret rodziny, ale bez komentarza, wartościowania czy narzucania poglądów. Ot, genialnie uchwycona obserwacja, pozostawiona do indywidualnej oceny w sercu czytelnika. Myślę, że właśnie w tym tkwi moc tej książki - w jej prostocie, autentyzmie i przestrzeni dla myśli oraz uczuć. Ja jestem zachwycona i zacieram już ręce na kolejne spotkania z Doris Lessing.

„Arystokraci, owszem, oni mogą rozmnażać się jak króliki, tego się też spodziewają, ale mają na to pieniądze. Biedacy mogą mieć dzieci, z których połowa umiera, ale oni tego się spodziewają. Jednak ludzie jak my, pośrodku, muszą przywiązywać wagę do tego, ile mają dzieci, żeby móc się o nie troszczyć. Mam wrażenie, że nie przemyśleliście wszystkiego…”

wtorek, 10 listopada 2020 | By: Annie

"Jedwab" - Alessandro Baricco

                    Moje pierwsze spotkanie z Alessandro Baricco i... hmmm... w sumie sama nie wiem co myśleć... "Jedwab" to króciutka, nastrojowa opowieść rozgrywająca się w drugiej połowie XIX wieku. Główny bohater jest Francuzem, który wyrusza w daleką drogę do Japonii, by sprowadzić zdrowe jajeczka jedwabników. Na miejscu spotyka pewną tajemniczą, młodą dziewczynę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia...

                  Książka jest bardzo lapidarna, subtelna, eteryczna i nieco poetycka. Więcej tu niepowodzeń niż samej treści - przyznam, że tkwi w tym pewien urok. Podobał mi się styl autora, ale niestety, nie do końca przemówiła do mnie sama historia. Czy tylko mi, kiedy czytam o dorosłym facecie zakochującym się w dziecięcej bohaterce, od razu pojawia się w głowie wielki, czerwony napis 'pedofila'? W związku z tym nie uwierzyłam w tę historię miłosną, nie poruszyła mnie, wręcz wydała się trochę niesmaczna. Na co dzień raczej trudno jest mnie zgorszyć, więc może to kwestia jakiegoś przeczulenia - sama jestem przecież mamą małej dziewczynki. Wiem, że książka jest bardzo popularna i ma wielu fanów, mi niestety nie udało się w niej dostrzec niczego wyjątkowego - szkoda, bo nastawiłam się na literacką ucztę. Natomiast na pewno doceniam styl i język, więc myślę, że to po prostu kwestia tego, że nie podszedł mi temat. Skuszę się na pewno na jeszcze jedno spotkanie z tym panem - na półce czeka już "Panna młoda".

niedziela, 8 listopada 2020 | By: Annie

Październikowy napad książkoholizmu

                  Poniosło mnie w październiku… Nie miałam pojęcia, że tyle nakupiłam, dopóki nie zebrałam do zdjęcia wszystkich nowych książek, które już zdążyły się rozproszyć po całym mieszkaniu. Zamawianie nowych lektur to dla mnie sposób na relaks i odstresowanie – chyba nie muszę w takim razie pisać, że październik był dość trudnym miesiącem... Jestem pewna, że będę płakać nad swoją pazernością przy przeprowadzce, dźwigając kolejne kartony pełne książek, ale co poradzić – okazje były zbyt dobre, żeby je przepuścić. :D Nadal jestem na etapie uzupełniania karygodnych braków w moich zbiorach, stąd takie tytuły jak „Pani Bovary” czy „Atlas zbuntowany”. Kompletuję również twórczość ulubionych autorów oraz dokupuję książki, które już czytałam, które ogromnie mi się podobały, ale dotychczas nie miałam własnego egzemplarza. Oprócz tradycyjnych zamówień, dużo poluję i szperam na allegro oraz OLX, z czego frajdę mam ogromną. Uwielbiam podglądać cudze zakupy, dlatego chętnie podzielę się też swoimi. Zatem kto ciekaw, co nakupiłam – oto nowości w mojej biblioteczce:

wtorek, 3 listopada 2020 | By: Annie

Doris Lessing... początek nowej literackiej przygody

                       To nie będzie moje pierwsze spotkanie z tą wybitną pisarką – lata temu przeczytałam „O kotach” - to było moje chyba najwcześniejsze liźnięcie literatury z najwyższej światowej półki, a zarazem jedna z pierwszych książek 'dla dorosłych', które przeczytałam. Pamiętam jak pochłonęłam tę pozycję w jedno wakacyjne popołudnie, pamiętam również poczucie, że jest to lektura inna, trudniejsza niż wszystko, co dotychczas czytałam. Nie powiem, że byłam zachwycona i do razu wiedziałam, że to przyszła Noblistka i genialna pisarka – o Doris Lessing nie słyszałam wówczas nic. Niemniej książka zrobiła na mnie wrażenie i odcisnęła się w mojej pamięci. Dlatego wierzę, że naprawdę wielka literatura broni się sama - gdzieś podskórnie, nawet prosty, niedoświadczony czytelnik może wyczuć, że ma do czynienia z wyjątkowym talentem. No i po tylu latach, już jako dorosła, wracam do miejsca w którym skończyłam. I z niego wyruszam w nową literacką podróż... Zaraz stanę przed moją biblioteczką i wyłowię jedną z powieści Doris Lessing. A potem całą duszą zanurzę się w wyjątkowej literaturze...

poniedziałek, 2 listopada 2020 | By: Annie

"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" - Stuart Turton

                         Jak każdy mól książkowy czytam dużo, zachłannie i intensywnie, więc siłą rzeczy coraz trudniej jest mnie literacko zaskoczyć czy zadziwić – tej książce się to jednak udało. „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” to kryminał, ale przewrotny i inny niż wszystko, co dotychczas czytałam, choć puszcza oko w kierunku klasyki gatunku. Mamy tu bowiem odciętą od świata mroczną posiadłość, morderstwo oraz ograniczony krąg podejrzanych osób. Nietypowy jest natomiast nasz narrator, który usiłuje rozwiązać zagadkę – wciela się w ciała ośmiu gości i przeżywa z ich perspektywy dzień popełnienia zbrodni. Co ciekawe, występuje we wszystkich tych wcieleniach równocześnie - może się zatem komunikować ze sobą z przeszłości i przyszłości…

                         Cofanie się w czasie, modyfikowanie wspomnień - zawsze wydawało mi się, że to jedne z najtrudniejszych zabiegów fabularnych w literaturze – bardzo łatwo tu o błąd lub przekombinowanie. Tym bardziej jestem pełna podziwu dla autora, dla jego umysłu, logiki, skrupulatności – po mistrzowsku i w sposób przystępny dla czytelnika opanował historię aż na ośmiu płaszczyznach czasowych! Zagadka jest niezwykle misternie utkana, każdy szczególik znajduje się dokładnie na swoim miejscu, czytanie tej książki porównałabym do układania ogromnych puzzli – dla mojego logicznego, nieznoszącego nieścisłości umysłu była to czysta rozkosz. Czapki z głów. Natomiast jeśli miałabym coś poradzić przyszłym czytelnikom, to na pewno warto sięgnąć po tę pozycję w momencie kiedy ma się czas i pełne skupienie – myślę, że najlepiej byłoby przeczytać ją w dwa, trzy dni, a nie jak ja – na raty, przez dwa tygodnie. Wydaje mi się, że mogło mi przez to umknąć parę smaczków i detali. Przyznam, że dawno nie zdarzyło mi się, żeby jakaś lektura w takim stopniu opanowała mój umysł – rozmyślałam o niej w każdej wolnej chwili, śniłam o bohaterach. To była fascynująca, niezapomniana przygoda!

sobota, 31 października 2020 | By: Annie

"Upiorne opowieści po zmroku" - Alvin Schwartz

                     Wiem, że to oklepane, ale co poradzić – rok w rok w okolicach Halloween lubię sięgnąć po jeden lub kilka horrorów. Zatem pierwsza lektura za mną i… wrażenia mam mocno mieszane. Przede wszystkim zaskoczyło mnie jak krótka jest to pozycja – kupiłam ebooka, więc na pierwszy rzut oka jakoś umknęła mi jej objętość. „Upiorne opowieści po zmroku” to książka do połknięcia dosłownie w godzinę – zbiór króciutkich ludowych legend i podań - takich historyjek, które opowiada się przy ognisku lub po zgaszeniu światła na koloniach. Przyznaję, parę razy miałam ciarki na plecach i czułam lekki niepokój, na pewno nie chciałabym czytać niektórych historii będąc sama w domu, choć ze mnie jest cykor okropny, więc raczej nie jestem tu obiektywna. W każdym razie - potraktowana jako ciekawostka lub inspiracja do nastraszenia znajomych – książka daje radę. Ale nie jest to pozycja, która zasługiwałaby na szczególną uwagę, a na pewno nie na miano ‘kultowej’. Z nienasyconym apetytem idę zatem poszperać w swoich zbiorach w poszukiwaniu prawdziwie emocjonujących doznań horrorowych na dzisiejszy wieczór.

sobota, 24 października 2020 | By: Annie

"Pieprzenie i wanilia" - Joanna Jędrusik

                     Siódmy dzień kwarantanny. Oprócz generalnych porządków przed przeprowadzką, czas mija nam głównie na układaniu klocków, kolorowaniu i zabawie w chowanego. Ja natomiast, kiedy tylko mogę, wietrzę umysł poprzez literaturę. W ostanie dni wyruszyłam w czytelniczą podróż po obu Amerykach – a to wszystko za sprawą nowej książki Joanny Jędrusik o wdzięcznej nazwie „Pieprzenie i wanilia”. Rok temu połknęłam jej debiut 50 twarzy Tindera” – genialny portret pokolenia obecnych 20-30-40-latków randkujących w wielkich miastach – gorąco polecam. Tym razem pora na Tindera w podróży. ;) Jednak oprócz zabawnych, randkowych perypetii, jest to przede wszystkim bardzo słodko-gorzka lektura, w której nie brakuje naprawdę celnych, ciekawych obserwacji na temat współczesnego świata, turystyki, dyskryminacji kobiet i mniejszości, oraz zmagania się z własnymi demonami. A to wszystko ubrane w soczysty, odważny język i dużą dawkę dowcipu. Ogromnie podobały mi się spostrzeżenia autorki na temat mieszkańców poszczególnych amerykańskich miast - rozdział o Nowym Jorku zachwycił mnie i nieco utulił moją tęsknotę. Jednym słowem była to książka idealna do czytania podczas dłużących się dni kwarantanny – bardzo przyjemnie zwiedziłam kawałek świata nie ruszając się z fotela. W dodatku w fantastycznym, mądrym, kobiecym towarzystwie.

piątek, 23 października 2020 | By: Annie

"Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi" - Ina Nacht

                   Jesienna aura i coraz wcześniej zapadające ciemności rozbudziły we mnie nagły apetyt na klimatyczny kryminał. Po „Sprawdź, czy ktoś za tobą nie stoi” sięgnęłam niemal w ciemno - skusił mnie intrygujący tytuł, a także okładkowa zapowiedź mrocznych kotlin, w których drzemie ukryte zło. Co otrzymałam? Historię tajemnicy worka z ludzkimi szczątkami odkrytego przypadkiem w ogrodzie. Poznałam również Karinę - młodą policjantkę, która właśnie ropoczęła pracę w kłodzkim wydziale kryminalnym. Owa pozycja to przeciętny kryminał, choć z naprawdę przyzwoitym nastrojem, sprawnie opowiedzianą historią, kilkoma zaskakującymi rozwiązaniami fabularnymi oraz ciekawymi, nietuzinkowymi bohaterkami. Dawno nie czytałam nic w tym gatunku i nie miałam w sumie żadnych większych oczekiwań, więc podobało mi się. Ale myślę, że nałogowi miłośnicy kryminałów będą raczej rozczarowani. Ja czekam na kolejne tomy z serii – sięgnę z przyjemnością. Dobra, klimatyczna rozrywka na jesienny wieczór.

czwartek, 22 października 2020 | By: Annie

"Middlesex" - Jeffrey Eugenides

                   Muszę przyznać, że w tym roku jestem naprawdę dumna z mojego czytania – nie tyle z ilości, co z jego jakości. Udaje mi się bowiem sięgać po pozycje-wyzwania, które planowałam przeczytać latami, a których zawsze nieco się obawiałam, onieśmielona ich sławą bądź rozmiarami. Pozycje, które wciąż i wciąż odkładałam na niesprecyzowane ‘później’. W tym roku najwyraźniej nastał ich czas. Pierwsze tygodnie jesieni upłynęły mi w towarzystwie „Middlesex” – opasłej powieści pióra Jeffrey’a Eugenidesa, opowiadającej o emigranckich dziejach greckiej rodziny w USA, a właściwie o „szaleńczej, karkołomnej wędrówce jednego genu w czasie, która odcisnęła piętno na życiu narratora.

                   „Middlesex” to książka, która pod pretekstem rodzinnej opowieści dotyka samej istoty życia – co kieruje naszym losem? Przypadek, fatum, a może geny? Czym jest płeć? To tylko niektóre z pytań, które kołatały mi się po głowie w trakcie lektury. Dla mnie to powieść idealna. Piękny, mięsisty język, głębia przemyśleń, wartko płynąca narracja w przystępnej formie oraz wyraziście zarysowane tło historyczno-obyczajowe. Nie ma tu bariery niezrozumienia, wyszukanych, trudnych zdań, a jednocześnie ma się poczucie obcowania z literaturą z najwyższej światowej półki. To powieść, która wciąga, daje do myślenia i poszerza horyzonty, a bohaterowie stają się bliscy jak rodzina. Obyczajowość w moim ukochanym wydaniu. Wybitny talent. Jestem po prostu zachwycona.


Desdemona poczuła, że wzbiera w niej dziwne uczucie. Coś między paniką a żalem. Wypełniało ją jak jakiś gaz. Po chwili jej oczy otwarły się i rozpoznała to uczucie – to było szczęście. (…) Stało się najgorsze. To właśnie była najgorsza rzecz. Po raz pierwszy w życiu moja babka nie miała się o co martwić.”

- Wiem. Trudno mi się pogodzić z tym, że ona naprawdę umarła. To tak, jakby mi się to śniło.
- O tym, że to jest prawda, wiemy tylko dlatego, że nam obu to się przyśniło. Na tym właśnie polega rzeczywistość. To sen, który śnią wszyscy razem.”

Życie wysyła człowieka nie w przyszłość, ale z powrotem w przeszłość, do dzieciństwa i, ostatecznie, jeszcze przed narodziny, aby obcował ze zmarłymi. Starzejesz się, sapiesz na schodach, wstępujesz w ciało swojego ojca. Stąd już tylko krok do dziadków i zanim się zorientujesz, już podróżujesz w czasie. W naszym życiu dorastamy wstecz.”

wtorek, 29 września 2020 | By: Annie

Zapasy na jesień

                   Wstaje słońce, parzę kawę. Poranną rutynę próbuję przeplatać chwilami z książką – chociaż kilka zdań, chociaż jeden akapit – to moje momenty wykradzione codzienności. Z niesamowicie aktywnym i wszystkiego ciekawym dwulatkiem nie da się inaczej – taki to etap – niezwykle satysfakcjonujący, ale też męczący. Wieczorami często padamy razem, obie wykończone. Jest jednak coś pięknego w tym okresie, kiedy tak wspólnie odkrywamy świat. Mamy czas, żeby oglądać chmury gnane przez wiatr po niebie, śledzić wędrówkę mrówki po chodniku, zbierać kamyki i liście, nazywać warzywa na straganie. Dziecko nieświadomie narzuca zupełnie inną perspektywę, wyhamowuje, uczy celebrowania codzienności – wszystko jest takie ciekawe, takie nowe. A ja odkrywam świat z zupełnie innej perspektywy, widziany jej oczami. To fascynujące i piękne. Wkroczyłyśmy również szturmem w fazę prac plastycznych oraz pytań ‘a co to?’. Cieszy mnie ta nasza mała zwykła-niezwykła codzienność, cieszy mnie ta jesień, przeprowadzka, wszystkie plany, zbliżające się Halloween, Święta i czas domowej przytulności. A odpoczywam myśląc o książkach, co przekłada się niestety również na zakupy, hihi… Nadal namiętnie uzupełniam braki w biblioteczce… oto moje najnowsze nabytki. Trochę nowości, ale większość to efekt buszowania na allegro, od czego się już chyba uzależniłam. :)






Oto stosik wyjątkowy - postanowiłam zebrać wszystkie książki Pauzy. Jeszcze kilku mi brakuje, dawkuję sobie tę przyjemność... :)


niedziela, 27 września 2020 | By: Annie

"Anonimowi heretycy" - Katie Henry

                       Nie wiem, czy to kwestia mojego zestarzenia się, choć chyba jednak wolę postrzegać to jako rezultat nabycia pewnej czytelniczej dojrzałości - w każdym razie ostatnio zawsze, kiedy sięgam po młodzieżowe, bookstagramowe hity - jestem rozczarowana. A "Anonimowi heretycy" zapowiadali się arcyciekawie - owa powieść dotyczy tajnego stowarzyszenia, działającego w konserwatywnej, katolickiej szkole. Obnażona kościelna hipokryzja, bunt, herezje - jednym słowem mniam.

                     "Anonimowi heretycy" to książka dobra. Co więcej, to również lektura mądra, bardzo wciągająca i ciekawa. Jednak zabrakło mi w niej większego pazura, wielopłaszczyznowości, szerszej palety odcieni szarości. Znudziła mnie poprawność w prowadzeniu wątków, idealnie nieidealne zachowania bohaterów i wynikające z nich morały - czyli wszystko to, co charakteryzuje dobrą, edukującą literaturę młodzieżową. Jednocześnie rozumiem, że to po prostu po prostu kwestia skierowania historii do sporo młodszego czytelnika, ja jestem tylko gościem w tym gatunku. Dlatego swoich spostrzeżeń nie traktuję w ramach zarzutu, nie oceniam w kategoriach dobre-złe. Byłoby to równie absurdalne jak sięgnięcie po romans i narzekanie, że to historia o miłości. Ot, po prostu pewna obserwacja poczyniona, że zwyczajnie na pewne lektury jestem już za stara lub, jak wolę myśleć - 'czytelniczo doświadczona', by czerpać z nich prawdziwą satysfakcję. Za dużo wielowymiarowych, nieoczywistych książek już w życiu przeczytałam - po prostu. Natomiast uważam za fantastyczne, że podobne lektury powstają, jak również żałuję, że nie było takich ciekawych tytułów w czasach, kiedy jeszcze zaczytywałam się w młodzieżówkach. "Anonimowi heretycy" to naprawdę dobra powieść, ale to już po prostu nie jest to, czego obecnie poszukuję w literaturze. 

niedziela, 20 września 2020 | By: Annie

"Prawdziwy lekarz będzie za chwilę. Rok z życia stażysty" - Matt McCarthy

                    Kolejna okołomedyczna książka na moim czytelniczym koncie - po prostu nie mogę się oprzeć takim lekturom! I choć każdym razem wydaje mi się, że już nasyciłam swój głód, to apetyt na różnego typu medyczne historie zawsze nawraca i nie mogą go zaspokoić nawet liczne, często bardzo krwawe opowieści mojego męża, które przynosi codziennie z pracy. Na szczęście, na rynku pojawiają się coraz to nowe tytuły w tej tematyce, co bardzo skrupulatnie i uważnie śledzę. Co ciekawe, ani trochę nie pociąga mnie praca lekarza jako taka, jak również ani przez chwilę nie żałowałam, że nie zdecydowałam się na studiowanie medycyny, choć przyznam, że był taki moment kiedy chodziło mi to po głowie. Bardzo lubię natomiast swoją wygodną, bezpieczną pozycję obserwatora-podglądacza, z czego bezwstydnie korzystam.

                     "Prawdziwy lekarz będzie za chwilę. Rok z życia stażysty" to autobiograficzna książka, w której uchwycony został trudny proces przemiany studenta w lekarza - moment, w którym medyk zaczyna brać prawdziwą odpowiedzialność za swoje decyzje. Co prawda realia są amerykańskie, więc cały system jest nieco odmienny – w odniesieniu do polskiej rzeczywistości opisany zakres obowiązków bardziej przypomina początki rezydentury, co z przyczyn osobistych było mi szczególnie bliskie - czytałam podwójnie uważnie. Owa pozycja to szczery, powiedziałabym, że nawet boleśnie szczery i obdarty z lekarskiego patosu, opis pracy młodego lekarza - jedynym słowem mieszanka stresu, strachu, całej masy wątpliwości, braków w wiedzy i doświadczeniu. Trochę w kontrze do bohaterskich, medycznych seriali, autor pokazuje się nam tu jako lekarz zagubiony, bezradny, przerażony nagłą odpowiedzialnością za cudze życie - dzięki temu jest tak autentyczny. Okres pomiędzy zakończeniem studiów a zdobyciem chociaż podstawowego doświadczenia jest chyba najtrudniejszy w całej lekarskiej karierze, a przez to również tak fascynujący i ciekawy - tak myślę. Zatem kogo interesują lektury okołomedyczne - polecam!

czwartek, 10 września 2020 | By: Annie

"Wyjątkowy rok" - Thomas Montasser

                     Uwielbiam tego typu bibliofilskie smaczki i na wstępie zaznaczę - jestem wobec nich totalnie nieobiektywna. Często wystarczy, że główny bohater lubi czytać, że w tle występuje księgarnia, lub nawet, że bohaterka nosi książkę w torebce - i jestem kupiona. "Wyjątkowy rok" to historia pewnej młodej kobiety, która otrzymuje zadanie zaopiekowania się księgarnią swojej ciotki, co oczywiście odmienia jej życie. Jednak książki nie stanowią tu tła dla jakiejś ckliwej, romantycznej opowieści, a są niemalże głównym bohaterem - miłość do literatury przepełnia każdą stronę. To nieco bajkowy, przykurzony świat pełen tajemnic... Mnóstwo tu bibliofilskich smaczków - poczynając od opisów zakamarków pełnych regałów, picia herbaty i czytania późno w noc, aż po cudne cytaty, które sprawiły, że kończąc tę lekturę miałam już wynotowana całą listę książek, które koniecznie muszę gdzieś zdobyć i przeczytać. Wraz z bohaterką zanurzamy się w radości czytania - i to jest piękne. 

                       "Wyjątkowy rok" to pewnego rodzaju wyznanie uwielbienia dla literatury i hołd oddany małym, niezależnym księgarniom. I choć książka sama w sobie nie posiada wielkich walorów literackich, a historia bohaterki nie jest specjalnie odkrywcza czy porywająca, to... właściwie co z tego? Naprawdę rzadko trafia się na tak sympatyczną, klimatyczną opowieść o miłości do książek!


„Zwykle byle jakie rzeczy mają wspaniałe opakowania, żeby dobrze wyglądały. Z książkami jest na odwrót. Opakowanie nigdy nie jest tak piękne jak zawartość.”

„Odkrywanie książki to swobodne unoszenie się nad koniecznościami codzienności, wyrwanie się z tu i teraz i przeniesienie w jakiś inny czas i inne miejsce.”

 

Półka honorowa - 'książki o książkach'
                    Półka honorowa w mojej biblioteczce - czyli 'książki o książkach' :)

piątek, 4 września 2020 | By: Annie

"Historia przemocy" - Edouard Louis

                     „Historia przemocy” stanowi lipcową odsłonę naszego małego, domowego wyzwania czytelniczego – od dawna bardzo chciałam ją przeczytać, ale ciągle jakieś inne lektury wpychały się w kolejkę. Teraz wreszcie nastał jej czas – i właśnie dokładnie temu służy to nasze wyzwanie. :) To jedna z tych książek, których nie potrafię jednoznacznie ocenić. Jedna z tych, które zostawiają więcej pytań niż odpowiedzi. Jest to również obiektywnie świetna książka, która mi się nie podobała – choć tylko w warstwie fabularnej…

                     Cała treść sprowadza się do autobiograficznego opisu wydarzeń pewnej wigilijnej nocy, kiedy to nasz autor-bohater zaprosił obcego, poznanego na ulicy mężczyznę do swojego domu. Ten przypadkowy romans niespodziewanie przekształcił się w straszną spiralę przemocy… Narracja jest prowadzona w sposób trudny, ale bardzo umiejętny – dramatyczne wydarzenia poznajemy z perspektywy głównego bohatera, który podsłuchuje swoją siostrę, która z kolei relacjonuje jego historię swojemu mężowi. Dodatkowo w jej monolog wplecione są też przemyślenia i objaśnienia bohatera, który niejako komentuje dla nas to, co go spotkało. Poziom obyczajowości, głębia przemyśleń – poraża. Już sam dysonans pomiędzy wspomnieniami bohatera, a tym co opowiedział siostrze oraz tym, co ona uwypukla w historii opowiadanej mężowi - zasługuje na uwagę i dogłębną analizę, gdyż doskonale obnaża mechanizmy ludzkiego umysłu i jego nieunikniony subiektywizm. Na pewno jest to treść, którą można badać, o której można dyskutować, myślę też, że u każdego czytelnika może wywołać zupełnie inne emocje. Miałam poczucie, że momentami autorowi naprawdę udało się uchwycić ulotną prawdę o ludzkiej naturze. Motywy, styl, język zachwycają, ale historia - którą przecież napisało samo życie - niestety odrzuca. Usilnie próbuję nie oceniać, ale główny bohater – jak się okazuje, sam autor, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę! – kładzie się przed nami bezbronny, obnażony, niczym na stole sekcyjnym. Nie wzbudził mojej sympatii, jego postępowanie nie wzbudziło mojego zrozumienia. Może jest to kwestia przykrycia tej opowieści wieloma płaszczyznami narracji – fakt, iż nie poznajemy jej z pierwszej ręki, a jedynie za sprawą monologu siostry bohatera – może przez to historia wydawała mi się tak nieprzystępna, chłodna, obojętna i… jakaś taka nieludzka? Może to wina tej szczegółowości, bezwględnej dosadności w opisywaniu uczuć, w której jest paradoksalnie coś bardzo bezosobowego - jakby nazwane emocje traciły swoją moc, jakby ulotne myśli schwytane w sieć słów nagle traciły na wiarygodności... Tu każde odczucie, każdy gest mamy rozebrane na tak drobne detale, że wydają się niemal odczłowieczone. A może taki był po prostu cel tych zabiegów stylistycznych, nie wiem. Jak twierdzi sam bohater: „Sam już nie poznawałem tego, co mówiłem. (…) Prawda oddalała, się wymykała. (…) Miałem świadomość, że każde wypowiedziane do policjantów słowo chwilę później na zawsze zamykało drogę innym słowom, zdawałem sobie sprawę, że są pewne sytuacje, pewne sprawy, o których nie należy mówić po to, żeby wszystko zapamiętać, że pamiętać można, tylko zapominając.” A może: „Nauczyłem się, że nie chodzi o to, czy zapomnieć, czy nie, bo to fałszywa alternatywa, jedyne wyjście to osiągnąć taką formę pamięci, która nie powtarza przeszłości, i od tamtej nocy nad tym pracuję. Usiłuję wypracować pamięć, która umożliwiłaby mi uwolnienie się od przeszłości poprzez jej wyolbrzymienie, a zarazem unicestwienie.” Każda opowieść jest w pewnym sensie interpretacją, a prawda wymyka się opisom. Słowa potrafią ranić, słowa potrafią leczyć. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, podanych na tacy rozwiazań. To jest genialna, trudna książka, ale na pewno nie jestem w stanie o niej napisać – ‘podobała mi się’. Niekoniecznie musiała. Nie żałuję, że przeczytałam.
„W pociągu, którym tu przyjechałem, natrafiłem w czasopiśmie na cytat z Hannah Arendt: „Innymi słowy, rozmyślna negacja rzeczywistości – i zdolność kłamania – i możliwość negowania faktów – i działania – są ściśle ze sobą związane, wywodzą się z tego samego źródła: wyobraźni. Gdyż nie jest zrozumiałe samo przez się, że jesteśmy w stanie powiedzieć ‘świeci słońce’ w chwili gdy pada deszcz (…). Fakt ten wskazuje raczej na to, że będąc w pełni zdolni do objęcia świata zmysłami i rozumem, nie jesteśmy jednak w nim trwale osadzeni, związani z nim w tym znaczeniu, w jakim część jest nierozłączna do całości. Wolno nam świat zmieniać i wprowadzać w nim innowację”. Temu właśnie zawdzięczam uzdrowienie. Tej możliwości negowania prawdy.”
środa, 2 września 2020 | By: Annie

"Lekarz od cudu życia" i "Bez znieczulenia", czyli dwie książki o profesorze Dębskim

                    Z racji pracy mojego męża z ciekawością czytam niemal wszystko, co wydawane jest w tematyce, nazwijmy to, ‘popularno-ginekologicznej’. „Lekarz od cudu życia” to swego rodzaju pośmiertna książka-laurka, hołd złożony wybitnemu ginekologowi - profesorowi Dębskiemu. Pierwszą i najciekawszą część lektury stanowią historie kobiet, którym pomógł – kobiet, którym nikt nie dawał szans na ciążę lub urodzenie zdrowego dziecka. Opowieści są ciekawe, poruszające, ale zabrakło mi tu trochę takiego bardziej naukowego, obiektywnego podejścia, możliwości zagłębienia się w każdą z historii od strony medycznej. Na drugą część składają się natomiast wspomnienia osób znających Profesora prywatnie. Z przykrością stwierdzam, że na uwagę zasługuje tu głównie żenująca wypowiedź celebryty-lekarza Krzysztofa Gojdzia, po prostu śmiech na sali, myślałam, że jego ego wyleje się ze stron książki.

                     „Lekarz od cudu życia” to pozycja na pewno zasłużona, ale niestety, o nikłej wartości literackiej – ot, ewidentnie lektura trochę na siłę, taki nieco rozbudowany reportaż z gazety. Może było zapotrzebowanie na taką książkę, a może wydawnictwo chciało po prostu zarobić, nie wiem. W każdym razie jeśli kogoś interesuje ten temat i chce podrążyć głębiej oraz zobaczyć znacznie mniej wyidealizowany obraz pracy Profesora - polecam gorąco pozycję „Bez znieczulenia”  - wywiad-rzekę z Romualdem Dębskim i jego żoną, Marzeną Dębską, również wybitną ginekolożką. Pamiętam, że sięgnęłam po nią zaraz po urodzeniu Laurki, specjalnie odłożyłam ją na ten czas, żeby nie straumatyzować się opisanymi historiami przed własnym porodem. Do dziś jest to jedna z lepszych pozycji, które w tym gatunku przeczytałam. Z całą paletą odcieni szarości i trudnych wyzwań zawodu lekarza - szczera, kontrowersyjna, fascynująca.

                     Z „Bez znieczulenia” wyłania się autentyczny, bardzo ludzki obraz Profesora, natomiast „Lekarz od cudu życia” przedstawia jego sylwetkę w sposób wyidealizowany, spłycony, powierzchowny. Jeśli miałabym wybierać jedną z tych książek to zdecydowanie polecam „Bez znieczulenia”.
wtorek, 1 września 2020 | By: Annie

Książki, na które czekam tej jesieni...

                        Przegląd jesiennych nowości wydawniczych to moja coroczna tradycja, którą kultywuję z ogromną przyjemnością i pietyzmem. Wraz z pierwszymi powiewami chłodniejszego powietrza wyciągam mój książkowy notes, otaczam się gazetami, katalogami, stronami wydawnictw oraz księgarni interentowych, a następnie przeglądam, notuję, analizuję... Oto książki, na które czekam tej jesieni najbardziej. Wiadomo, jestem ciekawa znacznie większej ilości pozycji, ale tu wybrałam tylko takie, na widok których szybciej bije mi serce - i tak wyszło ich mnóstwo! Zamieszczam okładki, a nuż kogoś jakaś zaintryguje, ale opisów już nie wklejam - kto ciekaw, niech googluje. ;) A na co Wy czekacie tej jesieni?

"Drogi Edwardzie" - Ann Neapolitano
"Calypso" - David Sedaris
"Edukacja" - Malcolm XD
"Friends. Ten o najlepszych odcinkach"
"Jesień" - Ali Smith
"Księga bezimiennej akuszerki" - Meg Elison
"Pełnia miłości" - Sigrid Nunez
"Pieprzenie i wanilia" - Joanna Jędrusik
"Pierwszy oddech" - Olivia Gordon
"Saturnin" - Jakub Małecki
"Stan krytyczny" - Paweł Reszka
"Ten, w którym są wszystkie przepisy" - Teresa Finney
"Z niejednej półki. Wywiady" - Michał Nogaś
"Zakłamane życie dorosłych" - Elena Ferrante
I coś dla Laurki - kolejne części ulubionych serii. :)



sobota, 29 sierpnia 2020 | By: Annie

"Pięć lat z życia Dannie Kohan" - Rebecca Serle

                    O rany, jak mi się ta książka podobała! Niby babskie czytadło, niby na pierwszy rzut oka lektura jakich wiele – młoda kobieta i miłosne perturbacje na horyzoncie - a jednak jest to przede wszystkim niebanalna, piękna opowieść o potędze kobiecej przyjaźni – wbrew wszystkiemu. Danielle wiedzie z pozoru idealne życie. Mieszka w Nowym Jorku, robi karierę jako prawniczka, u swego boku ma ukochanego Davida. Nagle, w dniu swoich zaręczyn, zapada w dziwny ‘sen’ - ma niezwykle realistyczną wizję swojego życia za pięć lat… z zupełnie innym mężczyzną. Jednak fabuła nie zmierza, jak z początku myślałam, w stronę lekkiej, romantycznej komedii pomyłek, z obowiązkowym happy endem i ślubem na zakończenie, oj nie. Ale nic więcej nie zdradzę, żeby nikomu nie popsuć wielkiej przyjemności, jaka płynie z samodzielnego odkrywania tej historii.

                      Dla mnie „Pięć lat z życia Dannie Kohan” to takie typowe ‘czytadło z jakością’ – bawi, wciąga, porusza i daje do myślenia. Urzekł mnie Nowy Jork w tle – wyjątkowo szczegółowo, smakowicie zarysowany, będący niemalże drugoplanowym bohaterem tej opowieści. W tej książce podobało mi się absolutnie wszystko i trochę żałuję, że połknęłam ją tak szybko. Zaczęłam ją czytać podczas niespodziewanej drzemki mojego dziecka w wózku (to się praktycznie nie zdarza!), w tle szum miasta, ławeczka pod drzewem, błogo... przez chwilę udało mi się pobyć po prostu tu i teraz… a tu nagle żółty liść sfrunął mi na głowę – pierwszy symbol nadchodzącej jesieni i zmian. Poczułam się niemal jak bohaterka książki. W każdym razie był to dla mnie jeden z piękniejszych momentów tego lata, notuję ku pamięci, i cieszę się, że towarzyszyła mi w nim właśnie ta książka.


"Nigdy nie lubiłam wylegiwać się w łóżku do późna, lecz ostatnio już krótko po siódmej mam wrażenie, jakby był środek dnia. Potrzebuję poranka. Jest coś wyjątkowego w budzeniu się przed wszystkimi innymi. Czuję się spełniona, jeszcze zanim wypiję pierwszą kawę. Cały dzień wydaje się lepszy."
piątek, 28 sierpnia 2020 | By: Annie

Stos urodzinowy

                       Na tegoroczną jesień czekam podwójnie. Przede wszystkim to moja ukochana, bibliofilska pora roku, której oznak zaczynam wypatrywać już w połowie sierpnia… Wraz z pierwszymi opadającymi liśćmi czuję zawsze przypływ energii do zmian, powiew nowego, wieczory w domu znowu zaczynają bardziej cieszyć, wyciągam ciepłe swetry, parzę aromatyczną herbatę i snuję czytelnicze plany… Drugi aspekt to czekająca nas wkrótce przeprowadzka, której nie mogę się już doczekać! Myślami i sercem jestem już w nowym mieszkaniu, jednak zamiast planować remont, wybierać kolory ścian czy szukać mebli, ja skupiłam się na razie głównie na aspekcie bibliotecznym – jak zmieścić jak największą ilość regałów, jak zaprojektować układ półek i jak poustawiać na nich książki… Myślę o działach tematycznych, podziale na kraje, chciałabym mieć wszystkie książki ulubionych pisarzy zebrane razem itd. Przy okazji odkryłam w moich zbiorach karygodne braki – a to nie miałam ostatniego tomu „Mojej walki” Knausgarda, a to brakowało mi kilku książek Ishiguro i Vargasa Llosy – moich mistrzów! Stwierdziłam, że bez tego nie mam nawet co myśleć o tworzeniu nowej biblioteczki. ;) W ten oto sposób narodził się urodzinowy stosik książkowy – prezent od mojego najwspanialszego męża, który powinien dostać order za wyrozumiałość i wspieranie mnie w nałogu. Wiele z tych książek wyszperałam w antykwariatach na allegro, polecam, są jak nowe. Zacieram rączki na myśl ile czeka tu na mnie smakołyków do przeczytania, a oczami duszy widzę już siebie w nowym domu, w późnowieczornej ciszy, jak pochłaniam jedną pozycję za drugą. Tak już mam, że postrzegam świat poprzez pryzmat lektur - tego, co w danej chwili czytam oraz planuję przeczytać, łaknę bibliofilskich chwil i na bank całe mieszkanie w trzy sekundy zapełnię książkami. Cóż, dobrze mi z tym. :D A kolejny stos już w drodze...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...