niedziela, 4 kwietnia 2021 | By: Annie

"Grobowa cisza, żałobny zgiełk" - Yōko Ogawa

                   Tego typu lektury wybijają mnie z utartych torów codzienności, nieznacznie przesuwają względem rzeczywistości, sprawiają, że odkrywam w sobie zupełnie nowe rewiry wyobraźni. Przeczytałam „Grobową ciszę, żałobny zgiełk” i w zasadzie miałabym potrzebę, by zacząć jej lekturę od nowa – żeby rozumieć więcej, żeby na pewno dostrzec wszystkie zakamuflowane niuanse... Książka Yoko Ogawy to bowiem zbiór opowiadań, który nagradza uważnego, dokładnego czytelnika. Drobne detale lub postaci z poszczególnych, pozornie niepowiązanych historii zazębiają się w nich niczym koła zębate większego układu. Yoko Ogawa pisze przepięknie - subtelnie i delikatnie - a jednocześnie jednym, niespodziewanym zdaniem potrafi porazić i wbić fotel. Jest w tych opowiadaniach mrok, momentami jakaś wzbudzająca niepokój absurdalność z pogranicza realizmu i magii - jak świat odbity w nieznacznie zakrzywionym zwierciadle – na pierwszy rzut oka niby wszystko pasuje, ale jednak podskórnie czujesz, że ‘coś tu nie gra’. Nie wiem czy to specyfika japońskich pisarzy, ale bardzo podobne uczucie lekkiego odrealnienia towarzyszyło mi również przy lekturze mojej ukochanej „Kroniki ptaka nakręcacza”. 

                   W swoich literackich przygodach uwielbiam eksperymentować, sięgać po pozycje nieoczywiste, zaskakujące, wyłamujące się z utartych schematów. „Grobowa cisza, żałobny zgiełk” to właśnie taka lektura. Bardzo mi się podobała ta książka, może niekoniecznie będzie to mój tegoroczny ‘naj, naj’, ale naprawdę gorąco polecam! I z przyjemnością wybiorę się w kolejną literacką podróż wraz z Tajfunami.

niedziela, 21 marca 2021 | By: Annie

"Utonęła" - Therese Bohman

                      Hmmm... chyba po raz pierwszy moje odczucia względem pazuowej lektury są tak... nijakie? Z jednej strony przez cały czas rozumiałam, co autorka chciała przekazać - jakie emocje, odczucia, jaki klimat usiłowała wywołać poprzez poszczególne opisy przyrody, pogody i zachowań bohaterów - ale za nic nie mogłam tego poczuć sercem... 

                     "Utonęła" to historia pewnego miłosnego trójkąta - przystojny pisarz, dwie siostry, wiejski domek na odludziu i rekordowo upalne lato. Duszna, parna atmosfera, narastające napięcie - czyli pozornie przepis na lekturę doskonałą. Niestety, nie zaklikało. Bohaterki są słabo, niewyraźnie zarysowane, żadne motywy nie stoją za ich dziwnymi zachowaniami, a największym atutem tej powieści są zdecydowanie opisy przyrody, które niestety nie przekładają się na czytelniczy klimat i emocje. Autorka za bardzo prowadzi nas za rękę, za bardzo usiłuje manipulować nastrojem i niedopowiedzeniami, a jednocześnie nie daje nam najważniejszego - motywów i wiarygodności. Prześwitują szwy tej powieści. W efekcie "Utonęła" to nawet poprawna obyczajówka, ale zdecydowanie nie z półki tych genialnych, porywających czy skłaniających do zarwania nocy, choć muszę przyznać, że całkiem miło mi się ją czytało w wieczornej ciszy. Na pewno będę chciała przeczytać dwie pozostałe powieści autorki - ogromnie jestem ich ciekawa. Na razie nie umiem ustosunkować się do jej twórczości - uczucia letnie - ani zachwyt, ani wielkie rozczarowanie. Nijako.

"Przeczytałam je w pośpiechu, jak większość książek w tamtym okresie, w jakimś sensie było to bulimiczne czytanie, tak by zaliczyć jak najwięcej tytułów, wcisnąć w siebie tyle, ile się da, odhaczyć je na liście w głowie. Może dlatego, że w tamtych latach nie miałam zbyt wielu zajęć - z tyloma przeczytanymi książkami na karku mogłam przynajmniej poczuć, że wykorzystałam ten czas na coś pożytecznego."

czwartek, 18 marca 2021 | By: Annie

"Oryks i Derkacz" - Margaret Atwood

                     Mam problem z twórczością Margaret Atwood - po jej książkach oczekuję zazwyczaj więcej niż faktycznie otrzymuję, więc siłą rzeczy bywam rozczarowana, choć obiektywnie nie są to powieści złe czy niedopracowane. Wyjątek jest jeden - "Opowieść podręcznej", która zachwyciła mnie bezkrytycznie. Natomiast "Oryks i Derkacza" czytałam długo, bez większego zainteresowania i wciągnięcia. Być może sięgnęłam po tę powieść w złym momencie, ale nie dostrzegłam wyjątkowości tej pozycji, jak również nie doświadczyłam zapowiadanego na okładce 'olśnienia'  -  dla mnie to było po prostu średnie postapokaliptyczne czytadło, z kilkoma fajnymi pomysłami i obserwacjami ma temat przyszłości ludzkości, ale też bez większej głębi, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że nudne oraz wyzute z emocji. Historia Yetiego, nie porwała mnie, wizja świata po 'zagładzie' nie zainteresowała. Nie uwierzyłam w tę opowieść, nie zrobiła na mnie wrażenia, zaangażowanie emocjonalne zerowe. Co więcej, dłużyła mi się okrutnie. Ziew. Książka powstała prawie 20 lat temu, być może wtedy była dość nowatorska i stąd te wszystkie nagrody oraz zachwyty, ale za dużo znakomitych pozycji post-apo przeczytałam już w swoim życiu, żeby ta zrobiła na mnie wrażenie. A może ja po prostu nie umiem dotrzeć się z panią Atwood..? Waham się czy sięgać po kolejne tomy, bo to nie jest tak, że książka jest zła sama w sobie, po prostu nie potrafiłam w sobie wykrzesać zainteresowania dla tej historii... ale nie lubię zostawiać tak rozgrzebanych serii. :(

""Wypuśćcie mnie!", słyszy swoje myśli. Nie jest jednak zamknięty, nie siedzi w więzieniu. Czy mógłby być bardziej na wolności niż teraz?"

wtorek, 16 marca 2021 | By: Annie

"Zabierz mnie do domu" - Marie Aubert

                     Muszę zdecydowanie częściej sięgać po krótką formę, bo ewidentnie sprzyja ona moim ostatnio mocno ograniczonym możliwościom czytelniczym – czyli na szybko, w biegu, pięć minut z książką, gdy Laurka akurat zajmie kolorowanką lub klockami. Ach, jak mi opowiadania Marie Aubert w takich chwilach smakowały! Pierwsze zachwyciło, przeczytałam je dwa razy, reszta też bardzo na plus, choć za każdym razem czułam lekki niedosyt, że to koniec, że nie poznam dalszego ciągu... ale takie już chyba uroki tego gatunku. :) 

                    Chwila z kawą, momenty ukradzione z codzienności na lekturę – a każde z opowiadań jak możliwość zerknięcia na chwilę w cudze życie, pod maskę pozorów i konwenansów – tam, gdzie kryją się najgłębsze, najsilniejsze emocje – te prawdziwe. Samotność, zazdrość, rozczarowanie, uraza... Dorośli nieprzystający do swojej dorosłości, skrawki życiorysów zawieszone w przestrzeni i czasie. Twórczość Marie Aubert to dokładnie ten poziom obyczajowości, który uwielbiam, który przemawia do mnie najsilniej i który urzekł mnie również przy lekturze cudownych „Dorosłych”. Zadziwia mnie jak dużo emocji, jak wiele życia można zawrzeć w tak niewielkim, zwięzłym tekście. Kocham wydawnictwo Pauza za to, że zawsze dostarcza mi takich intelektualnych, nieoczywistych smaczków literackich. Po ich książki sięgam w ciemno - nie każda to bezkrytyczny zachwyt, ale zawsze otrzymuję lekturę niebanalną, dającą do myślenia i w jakiś sposób wyjątkową. Zbiór opowiadań „Zabierz mnie do domu” również gorąco polecam – pięć minut z tą książką i własna rzeczywistość od razu staje się jakaś łatwiejsza i bardziej znośna. Taka literatura jest dla mnie jak głęboki oddech, odnajduję siebie w przestrzeniach pomiędzy wersami...

poniedziałek, 15 marca 2021 | By: Annie

Zimowy kryzys czytelniczy

                    Tegoroczna zima to był dla mnie jeden wielki kryzys czytelniczy - teraz, z perspektywy czasu to dostrzegam. Uwaga rozproszona, myśli rozbiegane na wszystkie strony, chaos okołoprzeprowadzkowy i intensywna codzienność z moją superaktywną dwulatką. Do czytania nie miałam serca, skupienia i sił. Bywa i tak. Mam nadzieję, że nie piszę tego przedwcześnie, ale czuję, że ostatnio nareszcie powróciłam na stare, dobre tory czytelnicze, gdzie lektura sprawia mi samą radość, a opowieść płynie wartko strona po stronie. 

                    Pierwsze oznaki wiosny zainspirowały mnie do obcięcia włosów- ostatnio tak krótkie miałam chyba w przedszkolu. ;) Cieszą mnie coraz dłuższe dni i pierzaste obłoczki na błękitnym niebie - mieszkamy obecnie na 8 i 9 piętrze, więc do porannej kawy lubię obserwować spektakl budzącego się ze snu miasta. Osiadłam już w naszej nowej codzienności - czuję w sobie spokój, szczęście, myśli zwolniły, celebruję codzienność i drobne przyjemności. Myślę, że nigdy jeszcze nie byłam życiowo tak spełniona i szczęśliwa. W ostatnich tygodniach przeczytałam kilka naprawdę cudnych książek, którymi chcę się koniecznie z Wami podzielić. Mam nadzieję, że wena do pisania notek również wróciła. Przy okazji wrzucam moje stosiki - trochę się tego nazbierało od początku roku. Lubię robić te zdjęcia na pamiątkę. :) To pewnie nie wszystko, co kupiłam, bo książki rozpęzły się już po całym mieszkaniu i na bank o którejś zapomniałam. Niestety, kryzys czytelniczy nie szedł w parze z tym zakupowym, hihi. ;) Tyle cudnych nowości wychodzi teraz, że ciężko się powstrzymać!

Najnowsze łupy marcowe
Seria z Żurawiem - urzekły mnie jej okładki - planuję stopniowo odkrywać tej wiosny!
Zakupy lutowe
Wyprzedaż u Wielkiej Litery :)
Udało mi się skompletować całą twórczość Toni Morrison!!!
Było też sporo szperania na Allegro...
Wyprzedaż WL
niedziela, 7 lutego 2021 | By: Annie

"Stacje serc" - Monika Sjöholm

                     W promieniach zimowego słońca wypatruję pierwszych oznak wiosny. Tęsknię za ciepłem, oddechem bez maseczki, a przede wszystkim za wcześniej tak bardzo niedocenianą, zwykłą-niezwykłą normalnością. Lektura „Stacji serc” była dla mnie jak balsam na zmęczoną duszę i jednocześnie brutalne przypomnienie o tym, co przez pandemię utraciliśmy – słodko-gorzka mieszanka pięknych wspomnień i tęsknoty. Dałam się porwać i wraz z bohaterami „Stacji serc” przeżyłam jeszcze raz upalne, warszawskie lato 2017 roku, włóczyłam się po mieście bez celu, piłam kawę w kawiarni, spędziłam wieczór w teatrze – z obecnej perspektywy to jak uchwycony w kadrze obraz dawnego, niemal idyllicznego świata. Bohaterami powieści są Róża i Mateusz – każde z zadrą w sercu i na życiowym rozdrożu, obcy sobie, a jednak zaskakująco bliscy – ich znajomość rozpoczyna się przypadkiem, a rytm spotkań wyznaczają kolejne stacje drugiej linii warszawskiego metra. Owa książka to hołd oddany stolicy i przy okazji niesamowita kopalnia ciekawostek oraz nieoczywistych lokalizacji – w sam raz na wycieczkę śladami bohaterów.

                      Autorką „Stacji serc” jest nasza blogowa koleżanka Monika (kto pamięta jej cudowną Kronikę Błękitnej Biblioteczki? – ja nadal tęsknię!). Na szczęście moja internetowa znajomość z Moniką przeniosła się na grunt rzeczywisty i prywatny, mogę więc z dumą napisać, że znam autorkę tej pięknej powieści osobiście, miałam również niepowtarzalną możliwość podejrzenia jak wyglądał proces powstawania całej książki 'od zaplecza'. Nie będę tu zatem udawać obiektywizmu, ale jeśli podobnie jak ja, kochacie pełnokrwiste obyczajówki, gdzie historia miłosna w nieoczywisty sposób ukazuje nam prawdę o nas samych, gdzie nie ma podanych na tacy łatwych, schematycznych rozwiązań, to „Stacje serc” są książką dla Was. Jest w tej opowieści coś świeżego, oryginalnego, urzekła mnie łatwość z jaką autorka potrafi uchwycić i nazwać ulotną emocję, stan duszy trwający ułamek sekundy. Mnóstwo tu trafnych zdań-perełek, fajnych metafor, nieoczywistych skojarzeń i porównań, a także bibliofilskich smaczków. Opisy są bardzo obrazowe, filmowe – prawdziwa pożywka dla wyobraźni. Niemniej, żeby nie było zbyt słodko - co mi się mniej podobało, to niektóre fragmenty przemyśleń – choć mądre i trafne, to momentami trochę za dużo, zbyt zagmatwane, spowalniają akcję – a przynajmniej ja nie byłam akurat w nastroju na takie klimaty. Uważam, że największymi atutami tej książki są zdecydowanie wiarygodność uczuć, dialogi i sama fabuła – ciekawa i niebanalna. Oraz pulsująca żarem Warszawa w tle. Uwierzyłam w tę historię, dałam się porwać słowom, a emocje zrobiły swoje. Naprawdę gorąco polecam!!!

"Wschód słońca ma w sobie coś magicznego, reprezentuje porządek, którego nie można zanegować. Świat rodzi się na nowo. W tej ciszy i majestatycznym spokoju nowe możliwości i nadzieje wydają się czymś dostępnym. Powietrze jest czyste, lekkie, rześkie, otula umysł świeżością. Wszystko to znam z książek. Uświadamiam sobie, że chciałabym to poczuć tak w pełni, bo wiedzieć o czymś i czuć to - to dwie różne sprawy."

"Spotykając się ze starymi przyjaciółmi, człowiek za każdym razem wraca w jakiś sposób do starej roli, odgrywa ją choćby w malutkim stopniu, w mikroskopijnej cząstce. Gra tego dawnego siebe, czystego jak biała kartka, jeszcze nienaruszonego przez życie."

sobota, 16 stycznia 2021 | By: Annie

10 LAT!!!

                   Obudziłam się dziś rano z dziwnym poczuciem, że zapomniałam o czymś ważnym. Coś mnie tknęło, zaswędziała intuicja. Sprawdziłam. Dziś mija równo 10 lat od kiedy założyłam bloga. :)

                     Książki zawsze były obecne z moim życiu, dorastałam pośród wypełnionych regałów, od dziecka kocham czytać. Kiedy pewnego dnia podczas seansu przypadkowego szperania w internecie odkryłam świat blogów książkowych, nie miałam wątpliwości - to coś dla mnie. Zakładając bloga miałam 17 lat. Było zimowe, niedzielne przedpołudnie, a ja, ucząc się na błędach i podpatrując takich gigantów jak Miasto Książek, odpaliłam Bloggera i zaczęłam działać. :) Startowałam totalnie bez planu i jakichś większych ambicji. Tym bardziej doceniam jak wiele dobrego wydarzyło się w moim życiu dzięki tej jednej spontanicznej decyzji. Współpraca z wydawnictwami, praca w proofreadingu, milion cudownych książek, na które natrafiłam dzięki innym blogerom, wspaniałe znajomości, również w realu. :) Miałam okazję być świadkiem złotej ery blogów książkowych, za którą bardzo tęsknię i wspominam z wielką nostalgią, jak również obserwować dziesiątki aferek, które trzęsły swego czasu blogosferą, pamiętam również takie księgarnie jak Weltbild itd. Czuję się trochę jak dinozaur. ;) Od samego początku traktuję blog jako mój osobisty pamiętnik ze spotkań z literaturą. Piękną pamiątkę, kronikę czytelniczego dorastania – bo tak naprawdę blog uchwycił praktycznie całe moje dorosłe życie, wszystkie dotychczas najważniejsze literackie spotkania, wielkie książkowe miłości, zachwyty, zmieniający się i dojrzewający gust. Blog był świadkiem odkrywania twórczości najważniejszych dla mnie autorów, ale również zdania matury, skończenia studiów, ślubu, urodzenia dziecka. Przez te wszystkie lata były momenty kiedy totalnie go zaniedbywałam, jak również takie, kiedy pisałam notkę niemal codziennie. Nie wyobrażałam sobie bez niego życia.

                        Rok 2021 rozpoczął się dla nas prawdziwą jazdą bez trzymanki pod hasłem ‘przeprowadzka’ – pakowanie, wożenie, rozpakowywanie po nocach itd. Szybka, ciut niespodziewana mobilizacja, ogromne zmęczenie, ale teraz z wielką ulgą mogę napisać – jesteśmy w pełni przeprowadzeni. :) Powoli wracam na czytelnicze tory… samej mi ciężko w to uwierzyć.... nie skończyłam w tym roku jeszcze żadnej książki. :( Ale wracam stęskniona, wygłodniała do czytania i pisania – nowe mieszkanie, nowa biblioteczka, nowa dekada – to zobowiązuje! :)

piątek, 1 stycznia 2021 | By: Annie

Podsumowanie roku 2020

                      Rok 2020 zapisze się w mojej pamięci przede wszystkim pod hasłem ‘nowy dom’, bowiem to najpierw na poszukiwaniach, a potem na załatwianiu dokumentów, remoncie, urządzaniu i przeprowadzce upłynęły nam ostatnie miesiące. Mam poczucie, że udało nam się znaleźć naprawdę wyjątkowe, jakby stworzone specjalnie dla nas miejsce, w którym jestem absolutnie zakochana. Niesamowicie przytulne, wygodne, z dobrą energią. Muszę przyznać, że pomijając kwestie oczywiste typu pandemia, pod względem osobistym to był naprawdę dobry rok. :) Spełniałam się jako mama, żona, no i natrafiłam na całą masę świetnych książek. Żałuję tylko, że o wielu nie dałam rady napisać, choć nie tracę nadziei, że uda mi się jeszcze nadrobić te zaległości.

                        W 2020 roku przeczytałam łącznie 70 książek (plus jedną sekretną) - pełna lista TUTAJ. Udało mi się sięgnąć po wiele takich pozycji, do których przeczytania przymierzałam się od lat – jestem z tego dumna. Wybór był wyjątkowo trudny, a konkurencja silna, ale za najlepsze tytuły uznaję „Prochy Angeli” Franka McCourta, „Middlesex” Jeffrey’a Eugenidesa, „Fałszerzy pieprzu” Moniki Sznajderman, „Piąte dziecko” Doris Lessing, „Zwierzenia popkulturalne” Katarzyny Czajki-Kominiarczuk, „Czas porzucenia” Eleny Ferrante, „Zostań ze mną” Ayobami Adebayo oraz „Turbulencje” Davida Szalay. Jednak miano naj naj tego roku przyznaję „Normalnym ludziom” Sally Ronney. Nie wiem co jest takiego w tej książce, bo choć obiektywnie daleko jej do niektórych arcydzieł literatury, które w tym roku poznałam, to bezapelacyjnie podbiła moje serce i nadal często wracam do niej myślami. Co dla mnie ważne, w drugiej połowie roku częściowo ograniczyłam czytanie na kindlu i wróciłam do papierowych wydań (wiąże się to ze skomplikowanym układem drzemkowym mojego dziecka), w związku z tym również trochę zaszalałam i nakupiłam tonę niezbędnych pozycji do mojej nowej blioteczki, którą właśnie dopieszczam. Dodatkowo mam jeszcze kilka potencjalnych miejsc w mieszkaniu na kolejne regały, co napawa mnie optymizmem. ;) 

                       W 2021 roku chciałabym oczywiście pochłonąć jeszcze więcej świetnych lektur, jak również więcej dzielić się swoimi książkowymi perypetiami w internecie – na blogu i Instagramie - zobaczymy co z tego wyjdzie. :) Większych planów nie czynię, spełniły się już chyba wszystkie moje wielkie marzenia życiowe, ewentualnie może przydałyby się nam jakieś fajne, egzotyczne wakacje. ;) Co do postanowień literackich, to dużo nad nimi rozmyślałam w ostatnich dniach. W ciągu nadchodzących dwunastu miesięcy chciałabym skupić się na czytaniu literatury tworzonej przez kobiety, w związku z czym wybrałam też kilka autorek ‘przewodnich’, na których twórczości odkrywaniu będę chciała spędzić rok. Elizabeth Strout, Doris Lessing i Virginia Woolf – to moje wybranki. Myślę, że w nadchodzącym roku wszystkim przyda się dużo uważności i zrozumienia dla sytuacji kobiet, więc pora aby przemówiły własnym głosem, również w literaturze. Życzę nam wszystkim mnóstwo zdrowia, umiejętności znajdowania szczęścia w drobiazgach dnia codziennego oraz tego, żeby świat wrócił do normalności – bo kolejnego roku bez targów książki nie wytrzymam… ;)

czwartek, 31 grudnia 2020 | By: Annie

Nowy rozdział

                  W to ostatnie popołudnie 2020 roku wrzucam zdjęcia moich książkowych nabytków z listopada i grudnia – ku pamięci, na pamiątkę. Chyba podobnie jak wiele innych osób, mam w sobie potrzebę, aby symbolicznie zamknąć ten rok, postawić kropkę i otworzyć nowy rozdział w mojej przygodzie z literaturą. Od jutra czysta kartka, czyste konto (choć kilka paczek z książkami już w drodze do mnie :P). W ostatnim czasie niestety totalnie zapuściłam blog i czytanie - pochłonęło mnie życie – pakowanie, urządzanie, przeprowadzka i taka zwykła, choć piękna codzienność z moją dwulatką. Ale wrócę, już za chwilkę… to jedno z moich noworocznych postanowień. :)


niedziela, 15 listopada 2020 | By: Annie

"Piąte dziecko" - Doris Lessing

                       Obserwując współczesną literaturę polską mam wrażenie, że my, Polacy, mamy w sobie nadal bardzo silnie zakorzenione oczekiwanie, że to, co w pisarstwie wybitne, powinno być równocześnie trudne i nieprzystępne. Że, aby zaliczyć książkę do prozy z najwyższej półki, trzeba się najpierw przy jej lekturze odpowiednio namęczyć i napocić, najczęściej mozolnie rozszyfrowując ‘co autor miał na myśli’. Wydaje mi się, że światowa literatura poszła w zupełnie inną stronę – Nobliści piszą dla każdego, można ich kupić w kiosku w metrze lub na lotnisku. Wielka literatura otwiera się na każdego czytelnika, co uważam za wspaniałe. Oczywiście są to moje czysto subiektywne spostrzeżenia, jest kilka wyjątków (np. Tokarczuk), mogę się również całkowicie mylić. Niemniej sama nadal widzę w sobie te oczekiwania i ciągłe zaskoczenie przy odkrywaniu kolejnych nazwisk z najwyższej światowej półki - Eugenides, Atwood... A teraz Doris Lessing. Jak przystępna i łatwa w odbiorze jest to literatura - jej siła tkwi nie w zawiłych zdaniach, a właśnie w prostocie i przystępności. Możesz być profesorem filologii lub zwykłym, niedoświadczonym czytelnikiem – i w równym stopniu jest to książka dla każdego z was… Ot, takie przemyślenie mnie naszło tytułem wstępu, na świeżo po niezwykle satysfakcjonującej lekturze "Piątego dziecka".

                      Bohaterami powieści Doris Lessing są Harriet i Dawid – młodzi ludzie, którzy mocno wyróżniają się na tle swoich rówieśników. Zamiast snuć plany o karierze, wygodnym mieszkaniu czy podróżach, postanawiają poświęcić swoje życie rodzinie – marzą o całej gromadce dzieci i olbrzymim domu od rana do wieczora wypełnionym śmiechem bliskich. Ich z początku idealne, sielskie życie odmienia się, gdy na świat przychodzi piąte dziecko… dziwny i trudny Ben, a Harriet, choć postępująca zgodnie z nakazami moralnymi ludzi ze swojego środowiska, zostaje przez nich potępiona…

                      Bliska była mi ta historia ze względu na macierzyńskie trudy bohaterki, jak również przez to, że znam kilka par z podobnym planem na życie – zawsze patrzę na nich z lekkim przerażeniem pomieszanym z fascynacją. Uważam również, że zamiast prowadzić kolejną wtórną, jałową dyskusję na temat aborcji lub spełnienia kobiety w roli matki - warto po prostu przeczytać tę książkę, aby przekonać się co dzieje się z rodziną, gdy pojawia się w niej chore dziecko. I czy w takiej sytuacji ktokolwiek obcy ma prawo ingerować, oceniać, narzucać coś 'z zewnątrz'... Jeden zgrzyt – nie rozumiem zupełnie maniery tłumaczenia imion, w dodatku przecież nie wszystkie da się tak łatwo przełożyć. W efekcie powstały tu dziwne hybrydy: Paweł i Janeczka mają na nazwisko Lovatt, babcię o imieniu Molly itd. Ale to drobiazg. Książka jest bezbłędna literacko, cudownie obyczajowa. Dotyka, porusza, nie ma tu jednej zgrzytającej emocji, zbędnego zdania. Jest jak zajrzenie przez dziurkę od klucza w cudze życie – niezwykle intymny, szczery portret rodziny, ale bez komentarza, wartościowania czy narzucania poglądów. Ot, genialnie uchwycona obserwacja, pozostawiona do indywidualnej oceny w sercu czytelnika. Myślę, że właśnie w tym tkwi moc tej książki - w jej prostocie, autentyzmie i przestrzeni dla myśli oraz uczuć. Ja jestem zachwycona i zacieram już ręce na kolejne spotkania z Doris Lessing.

„Arystokraci, owszem, oni mogą rozmnażać się jak króliki, tego się też spodziewają, ale mają na to pieniądze. Biedacy mogą mieć dzieci, z których połowa umiera, ale oni tego się spodziewają. Jednak ludzie jak my, pośrodku, muszą przywiązywać wagę do tego, ile mają dzieci, żeby móc się o nie troszczyć. Mam wrażenie, że nie przemyśleliście wszystkiego…”

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...