niedziela, 2 czerwca 2019 | By: Annie

"50 twarzy Tindera" - Joanna Jędrusik

                            To nie jest ładna, grzeczna książeczka o poszukiwaniu miłości i księcia z bajki. Nie jest to również powieść erotyczna o życiu rozrywkowej singielki w Warszawie. Nie, zdecydowanie. O czym jest zatem ta pozycja? To najlepszy, najdosadniejszy i najbardziej autentyczny portret pokolenia dzisiejszych 20-30-40-latków mieszkających w wielkich miastach, robiących kariery i żyjących - wydawałoby się - jak pączki w maśle. A w głębi serca często nieszczęśliwych i rozpaczliwie poszukujących. Czego? Miłości, przyjaźni, seksu, a przede wszystkim zapomnienia. Choć na jeden wieczór. Doskonałym narzędziem do tego okazuje się aplikacja Tinder - zarazem główny bohater tej książki, ale też pretekst do uważnego przyjrzenia się jego użytkownikom - często beztroskim randkowiczom, ale równie często ludziom zagubionym i samotnym. Wielu z nich choruje na depresję, ma za sobą trudne przejścia. A tu jeden ruch palca stanowi lek na samotność - beztroska decyzja - podobasz mi się lub nie. Niby straszne takie powierzchowne ocenianie ludzi, ale z drugiej strony, czy na co dzień - w sklepie, na ulicy, w metrze - nie robimy tego samego, sami się przed sobą nie przyznając?

                             "50 twarzy Tindera" to książka autobiograficzna, bezlitosna, do bólu szczera, jak rozdrapywanie świeżo co zabliźnionej rany. Podziwiam autorkę za odwagę, za jaja, żeby tak otwarcie opowiedzieć o sobie, o swoich znajomych - bez znieczulenia, bez silenia się na poprawność polityczną, na bazie własnych przeżyć i doświadczeń, również tych łóżkowych. Kawa na ławę. Bez ugrzecznienia czy wybielania siebie. A do tego wplatając ważne przemyślenia i opisy zjawisk socjologicznych, przy okazji omawiając różne typy użytkowników i tinderowych zachowań, a zahaczając nawet o kwestie wykluczenia społecznego - to nie jest błaha, lekka lektura. Jednak dla przeciwwagi nie brakuje też śmiesznych historyjek opowiedzianych z przymrużeniem oka i ogromnym dystansem do siebie. Książka ogromnie na tym zyskuje, choć jednocześnie mam świadomość, że "50 twarzy Tindera" to dość specyficzna lektura i na pewno nie spodoba się każdemu. Mnie nie przeszkadzają opisy seksu, kontrowersyjne zachowania i bezpardonowe opinie autorki (z którymi w zdecydowanej większości się zgadzam). Dla mnie to kronika pewnego zjawiska społecznego i, przede wszystkim, rewelacyjny opis pokolenia. Szczerze - nie czytałam lepszego.

                              Jak ja się cieszę, że randkowo niejako 'wypadłam z obiegu', a w zasadzie nigdy się w nim nie znalazłam. Nigdy nie korzystałam z Tindera. W swoim mężu zakochałam się bez reszty, powieściowo i zupełnie nagle już w liceum. I od tej pory jesteśmy razem. Wiadomo, nie zawsze jest cukierkowo, ale nigdy samotnie. Za sprawą tej książki doceniłam jak gigantyczne spotkało mnie szczęście - że mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem, że rozpieszcza mnie nieprzyzwoicie, że zawsze mogę ma niego liczyć. Widzę natomiast znajomych, którzy miotają się w sieci zawiłych relacji uczuciowych. Jedni nie mogą znaleźć nikogo, inni skaczą z kwiatka na kwiatek. Czy są szczęśliwi? Nie wiem, nie mnie osądzać. Na koniec przypomniały mi się słowa mojej dobrej znajomej, koleżanki, która w przypływie szczerości wyznała, że dawno pozbyła się większych oczekiwań odnośnie partnera - po prostu chciałaby mieć się do kogo przytulić, móc się wypłakać, mieć przyjaciela i towarzysza wypraw do kina. Nie chce księcia z bajki, nie szuka porywów namiętności i ciacha z okładki gazety. Piękna, mądra dziewczyna. Wydawałoby się, dość niskie wymagania. Od tej rozmowy minęło kilka lat, a ona nadal nikogo nie znalazła...

"Czasem krzyżujemy z kimś nasze samotności i wychodzą z tego związki, przyjaźnie, relacje. Z tych krzyżówek rodzą się mieszańce, mniejsze samotności, skundlone, bękarcie. Nie są ani samotnością, ani miłością."

1 komentarzy:

ClaudiaMorningstar pisze...

Lektura zupełnie nie dla mnie.

Publikowanie komentarza

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...