wtorek, 16 lipca 2019 | By: Annie

"Nawiedzenia. Historie prawdziwe" - Ed i Lorraine Warren, Robert David Chase

                        Ostatnio jestem mocno zakręcona na punkcie horroru - wystarczy klimatyczna okładka oraz zapowiedź lekturowej grozy - i już jestem na tak. Rzuciłam się zatem łakomie na tę swieżynkę wydawniczą, nie przeczytałam nawet opisu, w zasadzie nie miałam żadnych oczekiwań odnośnie lektury, prócz mrocznego klimatu i niezłej dawki strachu. Niestety, średnio jestem usatysfakcjonowana. Książka jest dość specyficzna - to zbiór wielu pobieżnie opowiedzianych historii o cmentarnych duchach, z którymi w trakcie swojej kariery zetknęli się Ed i Lorraine Warrenowie - słynni amerykańscy badacze istot paranormalnych. 

                       Owszem, czytało się to ciekawie, nie powiem, momentami się wyciągnęłam i parę razy nawet trochę się bałam. Jednak głównie podczas lektury czułam niedosyt, bo historie są opowiedziane bardzo skrótowo, lakonicznie, powierzchownie - jakbym czytała streszczenia lub podpisy pod zdjęciami - miałam poczucie niewykorzystanego potencjału literackiego i zmarnowanej historii. A gdzieś tam w tyle głowy ciągle czułam również zgrzyt "że oni tak na serio" - bo jednak co innego czytać fikcję, a co innego rojenia o duchach, w które autorzy naprawdę wierzą i jeszcze usiłują za pomocą tanich sztuczek oraz manipulacji przekonać czytelnika do swojej wersji rzeczywistości. Skoro mają tyle niepodważalnych zdjęć to dlaczego żadnego nie zamieścili w książce zamiast zwykłych ujęć starych domów..? Do tego co i raz mamy takie cytaty-smaczki, szczerze mówiąc trochę obrażające inteligencję czytelnika: "Jakkolwiek dziś nie ma żadnych dowodów na to, że ta grupa rzeczywiście tam była - takie historie czasem rodzą się z plotek i pogłosek - stowarzyszenie czuje, że naprawdę istniała, naprawdę się tu zatrzymała i naprawdę przeprowadzała na tej ziemi nekromanckie rytuały." Serio..? Ta ich naiwność, to uproszczone postrzeganie świata jedynie w czarno-białych barwach wydaje mi się tak do bólu amerykańskie... Nie chcę się w to za bardzo zagłębiać, ja tę lekturę potraktowałam jako rozrywkę, natomiast bardziej niż wszystkie tu zebrane historie przeraża mnie chyba to, że ktoś mógłby potraktować tę książkę na serio i faktycznie uwierzyć małżeństwu Warrenow. ;) Jako ciekawostka dla horrorowych maniaków - czemu nie. Choć sama forma - lakoniczna, powierzchowna, skrótowa, emocjonalnie płytka i uboga opisowo - rozczarowuje. Niemniej parę historii wywołało u mnie ciarki na plecach i przyspieszone bicie serca, więc chyba o to chodziło. Ale na pewno sama okładka jest lepsza i bardziej klimatyczna niż jej zawartość, co przyznaję ze smutkiem.
piątek, 12 lipca 2019 | By: Annie

Mama, czytanie i spacery

Tak miało być ;) Jeden z dwóch razy kiedy
faktycznie się udało na kilka minut...
                    Kiedy będąc jeszcze w ciąży wyobrażałam sobie czytanie z malutkim dzieckiem, oczyma duszy widziałam już te długie, leniwe spacery po parku ze smacznie śpiącym bobasem w wózeczku. A ja kindle w dłoń i ile to ja nie przeczytam! Ewentualnie w grę wchodziła wersja: ja na ławce z książką, w ręku termos z ciepłą kawką i pochłaniam lekturę za lekturą, od czasu do czasu huśtając wózek nogą. Śmiać mi się chce z samej siebie, te wyobrażenia nie mogły okazać się dalsze od rzeczywistości. Mój egzemplarz bobasa od początku nie akceptuje wózka, teraz, w spacerówce jest nieco lepiej (choć Laura autentycznie NIGDY jeszcze w niej nie zasnęła), natomiast gondola ewidentnie parzyła. Większość spacerów minęła nam zatem w chuście, koniecznie w ciągłym ruchu, ewentualnie po prostu na rękach przodem do świata, bo tak jest jednak najfajniej i najciekawiej - oczywiście dla dziecka. ;) Kawę na spacer dotychczas zrobiłam sobie raz, po czym wylałam ją na siebie zahaczając o drzwi podczas wyjeżdżania wózkiem z klatki. Na spacerze czytałam może ze dwa razy, tylko dlatego, że mąż w tym czasie nosił Laurkę na rękach. A jednak czytam teraz więcej niż wtedy, kiedy będąc jeszcze w ciąży, beztrosko obijałam się całe dnie. Jak to możliwe? Macierzyństwo dość szybko nauczyło mnie lepszej organizacji czasu i teraz każdą godzinę potrafię wycisnąć co do minuty, a minutę wykorzystać co do sekundy. Nie mówiąc nawet o tym, że teraz to, co kiedyś zajmowało mi godzinę, robię w pięć minut. Dotyczy to również czytania. Czytam kiedy Laura śpi lub podczas karmienia, ewentualnie kiedy mąż weźmie ją na spacer. Nie rozdrabniam się, nie debatuję już pół dnia 'co by tu przeczytać'. Jest chwila - wykorzystuję ją. Co więcej, lektura smakuje mi teraz lepiej, a przyjemność z czytania naprawdę jest większa, kiedy jest trudniej dostępna i dawkowana w małych porcjach. Znacie to? Ot, chwila przemyśleń przy popołudniowej kawce, kiedy dziecko śpi. ;)
czwartek, 11 lipca 2019 | By: Annie

"Szczelina" - Jozef Karika

                  Wow!!! Co to jest za powieść! Owszem horror, ale przede wszystkim genialne studium ludzkiej psychiki – jej kruchości, lichych mechanizmów obronnych, kronika rodzącego się powoli obłędu. Co więcej, do Jozefa Kariki naprawdę zgłosił się jeden z członków pamiętnej wyprawy na Trybecz - i opowiedział mu tę mrożącą krew w żyłach historię o wyprawie w słowackie pasmo górskie słynące z tajemniczych zaginięć – istny słowiański ‘trójkąt bermudzki’. Podobno wszystko, co zostało opisane w "Szczelinie" wydarzyło się naprawdę, choć dowodów brak. Jak pisze sam autor - on tylko przekazuje nam, co usłyszał – nie przekonuje, nie namawia do uwierzenia – sam ma bowiem wątpliwości – interpretację zdarzeń pozostawia w naszej gestii. I właśnie przez ten brak nachalności, silenia się na przekonywanie czy też snucia domysłów, a także przez nieidealnych, nieracjonalnych, a dzięki temu tak bardzo realistycznych i zwyczajnie ludzkich bohaterów – ta książka łapie za kark dreszczem autentycznego przerażenia. 

                        Jeśli spodziewacie się duchów, zombie czy wampirów grasujących po wzgórzach Trybecza to porzućcie ten tok myślenia. Wszystko leży bowiem w ludzkim umyśle – w nim skrywają się te najprawdziwsze demony, strachy i tajemnice. A także czyha obłęd, gdy fundamenty naszego świata, logicznego myślenia zostaną w jakikolwiek sposób podważone. Tej książki nie da się ot tak przeczytać, odłożyć na półkę i poszybować myślami ku kolejnej lekturze. Historia powraca czkawką, co za emocje!!! Ufff. Mam książkowego kaca-giganta. Rewelacja!
niedziela, 7 lipca 2019 | By: Annie

"Nie otwieraj oczu" - Josh Malerman

                              Rok 2019 upływa mi czytelniczo pod szyldem horroru - to moje literackie objawienie ostatnich kilku miesięcy - bez dwóch zdań. Bo oto odkryłam gatunek, który fenomenalnie potrafi połączyć w sobie wszystko to, co kocham i czego niestrudzenie poszukuję w literaturze - emocje, wciągającą fabułę, oryginalny pomysł, a także wielopłaszczyznową głębię psychologiczną i autentyzm rozterek bohaterów skonfrontowanych ze swoimi największymi lękami. A wszystko to okraszone strachem i przyjemnym uczuciem lekkiego niepokoju, dzięki któremu, na zasadzie kontrastu, czuję się tak przytulnie i doceniam wieczorny spokój, ciszę mieszkania, w tle odgłosy miasta, wygodne łóżko, śpiącą obok córeczkę...

                             Dopiero stopniowo zagłębiam się w ten horrorowy świat, nie mam zupełnie doświadczenia, więc nie wiem też czy to kwestia braku porównania, czy wymagań, czy sprzyja mi po prostu szczęście nowicjusza, w każdym razie zachwyca mnie każdy horror, po który sięgnę. Niemniej dawkuję sobie ekstremalne doświadczenia, bowiem te książki wyczerpują mnie emocjonalnie. Nie inaczej było z "Nie otwieraj oczu". To postapokaliptyczna, dwupłaszczyznowa opowieść o losach pewnej kobiety, Malorie, której udaje się 'nie zobaczyć', a dzięki temu przeżyć. Nie zobaczyć czego? No właśnie w tym tkwi cała zagwozdka - nikt nie wie - bowiem każdy, kto spojrzy na tajemnicze TO wariuje, staje się agresywny, zabija siebie i innych w najbliższym otoczeniu... Ci, którzy przetrwali noszą opaski zasłaniające oczy - życie w ciemnościach to jedyny sposób na bezpieczeństwo w tym nowym, niebezpiecznym świecie. Poznajemy losy Malorie z przeszłości, kim była i jak radziła sobie wraz z grupą przypadkowo poznanych osób tuż po katastrofie, naprzemiennie z drugą płaszczyzną czasową, którą stanowią jej teraźniejsze perypetie, kiedy opiekuje się dwójką małych dzieci.

                             "Nie otwieraj oczu" to przede wszystkim znakomity, oryginalny pomysł. Ale nie tylko, bo to również (a może właśnie przede wszystkim) niebywale emocjonująca, wiarygodna opowieść o walce matki o swoje dzieci, walce o normalność, walce o życie. I właśnie to mnie tak zachwyca w możliwościach horroru - że z jednej strony otrzymuję fantastyczną i wciągającą fabułę, a z drugiej to zaledwie preludium do zanurzenia się w mrok duszy, do konfrontacji z ludzką naturą, do obserwacji zachowania bohaterów w warunkach ekstremalnych. "Nie otwieraj oczu" to naprawdę smakowita, niesamowicie wciągająca i emocjonująca powieść, przy której kilka razy się porządnie bałam. Strony tej powieści przesiąknięte są postapokaliptyczną grozą oraz nastrojem tajemniczego, nieuchwytnego zagrożenia - spotęgowanego tym, że tak naprawdę nie wiadomo czego się bać - a przez to uderzającego w tę najczulszą strunę w sercu. Żałuję tylko, że zaraz po lekturze obejrzałam netflixową ekranizację, bowiem zatarła mi nieco książkowe obrazy w wyobraźni, a podobała mi się znacznie mniej niż papierowy pierwowzór, który gorąco polecam!!! Podobno cześć druga książki właśnie się pisze, więc zacieram rączki z niecierpliwości!
czwartek, 20 czerwca 2019 | By: Annie

O serii "365 dni" przekornie i o book-shamingu słów kilka

                         Czytam ostatnio kilka książek jednocześnie. Zazwyczaj jedną pozycję bardzo ambitną, jedną umiarkowanie wymagającą powieść i jedną wybitnie lekką - lekturę na zasadzie 'ledwo widzę na oczy podczas wieczornego usypiania i ciumkania'. I, szukając pozycji do tej ostatniej kategorii, jesienią zeszłego roku, skuszona fenomenem serii i artykułem w magazynie Książki, kierowana ogromną ciekawością, uległam i sięgnęłam po megabestseller "365 dni". Od razu się przyznam - mimo świadomości czytania głupoty, czytałam z wypiekami na twarzy, nierozsądnie długo w noc, wyciągnięta maksymalnie. Dawno czegoś takiego nie czułam. Potem, siłą rozpędu, sięgnęłam oczywiście po drugą część (moim zdaniem najsłabszą) i, zaraz po premierze, nabyłam również ebooka trzeciej. Cała seria za mną. Książki faktycznie są kiepsko napisane, schematyczne, nielogiczne i głupawe, ale jednocześnie w pełni rozumiem ich fenomen, w przeciwieństwie np. do Greya czy Zakrętów losu, których to sukcesu nigdy pojąć nie mogłam.

                           Przyznam, że trochę czuję się jakbym winna była się tłumaczyć z tego literackiego wyboru, co więcej, mam lekkie poczucie winy i wstydu, że ta lektura sprawiła mi nierozsądnie i zaskakująco dużą przyjemność. Skąd w ogóle takie odczucia, ta potrzeba wyjaśnień? Moim zdaniem przez sytuację, toksyczną otoczkę która została wykreowana wokół tej książki, całe to okropne zjawisko book-shamingu, tak bardzo widoczne na przykładzie tego tytułu. A przez to przekornie czuję potrzebę stanięcia w jego obronie. Od razu zaznaczę, że przeważnie zgadzam się z krytykami - tak, seria jest fatalnie napisana, jest wulgarna, mało wiarygodna, czasami szokująco wręcz niepoprawna politycznie i światopoglądowo. Ogólnie to literatura najniższych lotów. Nie można jednak zaprzeczyć, że wciąga piekielnie, stanowi odmóżdżającą rozrywkę i wiele osób nieczytających przekonała do czytania. Jednocześnie stała się doskonałym kozłem ofiarnym do bicia dla (na szczęście dość wąskiej grupy) czytelniczych bufonów. "Jak można coś takiego nazywać literaturą? Jak żenujący i prymitywni są ludzie, którzy to książkopodobne 'coś' czytają?" Wspaniale można sobie za jej pomocą podbudować ego kosztem innych jej czytelników, można usiąść z mądrą miną w fotelu i z wyższością kręcić głową "co też to pospólstwo czyta". Nie znoszę takiej bufonady!

                          I choć zgadzam się z większością zarzutów, to niemała część wydaje mi się jednak trochę czepialstwem i jest moim zdaniem zupełnie niezasadna w kontekście oceniania romansu. Na przykład zarzut "mało autentycznej fabuły i mało realistycznie ukazanej głębi narodzin uczucia". Serio? Właśnie po to sięga się po romansidło z włoską mafią w tle, żeby oczekiwać prawdopodobnych wydarzeń..? Podobnie jak nie powinno się wymagać od zwykłego, prostego harlequinu pięknego, wyszukanego języka, więc jego nieobecność nie powinna być moim zdaniem krytykowana. Zastanowiło mnie również czemu na Goodreadsie obcojęzyczne romasidła mają tak wysokie oceny. Mam wrażenie, że ludzie przede wszystkim oceniają tam książki porównując je z innymi tego samego gatunku. Czytasz romans? Oceniaj go porównując z romansami, a nie z laureatami Bookera. Wydaje mi się, że silną komponentą krytyki jest tu również osoba autorki - to, że jest Polką, jak również to, jak wygląda. Stereotyp o głupiej, pustej blondynce nadal w cenie. 

                         Zaznaczam - absolutnie nie twierdzę, że wszyscy, którzy negatywnie ocenili tę książkę wywyższają się i są literackimi bufonami. Ponownie podkreślam - ja się zgadzam z tym, że książka jest zła i zasługuje na krytykę, niejedno można jej zarzucić. Ale nie zgadzam się na zachowanie części recenzentów - na tak przykre pastwienie się nad nią i dowartościowywanie się kosztem obrażania innych. Natomiast, co mierzi mnie najbardziej, to czytanie przez wielu czytelników wszystkich trzech tomów serii i każdemu wystawianie fatalnej opinii. Ta negatywna ocena traci moim zdaniem na wiarygodności przy tomie drugim, a przy trzecim robi się wręcz śmieszna. Co więcej, nie mogę pojąć po co ktoś zadaje sobie trud przeczytania wszystkich trzech części, co więcej trzecią zaraz po premierze, po czym wystawia najgorszą możliwą ocenę. Ja już widzę to zacieranie rączkami, a to się wyżyję! A to zjadę od góry do dołu! Ach, poczuję się lepszy. Serio, ktoś przebrnął - jak twierdzi, w męczarniach - przez setki stron, aż do końca trylogii tylko po to, żeby wysmarować negatywna notkę? Masochizm? Mesjanizm? Nie szkoda czasu? Tom pierwszy jest takiej samej jakości jak tom trzeci. Drogi Recenzecie, może po prostu nie sięgaj po trzy tomy romansidła skoro, jak piszesz, zniesmaczył Cię już pierwszy rozdział tomu pierwszego. Może oszczędź sobie nerwów, a innym czytania Twojego wiadra żółci i pomyj. Nie sięgaj po erotyk jeśli szukasz wiarygodnej historii miłosnej - w tym przypadku zachęcam do lektury na przykład "Na plaży Chesil" lub "Czarnych psów" McEwana. Nie sięgaj po książkę z przystojnym facetem na okładce, zapowiedzią pikantnego romansu oraz porwania przez mafię jeśli szukasz realizmu, prawdopodobnych zdarzeń i rzetelnej wiedzy na temat włoskiej mafii - zamiast tego proponuję sięgnąć do źródła, książki Mario Puzo czekają. 

                          Do czego zmierzam - moim zdaniem część krytyki, zrównanie z ziemią jest w tym przypadku nieadekwatne. Książka jest zła. Ale nie aż tak. Dajmy sobie trochę czytelniczego luzu, patrzmy z czym porównujemy, w jakiej kategorii lektur się poruszamy. Przede wszystkim oceniajmy książki, a nie ludzi. Nie bądźmy snobami, nie wywyższajmy się. Niech czytanie łączy, niech będzie beztroską przyjemnością, polem do radosnego spełniania zachcianek, bez obaw o ocenę innych czy krytykę naszego gustu. Ważne, że w ogóle czytamy, chyba o to w tym wszystkim chodzi? A zatem - jeśli ktoś szuka piekielnie wciągającego, naiwnego i głupiego jak but czytadła-bajeczki, ale napisanego tak, że masz ochotę zarwać noc, albo przejechać przystanek - polecam książki Blanki Lipińskiej. Być może nadal mam ma oczach ciążowo-macierzyńskie klapki pod tytułem 'czytam cokolwiek i jestem szczęśliwa, że w ogóle czytam' - ale mi się podobało. Wyznaję już bez wstydu.

Edit: Opinię tę napisałam jakiś czas temu i ciągle coś stawiało mi na drodze, żeby ją opublikować. Cieszę się, że tak się stało, bo wczoraj zobaczyłam okładkę najnowszego magazynu Książki i... jestem zniesmaczona. Dokładnie coś takiego mnie odstręcza i mierzi - mam na myśli podtytuł "25 przyjemnych książek, z którymi nie wstyd pokazać się na plaży". Ja rozumiem, że to pewnie tylko wygodny, chwytliwy slogan, ale litości - nie ma czegoś takiego jak książka, z którą wstyd się pokazać - powiedzmy to raz na zawsze!
niedziela, 9 czerwca 2019 | By: Annie

Targi 2019

                      Mimo permanentnego braku czasu staram się podtrzymywać i kultywować moje coroczne tradycje blogowe. Zatem ze sporym poślizgiem, ale w końcu wrzucam moje łowy z Warszawskich Targów Książki 2019. Rok temu szalałam z brzuszkiem, w tym roku z Maluszkiem. ;) Udało się nam odwiedzić Targi wspólnie w czwartek, w piątek natomiast  wymknęłam się sama. Co do weekendu, to zniechęciły mnie tłumy, a na autografy nie lubię polować. Te dwa dni wystarczyły mi w zupełności, by nasycić mój targowy głód. :)

                    W tym roku wykazałam się nadzwyczajnym wręcz rozsądkiem, jak również silną wolą. Stosik jest skromny. Przyznam, że w moim przypadku doskonały hamulec zakupowy stanowi posiadanie abonamentu w Legimi - książek w papierze i tak nie mam jak czytać przy maluchu, a ebooki mam natychmiast, od ręki, wygodnie na czytniku, nie zajmują miejsca, mam dostęp do wszystkich nowości itd. To poskramia moją książkową pazerność, a przynajmniej przenosi ją na mniej kosztowne finansowo i lokalowo medium. W każdym razie łowy ograniczyłam do w pełni satysfakcjonującego mnie minimum. Niemniej nie powiem, żebym czuła jakoś mnóstwo pokus, bo promocje na targach - z nielicznymi wyjątkami, z których skorzystałam - jak zwykle nie rzucały na kolana.

                     Na pierwszym miejscu stosu "Inkub" - smakowity grubasek, ostatnio rozsmakowałam się bowiem w horrorze. Następne dwa tytuły to tematyka okołomacierzyńska z mojego ukochanego wydawnictwa Mamania. Mam już niemal wszystko, co wydali i pochłaniam namiętnie. Na stoisku przed stadionem upolowałam po 10 zł te wymarzone pozycje, których brakowało mi jeszcze w biblioteczce. Przymierzam się też do dużego wpisu o literaturze 'mamowej', ale o tym innym razem... A na samym dole kupione 'na zaś' - dwie części "Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek" - miałam je na oku od dawna, tu upolowałam oba tomy za 50 zł, więc jestem bardzo zadowolona. Nie mogę się doczekać wspólnego ich czytania z Laurką! I na deser jeszcze książeczka z targów, która umknęła ze stosu, bo była akurat w oglądaniu:

Rośnie mały książkoholik ;)
niedziela, 2 czerwca 2019 | By: Annie

"50 twarzy Tindera" - Joanna Jędrusik

                            To nie jest ładna, grzeczna książeczka o poszukiwaniu miłości i księcia z bajki. Nie jest to również powieść erotyczna o życiu rozrywkowej singielki w Warszawie. Nie, zdecydowanie. O czym jest zatem ta pozycja? To najlepszy, najdosadniejszy i najbardziej autentyczny portret pokolenia dzisiejszych 20-30-40-latków mieszkających w wielkich miastach, robiących kariery i żyjących - wydawałoby się - jak pączki w maśle. A w głębi serca często nieszczęśliwych i rozpaczliwie poszukujących. Czego? Miłości, przyjaźni, seksu, a przede wszystkim zapomnienia. Choć na jeden wieczór. Doskonałym narzędziem do tego okazuje się aplikacja Tinder - zarazem główny bohater tej książki, ale też pretekst do uważnego przyjrzenia się jego użytkownikom - często beztroskim randkowiczom, ale równie często ludziom zagubionym i samotnym. Wielu z nich choruje na depresję, ma za sobą trudne przejścia. A tu jeden ruch palca stanowi lek na samotność - beztroska decyzja - podobasz mi się lub nie. Niby straszne takie powierzchowne ocenianie ludzi, ale z drugiej strony, czy na co dzień - w sklepie, na ulicy, w metrze - nie robimy tego samego, sami się przed sobą nie przyznając?

                             "50 twarzy Tindera" to książka autobiograficzna, bezlitosna, do bólu szczera, jak rozdrapywanie świeżo co zabliźnionej rany. Podziwiam autorkę za odwagę, za jaja, żeby tak otwarcie opowiedzieć o sobie, o swoich znajomych - bez znieczulenia, bez silenia się na poprawność polityczną, na bazie własnych przeżyć i doświadczeń, również tych łóżkowych. Kawa na ławę. Bez ugrzecznienia czy wybielania siebie. A do tego wplatając ważne przemyślenia i opisy zjawisk socjologicznych, przy okazji omawiając różne typy użytkowników i tinderowych zachowań, a zahaczając nawet o kwestie wykluczenia społecznego - to nie jest błaha, lekka lektura. Jednak dla przeciwwagi nie brakuje też śmiesznych historyjek opowiedzianych z przymrużeniem oka i ogromnym dystansem do siebie. Książka ogromnie na tym zyskuje, choć jednocześnie mam świadomość, że "50 twarzy Tindera" to dość specyficzna lektura i na pewno nie spodoba się każdemu. Mnie nie przeszkadzają opisy seksu, kontrowersyjne zachowania i bezpardonowe opinie autorki (z którymi w zdecydowanej większości się zgadzam). Dla mnie to kronika pewnego zjawiska społecznego i, przede wszystkim, rewelacyjny opis pokolenia. Szczerze - nie czytałam lepszego.

                              Jak ja się cieszę, że randkowo niejako 'wypadłam z obiegu', a w zasadzie nigdy się w nim nie znalazłam. Nigdy nie korzystałam z Tindera. W swoim mężu zakochałam się bez reszty, powieściowo i zupełnie nagle już w liceum. I od tej pory jesteśmy razem. Wiadomo, nie zawsze jest cukierkowo, ale nigdy samotnie. Za sprawą tej książki doceniłam jak gigantyczne spotkało mnie szczęście - że mój mąż jest moim najlepszym przyjacielem, że rozpieszcza mnie nieprzyzwoicie, że zawsze mogę ma niego liczyć. Widzę natomiast znajomych, którzy miotają się w sieci zawiłych relacji uczuciowych. Jedni nie mogą znaleźć nikogo, inni skaczą z kwiatka na kwiatek. Czy są szczęśliwi? Nie wiem, nie mnie osądzać. Na koniec przypomniały mi się słowa mojej dobrej znajomej, koleżanki, która w przypływie szczerości wyznała, że dawno pozbyła się większych oczekiwań odnośnie partnera - po prostu chciałaby mieć się do kogo przytulić, móc się wypłakać, mieć przyjaciela i towarzysza wypraw do kina. Nie chce księcia z bajki, nie szuka porywów namiętności i ciacha z okładki gazety. Piękna, mądra dziewczyna. Wydawałoby się, dość niskie wymagania. Od tej rozmowy minęło kilka lat, a ona nadal nikogo nie znalazła...

"Czasem krzyżujemy z kimś nasze samotności i wychodzą z tego związki, przyjaźnie, relacje. Z tych krzyżówek rodzą się mieszańce, mniejsze samotności, skundlone, bękarcie. Nie są ani samotnością, ani miłością."
sobota, 18 maja 2019 | By: Annie

"Jeszcze jeden uśmiech" - Magdalena Majcher

                       Naszła mnie chętka na lekką, kobiecą literaturę obyczajową w polskim wydaniu. Ot, wiosenna zachcianka. Sięgnęłam zatem po "Jeszcze jeden uśmiech" Magdaleny Majcher - całkiem zgrabną opowieść o macierzyńskich perypetiach kilku skrajnie różnych kobiet, których ścieżki splatają się za sprawą pewnej kawiarni dla mam z dziećmi. Zupełnie zapomniałam, że rok temu czytałam "Stan nie!błogosławiony" tej autorki i jakież było moje zdziwienie i miłe zaskoczenie, gdy do kawiarni wkroczyła Pola - główna bohaterka tejże książki. Od razu coś w głowie zaklikało. Przyznam, że ja wprost ubóstwiam takie smaczki, puszczanie oka do długodystansowych czytelników. A znam to miedzy innymi z powieści mojej ukochanej Sharon Owens i szczerze uwielbiam. Ciekawe czy w innych swoich książkach Magdalena Majcher również stosuje ten zabieg?

                        Muszę przyznać, że "Jeszcze jeden uśmiech" to dość sprawnie napisane czytadło. O matkach, dla matek. Mamy tu kilka fajnych spostrzeżeń, mniej lub bardziej wciągające i poruszające losy bohaterek oraz, przede wszystkim, zgrabnie oddane kawiarniane dyskusje - macierzyńskie dylematy i przechwałki - jaki sposób karmienia jest lepszy itd. Oczywiście każda najmądrzejsza. ;) Lektura przemówiła do mnie pod tym względem, naprawdę poczułam ten specyficzny, podszyty zazdrością i rywalizacją klimacik, widać że autorka wie o czym pisze. Smaczek, hihi - móc podejrzeć, podsłuchać, a jednocześnie samą być bezpieczną i niewidzialną dla wszelkich ocen. Co do stylu - wiadomo, można by się czepiać, że papierowe bohaterki, nierealistyczne wydarzenia itd., itp. Ale w sumie nie mam ochoty, bo taka już uroda tego typu lektur o słodkim, jednowymiarowym smaku - tym razem przyjmuję i akceptuję to z całym dobrodziejstwem inwentarza, oczywiście w granicach rozsądku - bowiem niczego więcej nie oczekiwałam. Dlatego nie chcę się tu za bardzo wgłębiać i analizować, bo jeszcze się do czegoś dokopię. Po prostu McEwan czy Oates to nie jest, zdecydowanie. ;) Ot, miłe czytadło dla mam, które przeczytałam z niemałą ciekawością. Dokładnie na takie miałam ochotę, więc jestem zadowolona.

                                                               **********
Edit: Przeczytałam właśnie swoją notkę sprzed roku o "Stanie nie!błogosławionym" - wniosek mam jeden - albo tak drastycznie obniżyły się moje czytelnicze wymagania, albo tak poprawił się warsztat pisarski autorki. Gorąco chcę wierzyć, że tylko to drugie, ale muszę też szczerze sama przed sobą wyznać, bo czuję wewnętrzne rozdarcie i sprzeczność - nadal wiele z tego, co nie podobało mi się w "Stanie nie!błogosławionym" można by przypisać również "Jeszcze jednemu uśmiechowi" - idealizowanie, powierzchowność emocji, schematyczność... Jednak jak zawsze podkreślam - tak naprawdę wszystko zależy od czasu lektury i posiadanych względem niej oczekiwań -  a w tym momencie, kiedy każda chwila z książką jest dla mnie tak cenna i wyczekana niczym uczta, kiedy cieszę się nią i rozkoszuję, to naprawdę, podoba mi się niemal wszystko, co czytam... W tym wypadku także babskie czytadło, które jeszcze rok temu pewnie bezlitośnie bym skrytykowała.
niedziela, 12 maja 2019 | By: Annie

"Marzycielki" - Jessie Burton

                           Nieco przypadkiem, ale jednocześnie nadal konsekwentnie podążając literackim tropem feministyczno-dystopijnych lektur, sięgnęłam po "Marzycielki" Jessie Burton - cudnie wydaną i zilustrowaną, na nową opowiedzianą jedną z moich ulubionych baśni braci Grimm z dzieciństwa o wdzięcznym tytule "Stańcowane pantofelki". Owa piękna opowieść to historia 12 sióstr zamykanych prze ojca na noc w zamkowej komnacie. Na szczęście dziewczyny odkrywają tajemne przejście i co noc wymykają się na tańce do świata czarów, a król usilnie próbuje odkryć tajemnicę tytułowych ciągle stańcowanych pantofelków. 

                         "Marzycielki" to dająca do myślenia lekcja o nadopiekuńczym rodzicielstwie, ale też - w odróżnieniu od oryginału - piękny przykład pozytywnej, podnoszącej na duchu, nienachalnie feministycznej lektury - która podkreśla zalety i siłę kobiet, a nie mankamenty i wady mężczyzn. Żałuję ogromnie, że nie miałam okazji poznać tej książki w papierze, oglądając piękne, kolorowe ilustracje, ale jako mama małego brzdąca nie mam niestety takiej możliwości - papierowe książki są albo zjadane, albo zbyt nieporęczne i szeleszczące bym mogła je czytać z przyssaną do mnie Laurą. Co ciekawe, książka ta klasyfikowana jest jako pozycja dla dzieci - mało trafnie moim zdaniem. Wydaje mi się, że to przede wszystkim lektura dla dorosłych kobiet, które za jej sprawą chcą choć na chwilę powrócić do dziecięcych lat - ale w wersji, która odpowiada ich światopoglądowi. Straszne to, ale gdy raz wpuści się do głowy wirusa feministycznego myślenia, to rzadko która bajka z dzieciństwa wychodzi z próby ponownego czytania zwycięsko... więc tym bardziej warto sięgnąć po starą historię, ale opowiedzianą na nowo, przekornie i z pazurem - czyli "Marzycielki" właśnie. Na pewno chciałbym kiedyś przeczytać tę wersję mojej córeczce. To cudny literacki smaczek na jeden kęs w sam raz do kawki, czy do czytania w parku, najlepiej z głową wśród kwitnących drzew. Ciepło się robi na sercu. Smaczek. Niesamowicie pozytywna, podbudowująca lektura.
środa, 8 maja 2019 | By: Annie

"Forrest Gump" - Winston Groom

                      "Forrest Gump" to jeden z tych rzadkich, sporadycznych przypadków, o których można śmiało stwierdzić, że ekranizacja jest lepsza niż jej papierowy odpowiednik. I wcale nie dlaczego, że książka jest słaba, w żadnym razie! Po prostu film - a przede wszystkim niesamowite aktorstwo Toma Hanksa - to mistrzostwo świata. Natomiast w przypadku powieści absolutnie nie można mówić o takim zachwycie jak w przypadku ekranizacji, choć nie ma też rozczarowania - to lekki, przesympatyczny kawałek prozy z nienachalnym morałem. Co więcej, nawet kilka razy śmiałam się w głos, co zdarza mi się raczej sporadycznie podczas lektury. 

                           Ostatnio staram się raczej nie powielać opowieści - czyli albo książka, albo film - niemniej tu ani trochę nie miałam poczucia wtórności historii - co więcej, pojawiło się kilka wątków, których nie znałam z filmu. Choć przyznam, że ich nieobecność wypada raczej na korzyść ekranizacji, gdyż są one nieco absurdalne, typu podróż w kosmos czy przyjaźń z małpą. Jednak takie detale schodzą na dalszy plan, bo książka (z resztą podobnie jak film) to przede wszystkim przepiękna opowieść z budującym morałem - możesz wszystko. Świat stoi otworem, jest tak cudownie kolorowy, różnorodny i nieprzewidywalny, nigdy nie wiesz jakie niespodzianki czekają za życiowym zakrętem lub w przysłowiowym forrestowym pudełku czekoladek. Lektura zdecydowanie na plus. Ciepło się robi na sercu. Doskonała na poprawę humoru i ku pokrzepieniu. A swoją drogą szalenie podobają mi się te wydania jubileuszowe Empiku. Fajnie można uzupełnić biblioteczkę o klasykę i największe hity wydawnicze ostatnich lat.
niedziela, 5 maja 2019 | By: Annie

Dwie feministyczne dystopie - "Siła" Naomi Alderman oraz "Vox" Christiny Dalcher

                      Ehhh nic mnie tak nie irytuje jak doskonały pomysł na historię, którego autor nie potrafił udźwignąć i w pełni wykorzystać. Co za marnotrawstwo! Co za rozczarowanie! Mam ochotę tupać nogą jak mała dziewczynka i rzucać książkami o ścianę – hamuje mnie tylko to, że przeczytałam je obie na czytelniku, a jego mi szkoda. ;) Za mną dwie feministyczne antyutopie , każda o doskonałym wręcz pomyśle, ale z znacznymi brakami w wykonaniu - co ciekawe, każda ze skrajnie różnymi.

                       „Siła” Naomi Alderman to wizja świata, w którym kobiety zostają obdarzone dodatkowym narządem – zwojem, za pomocą którego mogą razić prądem. I nagle okazuje się, że równowaga sił damsko-męskich zostaje zachwiana… Książka stawia wiele ambitnych pytań – czy świat rządzony przez kobiety byłby lepszym miejscem? Czym tak naprawdę różnią się miedzy sobą obie płcie? Tylko siłą? Wniosek jest okrutnie smutny, ale jakże prawdziwy - świat rządzony przez kobiety…. to świat identyczny z tym, którym rządzą mężczyźni. A kobiety potrafią być równie okrutne, bezmyślnie pełne agresji i egoistyczne. Bowiem gdy pozornie piękna, wzruszająca idea jedności i braterstwa kobiet, a także dobre chęci oraz wiara napotkają na swojej drodze wielkie pieniądze i żądzę władzy, uruchomiony zostaje mechanizm narodzin okrutnej religii, fanatycznego kultu. Arabia Saudyjska w wersji femininazistycznej – oto co czeka świat. 
                     Owa pozycja to przede wszystkim świetny pomysł, który przynajmniej częściowo broni się sam. Natomiast zabrakło mi tu zdecydowanie wiarygodnych bohaterów z krwi i kości, kogoś z kim mogłabym się identyfikować podczas lektury. I choć narracja prowadzona jest z perspektywy wielu postaci, to przez cały ten czas odczuwałam deficyt tej jednej ‘normalnej’ bohaterki – jak pojawienie się zwoju mogło wpłynąć na życie zwykłej kobiety, żony, matki – natomiast całą historię poznajemy tylko z perspektywy ‘wielkiej polityki’. Niewątpliwy smaczek to korespondencja między autorką, a jej fikcyjnym przyjacielem (męskim alter ego?) zamieszczona na początku i na końcu książki – oko puszczone do czytelnika – i to dopiero daje do myślenia. A uświadomienie sobie pewnego faktu dotyczącego autorstwa, szczególnie w kontekście pewnego książkowego wątku, daje aż ciarki na plecach. 
                      Książka owszem, ma swoje ‘momenty’, ale ogólnie raczej nie wciągnęła mnie ta lektura - jest płaska, nudnawa, zabrakło mi głębi, możliwości wczucia się w opowieść, a przez to doświadczenia większych emocji i przemyśleń. Niby trochę wzbogaca, ale jednocześnie nie sprawia przyjemności. Ot, w porządku lektura, ale która mogła – czy wręcz powinna (porywając się na taki ważny temat) - być rewelacyjna.

                        Z kolei „Vox” to wizja Stanów, w których do władzy dochodzą ekstremiści katoliccy i, podążając za biblijnymi wskazówkami, za pomocą specjalnych bransoletek, uniemożliwiają wszystkim kobietom wypowiedzenie więcej niż 100 słów dziennie. Główną bohaterką jest doktor neurolingwistyki Jean McClellan - matka, żona i kochanka, która usiłuje się odnaleźć w nowej, niezwykle trudnej i frustrującej rzeczywistości.
                    Tu z kolei zostałam wciągnięta maksymalnie, rzekłabym, że aż za bardzo. Akcja pędzi na łeb na szyję przez co w pewnym momencie traci się z oczu bohaterów - oni i ich moralne rozterki pozostają gdzieś daleko w tyle. Emocje podczas lektury są, owszem, ale raczej na zasadzie ‘czy uda im się zdążyć na czas’, a nie głębi przemyśleń czy dramatycznych rozważań nad ludzką naturą. Autorka pisze powierzchownie, nie zagłębiając się w tematy, nie stawiając trudnych pytań i operując na najprostszych instynktach. Ach, i gdyby tak tylko ktoś wziął głęboki oddech i przed oddaniem tekstu do druku przeczytał go raz jeszcze – może wówczas nie miałabym ochoty pod koniec rwać włosów z głowy i sprawdzać trzy razy czy mój ebook nie ma jakiś wad – może brakuje jakiegoś rozdziału? Bowiem końcówka to jedno wielkie niedociągnięcie. Jakby autorka miała skończyć tekst w kilka dni, na szybko napisała ostatnich 100 stron, przy okazji cztery razy zmieniając wersję zakończenia, ale nie miała czasu już przeczytać całości i skleić wątków. W rezultacie otrzymujemy jakiś dziwny twór, gdzie jeden akapit przeczy następnemu. Tak to wygląda. Także doskonała, wciągająca rozrywka jest, ale bez refleksji, bez głębi, bez ambicji. I z frustrująco niechlujnym zakończeniem.

                        Chcę podkreślić, że to nie są złe czy kiepskie książki. To są naprawdę całkiem solidne powieści, przede wszystkim każda z genialnym pomysłem na fabułę. Moje niezadowolenie wynika z faktu, iż za każdym razem miałam poczucie, że mogło być to arcydzieło - powieść ważna i głęboka, dająca do myślenia, pozostawiająca czytelnika z kacem moralnym i tysiącem pytań w głowie. Przewartościowującą pewne kwestie i spojrzenie na świat. Niestety, tak się nie stało. Za każdym razem otrzymałam świetny pomysł, ale średnio napisaną książkę. Przyzwoitą, ale jednocześnie dającą poczucie zmarnowanego potencjału. Niemniej moje feministyczne lektury powoli zbliżają mnie do Królowej Atwood. Chyba pora zebrać się na odwagę i wreszcie sięgnąć po „Opowieść podręcznej”…
piątek, 3 maja 2019 | By: Annie

"Pierwszy bandzior" - Miranda July

                        Jaka to ciekawa, oryginalna opowieść! Inna. Zaskakująca. Świeża. Zdecydowanie niebanalna i nieoczywista. I bardzo ciężko jest mi ją opisać, ubrać w słowa czy ocenić... Już sama fabuła to istny rollercoaster - historia poukładanej, nieco dziwacznej Cheryl, ktorej życie zostaje wywrócone do góry nogami, gdy zgadza się przygarnąć pod swój dach nieposkromioną córkę szefostwa - a to dopiero sam początek szalonej lawiny zaskakujących wydarzeń i wprawiających w zdumienie interakcji miedzyludzkich. Mam jednak wrażenie, że sama fabuła ma tu w zasadzie znaczenie drugorzędne, bowiem to, co czyni tą książkę naprawdę wyjątkową to styl i celność pióra autorki - a wydarzenia stanowią jedynie pretekst do wydobycia na światło dzienne pokręconej natury ludzkiej. To fascynująca bystrość, precyzja i trafność literackiego pióra, to zdania-perełki pełne przewrotnych i przekornych porównań, to umiejętne i dosadne sportretowanie całej plejady oryginalnych postaci - to wszystko czyni tę prozę absolutnie wyjątkową. Miranda July nie ma litości dla swoich bohaterów - obnaża ich najskrytsze myśli, marzenia, perwersyjne fantazje i najbrzydsze uczucia - wszystkie tak skrzętnie skrywane na co dzień pod maską zwyczajności. Czasami granica absurdu i dobrego smaku jest niebezpiecznie blisko, ocieramy się o nią, ale zawsze z tej właściwej strony - autorka zaskakuje, bulwersuje, szokuje, a jednocześnie robi to za każdym razem z gracją i wdziękiem - przede wszystkim nie dla taniej kontrowersji, a zawsze w jasno określonym celu. Tak sportretować naturę ludzką... Postaci takich jak główna bohaterka nie sposób zapomnieć - zostają w czytelniku na zawsze, co jakiś czas powracając literacką czkawką. 
                  
                       "Pierwszy bandzior" to szalona literacka jazda bez trzymanki, pełna zaskoczeń, celnych puent, która bezlitośnie wywleka na światło dzienne wszelkie brudy, kontrowersyjne dziwactwa i wielkie, wstydliwe marzenia ukryte na dnia ludzkiej duszy. Świetna, nieoczywista powieść, ale myślę że nie dla każdego. Mnie porwała, ale raczej nie dzięki samej historii, a za sprawą pięknego języka, niesamowitej precyzji zdań i spostrzeżeń oraz umiejętności uchwycenia ulotnego wrażenia, cechy czy chwili i odbicia jej niczym przez kalkę w słowach - co funduje czytelnikowi niesamowite uczucie wyostrzenia postrzegania rzeczywistości. Jeszcze raz podkreślę - to nie tak, że zachwyciła mnie treść, sama opowieść - ani trochę - po prostu zakochałam się w tym sposobie patrzenia i opisywania świata. W związku z czym planuję przeczytać wszystko, co wyszło i kiedykolwiek wyjdzie spod pióra Mirandy July.
czwartek, 2 maja 2019 | By: Annie

Falstart w tym roku, czyli "Kasacja" Remigiusza Mroza

                      Maj... miesiąc bzów i uczty literackiej... czytania na świeżym powietrzu, mnóstwa smakowitych premier oraz Warszawskich Targów Książki. A ja wreszcie wróciłam do spisywania wrażeń czytelniczych! I nie są to słowa rzucone na wiatr, a naprawdę mam kilka napisanych notek w zanadrzu. ;) Jednak, aby nie utonąć i nie zagubić się w tej lawinie zaległości, oraz by choć trochę nadać moim czytelniczym perypetiom znamiona jakiegokolwiek porządku i chronologii, postanowiłam narzucić sobie nieco rygoru - na razie cofnę się literackimi wspomnieniami do samego początku tego roku, a następnie będę w miarę możliwości konsekwentnie opisywała kolejne lektury, aż dojdę do tych bieżących. Dopiero wtedy wrócę myślami do pominiętych książek z 2018...

                      Tym samym rok 2019 otworzyłam "Kasacją" Remigiusza Mroza - czyli pierwszym tomem popularnego i czytanego chyba przez wszystkich prócz mnie cyklu o adwokatce Chyłce. Oby ta lektura nie stanowiła wróżby na następnych dwanaście miesięcy, bo niestety, kiepski był to start, a odczucia mam bardzo chłodne. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że historia została opowiedziana po łebkach, nieuważnie. Zupełnie nieprawdopodobne w moim mniemaniu zakończenie i motywy nijak nie składają mi się w głowie w jedną logiczną i sensowną całość. Jedyny plus to dla mnie możliwość wglądu w pracę w kancelarii adwokackiej oraz ciekawostki prawnicze. 

                      Przyznam, że nie jestem fanką Mroza - moim zdaniem za bardzo idzie w ilość, co odbija się negatywnie na jakości. Jego książki są dla mnie trochę jak wydmuszki - niby pomysł ciekawy, niby sprawnie napisane - na pierwszy rzut oka ciężko zarzucić im coś konkretnego - a jednak głębi, wiarygodnych bohaterów czy prawdziwych emocji na próżno w nich szukać. Przyznaję, że do sięgnięcia po "Kasację" skłonił mnie serial nakręcony na podstawie tomu drugiego serii - spodobał mi się i wciągnął niesamowicie. Przykro mi to pisać, bo sercem zawsze stoję po stronie literatury, ale książka na jego tle jest nudnawa, rozwleczona, a postaci Chyłki i Zordona tak mało wyraziste przy swoich serialowych odpowiednikach... Jak dla mnie to bez smaku, mocno nijaka lektura. Jest tyle rewelacyjnych kryminałów, więc po co zadowalać się czymś tak przeciętnym. Jestem na nie. I dziwię się popularności tej serii. :(
wtorek, 19 marca 2019 | By: Annie

Z pamiętnika młodej mamy...

                    W mojej nowej, pięknej i niezwykle absorbującej codzienności czasami powraca do mnie myśl o blogu. Przelotnie, nagle, jak przebłysk  - gdy noszę Laurę i oglądamy kolorowe okładki książek na półkach lub czasem, gdy mignie mi przed oczami czyjaś recenzja w internecie. Tęsknię. I nawet układam sobie w myślach wrażenia o kolejnych przeczytanych lekturach  - ale czasu, żeby je spisać tak bardzo brakuje. Trafiło mi się bardzo aktywne, ciekawskie, ale też niesamowicie pogodne dziecko, które potrzebuje ciągłego towarzystwa, przytulania i zabawiania. Żywe srebro. :) Ratuje mnie kindle wraz z Legimi – i tych parę książkę w miesiącu udaje się pochłonąć przy okazji karmienia. Kto ciekawy, co udało mi się przeczytać, zapraszam na mojego Goodreadsa. Ostatnio łykam także sporo pozycji parentingowych. I niezliczone artykuły o wychowaniu, żywieniu, rozwoju… Niemniej, wraz z ukończeniem przez Laurę sześciu miesięcy, chciałam może nie tyle odkurzyć to miejsce, co choć na chwilę odwiedzić. Porwało mnie życie i zwykłe-niezwykłe macierzyństwo, dni wypełnione po brzegi miłością, radością oraz zmęczeniem... ale wrócę tu, wiem to na pewno. Jutro lub za rok. :)
wtorek, 1 stycznia 2019 | By: Annie

Podsumowanie roku 2018

                     Aby tradycji stało się zadość zamieszczam podsumowanie mijającego roku - tym razem muszę się streszczać i korzystać, póki Laura śpi. Rok temu, nawet w najzuchwalszych wizjach, nie śmiałam marzyć, że napiszę takie słowa, że tak szybko dołączy do nas ta mała, perfekcyjna Istotka, która skradła nasze serca i na punkcie której zupełnie szaleliśmy. :) I właśnie pod znakiem ciąży, a następnie opieki nad maluszkiem upłynął mi rok 2018... Gdzieś tam po drodze skończyłam też studia. ;) To był rok piękny, idealny, ale będący też wyzwaniem i jedną wielką zmianą. Ciąża była dla mnie ogromną radością, ale też i stresem - nieuzasadnionym, jak zwykle przejmowałam się na wyrost i bez sensu...  A macierzyństwo... ciężko ubrać w słowa tę miłość, ogromną odpowiedzialność, tę niesamowicie silną więź... :)

                        Rok 2018 zamykam z bilansem 50 przeczytanych książek - czytałam dużo literatury błahej, połknęłam kilka thrillerów oraz całkiem sporo powieści o tematyce okołociążowej. Odkryłam przyjemność z sięgania po poradniki, pod koniec roku z apetytem pochłaniałam reportaże o tematyce medycznej. W ciąży nie miałam zupełnie skupienia do czytania, a jak skupienie wreszcie wróciło, to skończył się czas wolny. Niemniej i tak jestem zadowolona z mojego wyniku. Najlepsza książka? Chyba kolejny rok z rzędu nie doznałam jakiegoś jednego wielkiego olśnienia literackiego, jednak zdecydowanie najbardziej podobała mi się soczysta opowieść Mario Puzo o rodzinie włoskich imigrantów w Nowym Jorku - mowa tu oczywiście o wielobarwnej "Dziesiątej alei". Najgorszej książki nie wybieram - szczerze mówiąc moje oczekiwania względem literatury ostatnio dramatycznie spadły - cieszę się z każdej chwili, kiedy mogę sobie poczytać, satysfakcjonują mnie nawet te naiwne, błahe i głupiutkie opowiastki. Co więcej, świadomie po takie sięgam, bo głównie do takich mam skupienie i chęci po całym dniu.

                         Postanowienia na nowy rok? Pisać na bieżąco notki na bloga, ale również wrócić do przeczytanych i nieopisanych książek. Planów czytelniczych nie snuję, bo jak będzie z czytaniem w 2019 - nie umiem zupełnie powiedzieć. Chcę po prostu cieszyć się codziennością, doceniać drobiazgi, każdy dzień, a życie urozmaicać sobie dobrą literaturą. Rok temu napisałam: "Życzę sobie, że gdy za rok spojrzę na dzisiejszą notkę, uśmiechnę się do myśli, że obecne marzenia się spełniły." - i spełniło się wszystko, co do joty - jestem wdzięczna i szczęśliwa - mnie samej ciężko w to uwierzyć, ale naprawdę mam wszystko o czym marzyłam. :) I Wam również spełnienia wszystkich marzeń serdecznie życzę!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...