czwartek, 2 marca 2017 | By: Annie

"Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym" - Maciej Czarnecki

                          Mam dziwną słabość do Norwegii. Fascynuje mnie ten kraj – kultura europejska, tak bliska, a jednocześnie tak odmienna mentalność, emocjonalność, postrzeganie więzi rodzinnych i społecznych. Norwegowie są niesamowicie cywilizowani, opanowani, emocjonalnie chłodni i kulturalni. Co dziwne – nie czuję pociągu do Skandynawii ogółem, ale Norwegia intryguje mnie od lat. Zaspokajam zatem swoją ciekawość poprzez literaturę…

                          Autor reportażu „Dzieci Norwegii”, Maciej Czarnecki, bierze na tapetę trudny i rozdzierający serce temat – norweski Bernevernet, który strzeże dobra dzieci na terenie Norwegii. I kierując się zasadą, że ‘lepiej reagować prewencyjnie, a nie dopiero wtedy, gdy mleko się już rozlało’, ma prawo odebrać dzieci nawet przy drobnej sugestii, że rodzice nie zapewniają im odpowiedniej opieki – podejrzenie o molestowanie, siniaki, czy – jak w niektórych przypadkach – wystarczy o jedno zdanie wypowiedziane przez dziecko za dużo, i ląduje ono na długie miesiące (lub na zawsze) u rodziny zastępczej. Takie postępowanie ma wyraźne, niepodważalne dobre strony oraz mocne podstawy, jak chociażby sprawa Andersa Breivika, który być może nie dokonałby tak okrutnej rzezi, gdyby tylko odebrano go w porę toksycznej matce. Co trzeba przyznać, Norwegowie są niezwykle otwarci na krytykę i przeważnie uczą się na swoich błędach - chcą po prostu uratować jak najwięcej dzieci - a jednocześnie momentami bywają zaskakująco ślepi i uparci, przez co szczytny cel zapobiegania dziecięcym dramatom niekiedy zakrawa niemal o kafkowski surrealizm, a rodzice zderzają się ze ślepą ścianą oskarżeń. Dziecko płacze gdy zobaczy dawno niewidzianych rodziców - według Barnevernetu wcale nie z tęsknoty, a ze stresu, więc spotkania należy jeszcze bardziej ograniczyć. Matka nie przyznała się do winy, czyli odmówiła współpracy... To skrajne przykłady, ale występujące. Wszystko jest bowiem kwestią interpretacji pracowników, a te złe (choć występujące w zdecydowanej mniejszości) spowodowały, że temat obrósł niesamowitą mitologią i martyrologią - zamach na Polską Rodzinę, zamach na Matkę Polkę, rzekome porwania w celu urozmaicenia norweskich genów, zaangażował się też Krzysztof Rutkowski, który ma całą ofertę dotyczącą odbijania polskich dzieci z norweskich rodzin zastępczych(!). 

                       Osobiście nie mam wątpliwości, że Barnevernet to dobry, kierowany jak najlepszymi pobudkami system, mający na celu zapobieganie przemocy i ochronę dzieci, jednak przeważnie nierozumiany przez obcokrajowców i w niektórych aspektach wymagający dopracowania, przyznaję. Na tę chwilę sprawa ma bowiem dwie zantagonizowane strony, a problem zaczyna się tradycyjnie tam, gdzie stykają się dwie obce kultury. Bariera niezrozumienia, wywołana tym, że Norwegia reprezentuje jakby wyższy, wyniesiony ponad emocje model cywilizacyjny – którego ani Polacy, ani jacykolwiek inni obcokrajowcy nie potrafią zrozumieć, zaakceptować i do niego przystać. Model chłodny, kalkulujący na zimno straty i zyski. Możliwie obiektywny, pozbawiony emocji. A imigranci boją się tego, nie rozumieją. W rezultacie panikują, rzucają na ślepo oskarżenia, uciekają, porywają własne dzieci i tymsamym sami dostarczają Barnevernetowi argumentów do działania. Nic dziwnego, są przecież przerażeni - nagle ktoś wchodzi z butami w ich życie, ocenia, kontroluje, a przecież 'matka wie najlepiej jak wychować własne dziecko'. Według Norwegów niekoniecznie. Opinia norweskich ekspertów głosi jednoznacznie, że „w najlepszym interesie dziecka jest żyć w warunkach korzystnych dla jego rozwoju, niekoniecznie z biologicznymi rodzicami”, co z jednej strony uratowało już wiele dzieci, a z drugiej doprowadziło do sytuacji, w której bez prób znalezienia krewnych dziecka, bez zważania na jego wyznanie, kulturę, oprócz zmiany rodziców – przeważnie dokonanej słusznie -  odbierana jest też jego tożsamość. Problemów nastręcza również interpretacja niektórych zachowań, gdyż w polskiej kulturze słowo ‘kara’ oznacza zupełnie coś innego niż w Norwegii.  Norwegowie posługują się pewnym wykrojem, modelem idealnej rodziny wedle standardów norweskich – co wystaje poza jego ramy – należy zmienić. To przecież „bardzo norweskie myśleć, że w żadnym razie nie jesteśmy rasistami. I rzeczywiście, nie doszukiwałabym się rasizmu biologicznego. Ale śladów kulturowego już tak. Chodzi o przekonanie, ze niektóre kultury są warte mniej niż inne.” – mówi jedna z rozmówczyń i nie sposób się z nią nie zgodzić. 

                        Czy inaczej znaczy gorzej? Czy Norwedzy odkryli ideał wychowywania dziecka? Jeśli tak, to czy mają prawo narzucać go wszystkim dzieciom czy tylko tym norweskim? Na ile można krytykować Norwegów, żądać zmian prawa, skoro imigranci są tylko gośćmi w ich kraju? I wreszcie, jak to się ma do podpisanej przez Norwegię Konwencji praw dziecka ONZ, która gwarantuje prawo do zachowania tożsamości, w tym obywatelstwa, nazwiska i stosunków rodzinnych? 

                       Wiele pytań, wiele odcieni szarości. Jednym słowem - doskonały reportaż. W swojej debiutanckiej książce Maciej Czarnecki porwał się na temat – wydawałoby się – niemożliwy do przedstawienia obiektywnie. A jednak udało się! Wielki szacunek i podziw. Będę śledziła uważnie wszystkie jego kolejne publikacje. W międzyczasie pokochałam wydawnictwo Czarne całym sercem. Wydają tak różnorodne, świetnie napisane, ciekawe i poszerzające wiedzę pozycje, że dochodzę do wniosku, iż mogłabym czytać książki tylko i wyłącznie tego wydawnictwa, a i tak nie nudziłabym się ani chwilę. A są to reportaże, które najlepiej mówią same o sobie za pomocą cytatów. Całą sytuację opisaną w "Dzieciach Norwegii" można zawrzeć w trzech hasłach:

BARIERA KULTUROWA: „Dla Polaków, Czechów czy Litwinów państwo przez ponad czterdzieści lat nie było oparciem, lecz faktycznym wrogiem. (…) Wieści, że w Skandynawii fiskus pomaga ludziom rozliczyć podatki, by zapłacili jak najmniej, wciąż brzmią dla nas jak z kosmosu.”

NADOPIEKUŃCZOŚĆ: „…Prawdziwa ciemna strona Norwegii – nie ta estetyzująca, owiana przybyszewszczyzną i trącąca diabłem z jasełek – może wynikać z nadmiaru owej dobroci. Wszak słowo „reżim” nie kojarzy się dobrze.”

NIEZROZUMIENIE: "Barnevernet (...) popełnia koszmarne błędy - ale jego krytycy strzelają z niewłaściwych armat."

2 komentarzy:

Czarne Espresso pisze...

A wiesz, że ciekawi mnie ten reportaż? Mnie generalnie do Skandynawii ciągnie i chciałabym tam kiedyś pojechać.

Alicja P. pisze...

Mam słabość do książek wydawnictwa Czarne. Reportaże poruszają trudne tematy, zmuszają do refleksji.. ,,Dzieci Norwegii" na pewno przeczytam.

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...