środa, 23 sierpnia 2017 | By: Annie

"Czarna Madonna" - Remigiusz Mróz

                   Zawsze fascynowała mnie tematyka samolotów – czy to wszelkie wspomnienia stewardess, wyznania pilotów, czy też kryminały dziejące się na pokładzie – specjalnie zachęcać mnie nie trzeba – wystarczy samolot na okładce, a ja już biegnę czytać. Tym samym z wielką radością odkryłam w skrzynce pocztowej najnowszą książkę Remigiusza Mroza - horror - niespodziankę od wydawnictwa. Specjalnie odłożyłam jej lekturę na powrót ze Stanów – nie chciałam trząść się ze strachu podczas lotu. ;) Jak się okazało, niepotrzebnie czekałam, bo choć strachliwa jestem okropnie, to czytając "Czarną Madonnę" nie bałam się ani chwili.

                      Przyznam, że początkowo spodziewałam się czegoś bardziej w stylu lotniczego thrillera (łącznie z kradzieżą obrazu z Jasnej Góry - tak to sobie wyobrażałam ;)), a otrzymałam natomiast satanistyczne wizje, plucie smołą, opętania, podróże w czasie, religijne śledztwo itd. Taki trochę paranormalny Dan Brown – czyta się super, sprawnie, ale wiadomo – ambitna literatura to nie jest ;). Daję plusa za oryginalność - bowiem czegoś takiego jeszcze w swojej karierze nie czytałam. Natomiast minus za zakończenie - trochę zbyt dziwne jak na mój gust, przekombinowane. Ogólnie szału nie ma, ale też czytałam bez bólu – ot, ciekawa byłam co to za książka (reklama zrobiła swoje) i miałam rozrywkę na parę godzin. Ani zachwyt, ani wielkie rozczarowanie – mam nijakie odczucia. Można przeczytać, ale zdecydowanie nie trzeba – ot, cała prawda o tej książce.
wtorek, 22 sierpnia 2017 | By: Annie

"Bad Mommy. Zła mama" - Tarryn Fisher

                    Kolejny smakowity thriller ze stosika pochłonięty – chyba muszę trochę przyhamować, bo zabraknie mi czytania na jesienne wieczory. ;) W każdym razie „Bad Mommy” to była naprawdę wyjątkowa, niepowtarzalna lektura - aż żal, że już za mną... Na bazie prostego schematu, czyli miłosnego trójkąta w konfiguracji mąż-żona-nowa sąsiadka, autorka stworzyła niesamowitą, podszytą niepokojem historię – sieć wzajemnych powiązań, intryg i brzydkich tajemnic ukrytych za fasadami kłamstw i pozorów. Bowiem nowa sąsiadka nie wprowadziła się na to osiedle przypadkiem… nie przypadkiem zależy jej również na nawiązaniu przyjaźni… nie przypadkiem maluje ściany na ten sam kolor, nie przypadkiem kupuje w tym samym sklepie... 

                   „Bad Mommy” to opowieść o cienkiej granicy między fascynacją a stalkingiem, między inspiracją a obsesją naśladownictwa. O tym, że trzeba uważać kogo wpuszczamy do naszego życia… Trzyma w napięciu już od pierwszej strony, trudno się oderwać. Jest coś fascynującego, a zarazem przerażającego w tej relacji i stopniowo odkrywanych kolejnych warstwach sekretów… W trakcie lektury tylko jedna rzecz mi zazgrzytała – ale od razu zaznaczam – nie wiem czy to ja nieuważnie czytałam, zaaferowana wyjazdem, pakowaniem itd., czy też faktycznie w książce nie wszystko zostało do końca wyjaśnione – w każdym razie czuję leciutki niedosyt w temacie sytuacji z mężem Fig. Ale to z mojej strony tylko i wyłącznie czepialstwo, drobny detal. Ogólnie książka jest rewelacyjna – trzy różne wersje historii, trzy różne spojrzenia na tę samą relację, które obnażają brud i zepsucie ludzkiego umysłu. Zakończenie – rewelacja. Opadła mi szczęka. Nie jestem zadowolona z tej notki, jakoś ciężko mi się pisze o tej książce – w każdym razie chciałabym ją wszystkim gorąco polecić - to jeden z lepszych thrillerów psychologicznych na rynku!!!
sobota, 19 sierpnia 2017 | By: Annie

"Lokatorka" - JP Delaney

                 Jak widać faza na thrillery psychologiczne osiągnęła swoje apogeum. Pochłaniam książkę za książką – ciągle mi mało. A jaką mam frajdę w wyszukiwaniu kolejnych świeżynek i układaniu thrillerowych stosików! Bookworm podsunęła mi fajny pomysł stworzenia wpisu z listą najlepszych thrillerów – zrobię to z wielką przyjemnością pod koniec wakacji. Tymczasem nasycam umysł i oczy kolejnymi historiami. 

                  Tym razem sięgnęłam po pozycję mocno rozreklamowaną – może stąd moje wysokie oczekiwania i w związku z tym czuję lekkie rozczarowanie co do wyjaśnienia zagadki. Niemniej sama historia – czyli prowadzona na dwóch płaszczyznach czasowych opowieść o dwóch kobietach mieszkających w pewnym minimalistycznym, ekstrawaganckim domu w Londynie – była bardzo ciekawa. Uwielbiam gdy niewielka, zamknięta przestrzeń stanowi scenę dla rozgrywających się wydarzeń. Gdy klimat odosobnienia, zagrożenia i tajemnicy przenika karty książki... Jak wyczytałam na koniec – i co bardzo mnie zaskoczyło – autorem tej książki jest mężczyzna, co więcej, jest to znany pisarz skrywający się pod pseudonimem. Byłam przekonana, że autorką jest kobieta – tak napisać o kobiecej naturze, jej dylematach, rozterkach… a tu proszę - spore zaskoczenie. Ogólnie książka bardzo na plus, fajnie poprowadzona jest ta historia, przeszłość zgrabnie przeplata się z teraźniejszością - czysta się to wyśmienicie, trudno się oderwać. Gdyby tylko nieco lepsze, ciut bardziej dopracowane zakończenie – można by mówić o thrillerowym majstersztyku. A tak tylko skutecznie i przyjemnie zabiłam czas podczas długiego, transatlantyckiego lotu. ;)
czwartek, 17 sierpnia 2017 | By: Annie

"Widzę Cię" - Clare Mackintosh

                  Smaczek, cudna perełka wyłowiona w morzu nowości thrillerowych. Wyobraź sobie zimny, deszczowy listopad i wyczekany powrót do ciepłego, przytulnego domu. Jedziesz metrem, udało Ci się nawet usiąść – odprężasz się, tracisz czujność. Bo przecież co może Ci grozić w tłumie przysypiających podróżnych? Czytasz książkę, a może surfujesz po internecie? Nagle czujesz czyjś wzrok na karku, zimny dreszcz przechodzi wzdłuż kręgosłupa – jesteś obserwowana... Czy ten mężczyzna przypadkiem nie jechał z Tobą wczoraj? A może też i przedwczoraj..? Tłum ludzi, ale nagle czujesz się bardzo samotna… 

                 Uffff co to były za emocje. ;) Na pewno jest to jeden z lepszych i bardziej zaskakujących thrillerów, które przeczytałam w tym roku. Trzyma w napięciu, a zakończenie wbija w fotel – czyli jest dokładnie tak, jak lubię. Dodatkowy smaczek to fajnie, wyraziście zarysowane kobiece bohaterki i Londyn w tle. Gorąco polecam!!! Niezapomniana lektura, szczególnie dla osób, które jeżdżą metrem na co dzień. ;)
niedziela, 13 sierpnia 2017 | By: Annie

"Dziewczyna z Brooklynu" - Guillaume Musso

                       Musso – mój stary znajomy, papierowy partner, z którym od wielu lat łączy mnie burzliwy związek literacko-emocjonalny. Kochamy się, a potem kłócimy i  rozchodzimy, by jednak zawsze koniec końców odnaleźć się gdzieś między księgarnianymi regałami. Jedno przelotne spojrzenie, muśnięcie ręką i znów wpadam w jego sidła – daję nam kolejną szansę, bo jedno jest pewne – na pewno będzie ciekawie i niebanalnie. Wiem, że godziny w jego towarzystwie miną błyskawicznie, wiem również, że porwie mnie w nowojorsko-paryski świat intryg i wciągających zagadek. Owszem, zdarzyło się, że zostawił mnie z literackim kacem i myślą ‘nigdy więcej’, ale jednak nie tym razem – jego najnowsza powieść, „Dziewczyna z Brooklynu”, podobała mi się. I choć może nie jest to najlepsza czy najbardziej wciągająca książka jego pióra, to spędziłam w jej towarzystwie bardzo przyjemne popołudnie. Musso tym razem napisał pozycję poważniejszą i trochę nie w swoim stylu, bo bez wątku realizmu magicznego. To thriller. Co prawda porównując go do smaczków z tego gatunku, które ostatnio maniakalnie połykam jeden za drugim, to raczej szału nie ma – szczególnie jeśli chodzi o wyjaśnienie intrygi. Ale to wciąż Musso. A bez niego nie zaliczam wakacji. ;) 
sobota, 5 sierpnia 2017 | By: Annie

Nowy Jork... Miasto z marzeń.

Manhattan. Piąta rano
                       Od kilkudziesięciu godzin jestem już z powrotem na polskiej ziemi i na nowo próbuję oswoić przestrzeń naszej warszawskiej codzienności. Ciężko jednak wejść w wakacyjnie leniwy i nieco senny klimat zielonego Ursynowa, kiedy stopy wciąż myślą, iż chodzą po tętniących energią nowojorskich ulicach, a serce bije szybko i intensywnie w rytmie przejeżdżających pod stopami pociągów oraz klaksonów żółtych taksówek. Nowy Jork poraził mnie i oczarował – skradł mi serce w momencie gdy wysiadłam po raz pierwszy z metra i zadarłam głowę wprost na wieżowce Midtown. I poczułam to – nagły przypływ radości i energii, uśmiech od ucha do ucha na twarzy i jasna myśl: ‘to jest to’. Spodziewałam się, że zostanę onieśmielona, że będę czuła dystans miasta wobec małej, nic nie znaczącej przyjezdnej z prowincjonalnej Warszawy. Nic z tych rzeczy - poczułam się tam jak odwiedzając starego, dobrego przyjaciela - niemalże jak w domu – lekko i swobodnie. Zero dystansu, zero obcości, zero barier. Może dlatego, iż w Nowym Jorku jest absolutnie wszystko – to miasto imigrantów, przyjezdnych. Tak różnorodne, kolorowe, wielobarwne, że znajdzie się w nim miejsce dla każdego – odmienność jest tu w zasadzie standardem i nie budzi niczyjego zdziwienia. Łatwo można wniknąć w tłum nowojorczyków i choć przez chwilę poczuć się mieszkańcem tego wyjątkowego miasta, które z otwartymi ramionami wita nowe, chłonne umysły – w odróżnieniu np. od Paryża, gdzie co by nie robić, wciąż na kilometr pachnie się ‘tym obcym’ - turystą. 

Manhattan u stóp. Widok z Empire State Building.
                  W Mieście spędziłam w sumie 6 pełnych, intensywnych dni, wypełnionych pieszymi wędrówkami od świtu do późnej nocy. Przeszliśmy Manhattan wzdłuż i wszerz, jak również kawałek Brooklynu – odpuściliśmy natomiast Met, odpuściliśmy MoMA, odpuściliśmy Statuę Wolności, Coney Island i parę innych atrakcji – to zostawiamy sobie na następny raz. Bo nie mam wątpliwości, że taki wkrótce nastąpi. Zamiast tego skupiliśmy się na drobnych detalach miasta, którego tworzą jego duszę i klimat, a często są przegapiane przez zabieganych turystów z nosem w przewodniku. I tak oto odwiedziliśmy malutkie ludziki mieszkające na stacji metra 14St/8 Av, odbyliśmy długi spacer po East Village odkrywając przy okazji cudny antykwariat, spędziliśmy niezliczone godziny szperając w Strandzie (o tym innym razem!) oraz leniwe popołudnie w Washington Square. 30 lipca świętowaliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu – z tej okazji urządziliśmy sobie piknik w Central Parku oraz wjechaliśmy wieczorem na Empire State Building. Jeszcze innego dnia doświadczyliśmy bezbrzeżnego smutku wokół wciąż krwawiącej rany miasta – Ground Zero. Dzięki temu poczułam Nowy Jork – jego energię, pragnienia, różne odcienie i oblicza. Eleganckie Upper West Side i artystyczne, modne Soho. Pełne białych kołnierzyków Downtown i położone tuż obok, wyrwane jakby z zupełnie innej bajki Chinatown. Zamieszkały przez ortodoksyjnych Chasydów południowy Williamsburg i liberalne, stanowiące źródło ruchu LGBT Greenwich Village. I choć Nowy Jork nie był jedynym celem naszej wycieczki - wcześniej zwiedziliśmy również między innymi Boston i Waszyngton – to jednak ich wspomnienie blednie w obliczu myśli o Tym mieście... 

                     Zakochałam się. Bezrozumnie, bo wiem, że będę strasznie tęskniła i nie będzie mi z tą tęsknotą łatwo. I boję się nawet myśleć o tej minimalnie realnej szansie na zamieszkanie w okolicy NY, która majaczy gdzieś na horyznocie przyszłości... Ale właściwie czemu się boję? Przecież to miasto powstało z odważnych marzeń właśnie… I jest dla nich również najlepszą inspiracją.

Central Park. Widok na Upper West Side.
Turystyczne, głośne Times Square.
Greenwich Village
Uliczka w East Village.
Poranny spacer po Brooklyn Bridge.
Na promie... East River.
Chinatown
Ludziki zamieszkujące stację metra 14 St/8 Av
Widok z okna w naszym hotelowym pokoju. Ciężko było oderwać wzrok...
piątek, 21 lipca 2017 | By: Annie

American dream

                  Walizka spakowana. Już jutro lecę stęskniona przez ocean prosto w ramiona męża i zaczynamy nasze długo wyczekiwane, amerykańskie wakacje! Wątpię, żebym w trakcie podróży miała możliwości oraz skupienie do pisania na blogu, natomiast planuję wygospodarować czas na czytanie – w samolocie, na wydmach Cape Cod, w drodze podczas jazdy, w parku Boston Common, w Central Parku i gdzie tylko nadarzy się okazja. W walizce mam 9 sukienek i zero powieści – po raz pierwszy w życiu. Nastała u mnie era Kindla - co prawda nie pachnie papierem, ale jednak doceniam jego niesamowitą wygodę. ;) Planuję natomiast poszaleć po amerykańskich księgarniach – ciekawe co tam na półkach króluje. Oczywiście pokażę stosik po powrocie. Mąż zapowiedział, że będzie mnie rozpieszczał, więc zamierzam korzystać, hihi. Przy okazji spędzimy w Nowym Jorku naszą pierwszą rocznicę ślubu - can't wait. :) Oczywiście przedwyjazdowy plan czytania przewodników i samych książek o Ameryce spalił na panewce, ale nie przejmuję się - na co innego miałam akurat smaka. Jestem natomiast dumna z kilku zmian, które udało mi się wprowadzić w moim życiu w lipcu, i oby tak dalej... :)

                   Ciekawa jestem jak spodobają mi się Stany, jak odbiorę Nowy Jork... To ma być początek dłuższej znajomości, więc mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.. ;)

Do napisania w sierpniu!
niedziela, 16 lipca 2017 | By: Annie

"Córeczka" - Anna Snoekstra

                      I znowu przykurzył mi się blog – to wszystko wina nagłego, odurzającego oddechu wolności i cudownego smaku wakacji, którym delektuję się na co dzień. Spotkania, spacery, kino, teatr, zakupy, ćwiczenia, zdrowe jedzenie – łapię wiatr w żagle, a także dbam o siebie i bezwstydnie się rozpieszczam – zasłużyłam. Owszem, czytam też sporo, choć jak zwykle nie tak dużo jak bym chciała – niemniej trochę lektur za mną, ale jakoś zupełnie weny nie miałam, żeby opisywać swoje perypetie czytelnicze na bieżąco. Tymczasem połknęłam kolejny thriller psychologiczny – faza zdecydowanie nie mija. Tak sobie myślę – kiedy mi się to znudzi? No bo ileż tych thrillerów można wymyślić, żeby się nie powtarzały w kółko te same historie? Chyba jednak jeszcze sporo przede mną, bo mimo iż jest to n-ty thriller w mojej karierze, to „Córeczka” zaskoczyła mnie totalnie – zakończenie czytałam z wypiekami na twarzy. I chyba właśnie dlatego, iż wciąż mnie ten gatunek potrafi naprawdę zaintrygować, zadziwić, porwać - apetyt nie mija. 

                      Owa książka to historia ukradzionej tożsamości – pewna dziewczyna w tarapatach wykorzystuje podobieństwo do zaginionej przed laty Rebeki – wkrada się w jej życie, w jej rodzinę, przyjaciół. Oczywiście przy okazji uwikłana zostaje w niewyjaśnione wydarzenia sprzed lat… Powieść jest sprawnie napisana, wciąga, a końcówka wbija w fotel. Bardzo mi się podobał ten thriller – może nie najlepszy jaki czytałam, ale zdecydowanie polecam. I już myślę jaki następny sobie zapodać – bowiem w to lato mój kindle pęka w szwach od thrillerowych lektur… :)
wtorek, 4 lipca 2017 | By: Annie

Dwa kobiece czytadła - "Dziecko last minute" i "Awaria małżeńska"

                     W pierwszym tygodniu wakacji zafundowałam swojemu umysłowi prawdziwie odmóżdżający detoks i przeczytałam aż dwa typowo babskie czytadła. Przy takich książkach odpoczywam, relaksuję się – nie myślę, nie analizuję – po prostu czytam… Poza tym ciekawa byłam ‘co w trawie piszczy’, czyli jak piszą popularne nazwiska z tej lżejszej części polskiej sceny literackiej. Na pierwszy ogień poszła nieznana mi dotychczas Natasza Socha i jej „Dziecko last minute”. Książka o późnym macierzyństwie i, jak się zorientowałam dopiero po lekturze - drugi tom trylogii, choć w sumie nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie podczas czytania. Powieść Sochy to lekko i sprawnie napisana pozycja, ale raczej średnio zabawna i bez większego polotu. Wydaje mi się, że okres ciąży to na tyle ciekawe źródło różnorakich anegdot i perypetii, że spokojnie można by przedstawić ten temat z większym humorem i dystansem - zachcianki, burza hormonów, zmiany zachodzące w ciele kobiety itd. - coś w stylu filmu "Jak urodzić i nie zwariować". Niby trochę tu tego jest, ale jednak wszystko jakoś tak do bólu oklepane. Moim zdaniem autorka nie wykorzystała w pełni ciążowego tematu, a w zasadzie był to jej jedyny pomysł na fabułę - szkoda. 

                      Jednak po pierwszej lekturze, którą wspominam bez zachwytu, nadeszła pora rewelacyjnej i prześmiesznej „Awarii małżeńskiej” – powieści napisanej przez Sochę w duecie z dobrze mi już znaną Magdaleną Witkiewicz. To naprawdę urocza pozycja, którą czyta się jednym tchem – jak mężczyźni radzą sobie bez kobiet w domu... Co więcej, pod płaszczykiem zabawnych sytuacji, skrywa się tu sporo mądrości na temat związków - jak to kobiety na własne życzenie potrafią sobie piekiełko zgotować - wiadomo, 'sama zrobię lepiej’. Oj tak… dało mi to do myślenia. ;) A "Awarię małżeńską" gorąco polecam!

                        W każdym razie czuję się trochę jakby ktoś mi ostatnio nieco w głowie poprzestawiał i przemeblował - ciągnie mnie bowiem do lekkiej literatury kobiecej na zmianę z thrillerami psychologicznymi, kryminałami i horrorami. Taka faza widocznie i nie zamierzam sobie żałować. ;)
piątek, 30 czerwca 2017 | By: Annie

"Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" - Paweł Reszka

                        Czytając tę książkę miałam ochotę nieustannie kiwać głową i cytować co lepsze fragmenty wszystkim wkoło. To odpowiedź na wszystkie te nieustannie padające pytania - dlaczego lekarze emigrują? Dlaczego tyle pracują? Dlaczego wciąż nie jest lepiej? Pozycja obowiązkowa - dla każdego moim zdaniem. Dla pacjentów, żeby nie linczowali lekarza, który musi wyjść na chwilę z gabinetu, aby skorzystać z toalety. Dla samych lekarzy, którzy tkwią po uszy w chorym systemie i brakuje im dystansu. Dla rodzin lekarzy, dla studentów – absolutnie dla każdego, kto ma kontakt ze służbą zdrowia – a ma go chyba każdy, choć w różnej formie. 

                       Co ciekawe, widząc tę pozycję na półce w księgarni, od razu ją skreśliłam – myślałam, że będą to sensacyjne bzdury rodem z „Faktu”, jakieś pitu-pitu jacy ci lekarze źli, cyniczni, wyrachowani, bo chcą zarabiać więcej niż minimalna krajowa itp. – zmylił mnie podtytuł ‘o znieczulicy polskich lekarzy’. I faktycznie, jest to książka o znieczulicy, ale przede wszystkim o wywołującym ją chorym systemie, o pułapce fatalnych zarobków na początku kariery, o zderzeniu z koszmarną rzeczywistością po sześciu latach mega trudnych studiów. O tym jak ciężko jest być w tym wszystkim po prostu dobrym lekarzem - bo musisz nieustannie walczyć – o miejsce na specjalizacji (najlepiej 5 lat w bezpłatnym wolontariacie), o szkolenia, o możliwość nauki, o pomoc starszych kolegów, o pieniądze na sprzęt czy badania, i wreszcie, o czas dla pacjenta w całej tej papierkologii. Z czasem się odechciewa. Straszna to książka, bo prawdziwa – znam to częściowo z opowieści męża, znajomych... Jest też rewelacyjnie napisana, bardzo obiektywnie – powstała na bazie rozmów z lekarzami specjalistami, stażystami, rezydentami, studentami. Autor nie snuje teorii, nie forsuje jednej tezy - po prostu rozmawia... Świetny reportaż i bardzo ważna lektura.
środa, 28 czerwca 2017 | By: Annie

Rewelacja: "Dom na wzgórzu" - Peter James

                       W takt pierwszych kropel deszczu zwiastujących wieczorną burzę przeczytałam ostatnią stronę tej książki. Wyłączyłam kindla i poczułam się pełna emocji, towarzyszyła mi też lekka literacka zadyszka – jak po najlepszej obyczajówce. Dostałam bowiem dokładnie taką historię, jaką uwielbiam, jakiej poszukuję nieustannie w moich literackich szperaniach – historię o rodzinie, o domu i o dziwnych, paranormalnych zdarzeniach, które mają miejsce niedługo po przeprowadzce. Książka Petera Jamesa wbija w fotel dosłownie od pierwszej strony – serio – przeczytajcie pierwszy rozdział! Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek ostatnio (kiedykolwiek?) wprawiło mnie w takie osłupienie. A dalej też lekko nie jest. :) Historia jest bardzo sprawnie napisana, wciąga, intryguje. Mnie zachwyciła. Fajne tło obyczajowe i pełen grozy nastrój, że aż ciarki przechodzą po plecach. Naprawdę się bałam, a jednocześnie czytałam dalej, zafascynowana opowieścią. Chcę więcej takich książek!!! Tylko gdzie je znaleźć..? Polećcie coś, błagam! Bo będę miała literackiego kaca. ;)
wtorek, 27 czerwca 2017 | By: Annie

"Czarne narcyzy" - Katarzyna Puzyńska

                     Po kolejne tomy z serii o Lipowie sięgam regularnie od dwóch lat, zgodnie z harmonogramem ich wydawania – jeden tom wczesnym latem, jeden tom jesienią. Zawsze zapisuję w notesie datę premiery i czekam... Tym razem trochę potrenowałam swoją cierpliwość, gdyż chciałam „Czarnymi narcyzami” rozpocząć wakacyjne czytanie – ciężko było mi wymyślić lepszą książkę na pierwsze letnie wylegiwanie się na kocu pod chmurką. Nie zawiodłam się. :) Tym razem w dość burzliwe życia osobiste bohaterów wpleciona została historia ludowej legendy o domu drwala we wsi Diabelec… I związane z nią czarne narcyzy oraz całkiem współczesny trup. A właściwie trzy… 

                      I cóż ja mogę napisać, żeby nie powtarzać się jak zdarta płyta… ;) Po prostu kocham tę serię – jestem wobec niej bezkrytyczna, choć owszem, dostrzegam też prostotę języka, powtórzenia itd. Ale mi to nie przeszkadza – zawsze bawię się świetnie. Uwielbiam tę duszną atmosferę małej miejscowości, duży nacisk na obyczajowość, a także ten charakterystyczny styl pisania i prowadzenia narracji. A tych, którzy jeszcze nie znają twórczości Kasi Puzyńskiej, gorąco namawiam do lektury – tylko obowiązkowo zacznijcie od tomu pierwszego, czyli „Motylka”. Natomiast Ci, którzy znają już serię o Lipowie… tych na pewno nie trzeba do dalszych części zachęcać. :)
niedziela, 25 czerwca 2017 | By: Annie

"Trzecia osoba" - Małgorzata Hayles

                   Lubię czasem dać szansę nieznanemu autorowi  lub książce, która prawie w ogóle nie ma recenzji. Odkryć coś nowego, ot z czystej fanaberii bo spodobała mi się okładka czy tytuł. „Trzecia osoba” to właśnie tego typu ‘przegapiona’ lektura – postanowiłam podarować jej swój czas i uwagę. Skusił mnie opis – główna bohaterka to wytrawna czytelniczka, która odkrywa, iż jej życie do złudzenia przypomina historię bohaterki jednej z zakupionych w ciemno powieści... 

                  Przede wszystkim ogromnie podobały mi się wplecione w treść literackie smaczki i całkiem celne puenty na temat polskiego rynku wydawniczego. Natomiast mam wrażenie, że książce zabrakło szczęścia do dobrej redakcji i większej promocji. A szkoda, bo zdecydowanie ma w sobie niewykorzystany potencjał, to intrygujące COŚ – pewną plastyczność, zręczność językową, trafność spostrzeżeń. Momentami zaskakuje głębią. Autorka posiada świetne pióro – lekkie, ale precyzyjne i inteligentne. Oczywiście zawsze można się do czegoś przeczepić - bezczelnie parę rzeczy bym przemeblowała w treści - ale i tak jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą wyszperaną lekturą, wobec której nie miałam w sumie żadnych oczekiwań. Podobało mi się - to solidna obyczajówka z nutą niepokoju thrillera psychologicznego. Natomiast mam ochotę udusić autorkę za to zakończenie… :P


***
Kilka cytatów na zaostrzenie apetytu: 

"Barbarze brakowało dobrych powieści środka, ciekawie opowiedzianych historii o tak zwanym zwyczajnym życiu. Pomiędzy harlequinopodobnymi tworkami w cukierkowych okładkach, których tytuły, Deszczowe łzy czy Zapach konwalii, brzmiały jak lista hitów disco polo, a depresyjnymi opowieściami o dzieciogwałtach, samookaleczeniach, anoreksji, alkoholizmie, aborcji czy kazirodztwie, rozpościerała się bezkresna pustynia. Pięknie i głupio było więc lub mądrze i brzydko, a pomiędzy świstał porywisty i suchy pustynny wiatr."

"(…) od dwóch lat cierpi na blokadę, która wcale nie polega na braku wiary w to, że potrafi, ale na skowyczącym dysonansie między umiejętnością wyobrażenia sobie dobrej powieści a nieumiejętnością napisania takowej."

"Pisanie wydało mu się nagle czynnością podobną do wycierania kurzu. Próbą uporządkowania świata, przy jednoczesnym wzbijaniu w powietrze tumanów słów, które tak naprawdę nikogo nie obchodzą, bo świat toczy się gdzie indziej."

"Życie w trzeciej osobie jest dużo ciekawsze od życia w pierwszej osobie."
sobota, 24 czerwca 2017 | By: Annie

"Przeklęty prom" - Mats Strandberg

                  Pozycja upolowana na tegorocznych targach książki. Zobaczyłam tę okładkę… i od razu wiedziałam – ta powieść musi być moja! Kupiłam w ciemno, przeczytałam natychmiast. Nie żałuję. Szczere mówiąc początkowo myślałam, iż będzie to bardziej thriller lub kryminał, a otrzymałam natomiast rasowy, krwawy horror. I wiecie co? Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, gdyż przeważnie unikam tego typu lektur, bardzo mi się podobało! 

                   Owa książka to historia pewnej nocy na promie Baltic Charisma, płynącym ze Sztokholmu do Helsinek. Zapada wieczór, prom tętni życiem – kluby, restauracje, bary… Jednak w pewnym momencie zaczyna się dziać coś dziwnego, ludzie zmieniają się… Prom staje się pułapką, z której nie ma ucieczki. Narracja prowadzona jest z perspektywy wielu różnych bohaterów, których losy splatają się – dzięki temu sporo tu obyczajowości, można się wczuć i kibicować postaciom. Ponadto książka jest też cudnie wydana, łącznie z planem promu zamieszonym na wewnętrznej stronie okładki. I przyznam, że podobała mi się o wiele bardziej niż chociażby słynna „Misery” Kinga, której jakoś nie mogę skończyć już od kilku tygodni. W zasadzie ciężko mi oceniać, bo raczej nie czytuję horrorów, ale moim zdaniem "Przeklęty prom" to świetna, klimatyczna, wciągająca opowieść dla czytelników, którzy mają ochotę się trochę pobać w długie letnie wieczory i krótkie noce. Aż sama jestem zadziwiona swoim entuzjazmem, ale naprawdę 'strasznie' mi się podobało. ;)
piątek, 23 czerwca 2017 | By: Annie

Czwarta rano...

                 Wstałam dziś o świcie. Usiadłam na tarasie z kawą i po prostu byłam - tu i teraz. Wschodzące słońce, śpiew ptaków, pachnący ogród, a w sercu wielka ulga, gdyż dopiero co dostałam smsa od męża, iż szczęśliwie wylądował w Nowym Jorku. I choć ja nie z tych co panikują i trzy miesiące wcześniej przeżywają wyjazd, to myślami byłam pół dnia i całą noc razem z nim w samolocie. Wcześniej oczywiście nie obyło się bez czułych pożegnań na lotnisku, wzruszeń i również paru łez z mojej strony. Spędzimy osobno równo miesiąc – najdłużej w historii naszego związku. Rozsądnie, ‘na chłodno’ sama sobie tłumaczę - to wielka szansa i duma mnie rozpiera, ale jednocześnie jakoś też ciężkawo na sercu – już tęsknię… :( Ponownie zobaczymy się dopiero za 30 dni na lotnisku JFK – ja dolecę i wspólnie wyruszymy na nasze amerykańskie wakacje – to będzie przygoda życia, nie mogę się doczekać! 

                   A tymczasem ja również spakowałam swoją walizkę i opuściłam dziwną ciszę naszego przytulnego mieszkanka. Wraz z mamą wyruszyłam na babskie ‘kolonie’ - pod pretekstem pilnowania podwarszawskiego domu babci i dziadka będziemy spędzały dni na błogim nicnierobieniu w ogrodzie. Spakowałyśmy pokaźny stos lektur, planujemy zafundować sobie prawdziwy maraton czytelniczy – będziemy czytały na kocu pod chmurką, spędzały filmowe wieczory i gadały bez końca… Planuję się również rzucić w wir planowania wyjazdu – przyjechały ze mną dwa przewodniki oraz stosik amerykańskich lektur...  Mam czym zająć myśli, choć na razie tylko oddycham tym boskim uczuciem wolności i delektuję się perspektywą wakacji - faktem, iż nie mam absolutnie NIC do zrobienia, a przed sobą ponad trzy miesiące beztroski wypełnionej po brzegi podróżami, książkami, filmami, spotkaniami... Chyba to jeszcze do mnie nie dotarło ;) 

                    Dziś noc świetojańska… więc może zaplotę wianek i powróżę sobie? Ciekawe jaka mi przyszłość pisana, co kryje się za życiowym zakrętem tej jesieni, hihi? Czy nasze marzenia się spełnią? Aż boję się myśleć, choć w głowie powoli wykluwają się pewne nieśmiałe plany na przyszłość… mała życiowa rewolucja... A na razie intensywnie zastanawiam się co by tu sobie zapodać od czytania w ten piękny, wyjątkowy dzień... :)
wtorek, 20 czerwca 2017 | By: Annie

Coś się kończy, coś się zaczyna...

                  Wydawałoby się, że dopiero co przed chwilą pisałam pełną radości notkę po zdaniu matury, a tu już pora smarować kolejną – obroniłam pracę magisterską! I choć nie byłam zadowolona z wyboru kierunku studiów, psioczyłam na tę farmację okropnie, i w zasadzie nie wiem ‘po co i na co’ mi te studia (chyba żeby pochwalić się tytułem magistra), to jednak czuję też pewną dumę i przede wszystkim ogromną ulgę, że to już ‘po’! Niestety, nie mogę jeszcze napisać, że to definitywnie koniec - farmacja trwa 5,5 roku, a przede mną jeszcze półroczny staż w aptece – zaczynam od października. Niemniej co to jest – kilka godzin z rana, plus zero nauki w domu… Ale to na razie nieważne, odległa przyszłość… teraz jeszcze tylko półtora dnia załatwiania tysiąca drobnych spraw przed wyjazdem męża, a następnie (choć pewnie z gulą tęsknoty w sercu) odpalam rakietę na planetę wakacje! 

                 W pełni zasłużone – bowiem ostatni czas to był prawdziwie szalony maraton pakowania, dopieszczania pracy magisterskiej, załatwiania dziesiątek papierków, zakupów, spotkań, do tego wesele przyjaciółki… Ufff. W tym wszystkim umknął mi jakoś czas na bloga... :( Wiadomo, nic na siłę, natomiast teraz wracam stęskniona, z energią, pomysłami i kilkoma lekturami w zanadrzu do polecenia. To będą wyjątkowo zaczytane wakacje… Aaaa jak mi się chce książek!!! :) A, że w prezencie od rodziców otrzymałam mojego pierwszego, własnego Kindelka, to wakacyjne czytanie będzie pewnie jeszcze bardziej intensywne. Mój nowy towarzysz nazywa się Paperwhite III - dopiero się witamy, zapoznajemy i oglądamy, ale już czuję, że będzie to przyjaźń na wieki. Na razie hojnie karmię go ebookami. ;) 



                   Nowa pora roku, nowy rozdział życia, nowa energia - jak pięknie się to wszystko zbiegło z astronomicznym początkiem lata… które zaczyna się już jutro o 6:24 rano. :)
czwartek, 25 maja 2017 | By: Annie

"Szeptucha", "Noc Kupały" - Katarzyna Berenika Miszczuk

                   Gdzieś podczas picia mrożonej kawy i pośród innych majowych lektur połknęłam również dwa pierwsze tomy z serii Kwiat Paproci – historii o alternatywnej Polsce, w której Mieszko I nie przyjął chrztu, słowiańscy bogowie są wciąż żywi, a każdy absolwent medycyny musi odbyć obowiązkową praktykę u Szeptuchy. I tak oto przeniosłam się na wieś, gdzie staż odbywa urocza lekarka-hipochondryczka Gosia, a przy okazji przeżywa liczne przygody, zakochuje się i walczy z upiorami.

                    Bardzo lubię słowiańską mitologię, te wszystkie strzygi, rusałki, utopce i wąpierze silnie działają na moją wyobraźnię. Zostało mi to chyba po krótkim zachłyśnięciu się twórczością Sapkowskiego wiele lat temu, w każdym razie mam duży sentyment i życzliwość do tej tematyki. Najsłabszy punkt książek Miszczuk to zdecydowanie wątek miłosny - natomiast reszta - szczególnie ogrom wiedzy na temat słowiańskiej mitologii - strzał w dziesiątkę, moim zdaniem. Jednocześnie muszę przyznać, iż seria jest głupiutka, leciutka, ale też niezwykle urocza, zabawna i czyta się ją wyśmienicie – na przewietrzenie głowy, relaks – jak najbardziej tak, choć pewnie bardziej dla osób poszukujących ciekawego czytadła, niż dla fanów rasowej fantastyki. Ja lubię czasem sięgnąć po tego typu lekturę - nie ma w tym logiki - nachodzi mnie ochota, smak, więc zaspokajam potrzebę. Takie książki mają swój urok, szczególnie wiosną, gdy przyroda budzi się do życia, ptaszki śpiewają, a bez odurza zapachem, więc siłą rzeczy brakuje skupienia do poważniejszych lektur. ;) Pierwsza część podobała mi się ciut bardziej niż druga, niemniej i tak ostrzę sobie już ząbki na świeżo wydaną część trzecią...
poniedziałek, 22 maja 2017 | By: Annie

Targi 2017

                  No i mamy maj, a w zasadzie jego końcówkę. :) To truizm, ale ja naprawdę nie wiem, gdzie te dni uciekają... Tyle się dzieje - spotkania, wydarzenia kulturalne, dopinanie planów, finisz studiów. W tym wszystkim staramy się z mężem spędzać wspólnie jak najwięcej czasu, delektujemy się piękną wiosną - wieczorne spacery w chmurze odurzających, kwiatowych zapachów to nasza nowa rutyna. Fajnie i produktywnie mijają nam te majowe dni, choć zdecydowanie za szybko! Na blogu cisza, ale to wcale nie dlatego, że nie mam czasu czytać – wręcz przeciwnie. Po prostu nie byłam w stanie pisać jednocześnie pracy magisterskiej i notek, bo wychodziły mi jakieś dziwne naukowo-recenzenckie hybrydy. ;) Tymczasem spędziłam trzy cudne dni na Targach Książki. I taki oto stosik przytachałam na raty do domu.

                      Udało mi się upolować mnóstwo ciekawych pozycji, w dodatku w bardzo okazyjnych cenach. Dosłownie rzuciłam się na stoisko Dowodów na Istnienie (reportaże po 10 zł!), pogrzebałam w koszach przed wejściem, planuję również sentymentalny powrót do twórczości Siesickiej. Do tego złowiłam sporo smakowitych nowości i kilka od dawna poszukiwanych perełek. Przy okazji pozwolę sobie ponarzekać tu na pewne wydawnictwa, które  zdecydowanie nie poszalały z rabatami – co to jest marne 20% Rebisu czy 15% Wydawnictwa Literackiego... No nic, zatem wypisałam sobie ich tytuły i zamówię te książki na Bonito. ;) Wisienką na torcie była dla mnie rozmowa z Michałem Alenowiczem, założycielem mojego ukochanego wydawnictwa Wiatr od Morza. Wielki zaszczyt dla mnie, a na pamiątkę została mi śliczna torba-prezent. Cudne to były dni, szkoda, że następne Targi dopiero za rok… Na pocieszenie mam stosik. Ciekawe czy dam radę cały przeczytać w ciągu najbliższych 12 miesięcy..?

sobota, 13 maja 2017 | By: Annie

"Behawiorysta" - Remigiusz Mróz

                Obok powieści Remigiusza Mroza przechodziłam dotychczas z pełną konsekwencji obojętnością. Podejrzana wydawała mi się ta jego pisarska płodność - publikowanie czterech czy pięciu książek rocznie lokuje go podejrzanie blisko takich postaci, jak na przykład słynna ze swojego pisarskiego tempa, ale wcale nie z dobrej literatury, Katarzyna Michalak. Wiadomo, za ilością rzadko idzie jakość, szczególnie ta literacka. Niemniej uległam namowom rodziców i sięgnęłam po „Behawiorystę” – opowieść o byłym prokuratorze, znawcy ludzkich zachowań, który rusza w pościg za niebezpiecznym przestępcą. To tak w telegraficznym skrócie.

                  Jeśli chodzi o styl, to książka jest 'po prostu napisana' - tak po lekturze stwierdził mój mąż i uważam, że idealnie uchwycił istotę rzeczy (podobnie jest z resztą w przypadku powieści Katarzyny Puzyńskiej). Nie ma tu wybitnych walorów językowych czy pięknych, bogatych opisów – chodzi raczej o opowiedzianą historię, a jest to zrobione tak umiejętnie, że naprawdę nie dziwię się już zachwytom i rzeszom fanów, którzy wyczekują premiery każdej kolejnej pozycji Mroza. Bowiem „Behawiorystę” czyta się po prostu świetnie – historia wciąga, porywa, co chwila zaskakuje nagłym zwrotem akcji. Bardzo podobała mi się niejednoznaczność moralna – nie ma tu czarno-białych skrótów i uproszczeń. Nie jest to błaha i lekka książka, oj nie - to konfrontacja z ciemną stroną ludzkiej duszy i jak na takie 'czytadło' jest to wejrzenie zaskakująco głębokie, gorzkie i dojrzałe. Cóż, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem pomysłowości, inteligencji oraz wiedzy i przygotowania autora, szczególnie w kontekście jego zawrotnego pisarskiego tempa. Czy Remigiusz Mróz zyskał nową fankę? Hmmm, chyba jeszcze nie, ale na pewno jest na dobrej drodze… :)
niedziela, 7 maja 2017 | By: Annie

"Kocham Nowy Jork" - Isabelle Laflèche

                     Czytanie książek trudniejszych i ambitniejszych to dla mnie aktualnie nie lada wyzwanie. Brakuje mi skupienia do tych bardziej wymagających lektur, szczególnie gdy głowa dymi od planowania, zgrywania terminów, załatwiania tysiąca drobnych spraw i pisania pracy magisterskiej. Dużo się dzieje i mam nadzieję, że wkrótce będę mogła się pochwalić. A w międzyczasie postanowiłam się nie katować - na wszystko jest właściwa pora, na wyzwania i zdobywanie literackich Mount Everestów też przyjedzie jeszcze czas. Czytanie ma być przede wszystkim przyjemnością – tak postanowiłam:). W ramach relaksu i odprężenia sięgam zatem po lekkie, przyjemne powieści lub thrillery psychologiczne – na co akurat najdzie mnie smak, a czytam w ostatnim czasie naprawdę sporo. 

                        „Kocham Nowy Jork” przeczytałam jakby mimochodem, gdzieś tam w biegu, ani się obejrzałam i byłam już na ostatniej stronie. Miała to być moja książka ‘torebkowa’, ale tak mnie wciągnęła, że czytałam również w domu. Jakbym miała określić ją dwoma słowami to byłyby to po prostu stwierdzenie ‘przyjemne czytadło’. Pamiętam, że kiedyś sporo radości sprawiało mi pochłanianie tego typu chick-lit głupotek – był to czas kiedy zaczytywałam się w powieściach Sophie Kinselli, Lauren Weisberger czy Candace Bushnell. Wielkie miasto, kariera, zakupy, przebojowa singielka i bogaty książę na horyzoncie. Smaczkiem było ukazanie pracy w nowojorskiej korporacji – oj nie zazdroszczę… ;) Polecam, ale na takie książki trzeba mieć nastrój i ochotę, w przeciwnym wypadku mogą irytować swoja błahością, powierzchownością. Mnie się podobało, ale nie będę jakoś specjalnie zachwalać i reklamować, że warto, że koniecznie trzeba itd. Co kto lubi:)
środa, 26 kwietnia 2017 | By: Annie

"Nie jesteśmy gotowi" - Meg Little Reilly

                  Chyba w głowie każdego mola książkowego tkwi gdzieś głęboko ukryte marzenie, żeby choć na parę dni utknąć w domu, zostać odciętym od świata przez złą pogodę, oczywiście z zapasem dobrych książek, świec oraz pysznego jedzenia – i móc bezkarnie poświecić ten czas niczym niezmąconej lekturze. Najlepiej dołożyć do tego ukochanego mężczyznę u boku, ogień w kominku i wichurę za oknem - dlatego historie w stylu „Nie jesteśmy gotowi” to pożywka dla wyobraźni, a przynajmniej na moją działają bardzo intensywnie. Owa książka to przede wszystkim zapis przygotowań przed Wielką Burzą, która ma wkrótce nadciągnąć nad wschodnie Stany. To powieść obyczajowa, nie apokaliptyczna dystopia – obdarta ze złudzeń kronika upadku ludzkich relacji w obliczu nadciągającego kataklizmu. 

                  Znacie to uczucie podczas burzy – delikatny niepokój, ale podszyty też ekscytacją i błogim poczuciem bezpieczeństwa, które smakuje znacznie lepiej zestawione w kontraście z żywiołem szalejącym tuż za oknem..? Czy jest coś przyjemniejszego niż w ciszy późnego wieczoru, we własnym przytulnym i ciepłym łóżku, czytać niezwykle sugestywną opowieść o nadciągającym kataklizmie..? Właśnie takie odczucia towarzyszyły mi względem lektury "Nie jesteśmy gotowi". Pomysł na książkę jest moim zdaniem genialny, natomiast samo wykonanie niestety szwankuje. Autorka nie ma łatwości w formułowaniu myśli, nie ma tej przychodzącej naturalnie klarowności, która poraża np. u McEwana – prosto i do sedna, jedno zdanie, które potrafi uchwycić sens, głębię i jeszcze trzy znaczenia w tle. Natomiast Meg Little Reilly kręci się wokół tematu, ale go nie dotyka, postacie wymykają się jej słowom i mimo mnóstwa opisów są niewyraźne, nierzeczywiste. Poza tym to książka z wyraźnie postawioną tezą, przez co bohaterowie momentami odgrywają sztuczne scenki – przy okazji rozmowy ktoś wygłasza umoralniający wykład o zmieniającym się środowisku itd. 

                 "Nie jesteśmy gotowi" to ciekawa, klimatyczna historia, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mogła być lepiej, sprawniej napisana... Niemniej nie żałuję, że przeczytałam, to wciąż całkiem udana powieść, tyle że bez szału i fajerwerków pięknej literatury. Moja wizja tej książki po prostu nie do końca pokryła się z tym, co faktycznie otrzymałam. Natomiast odkryciem są dla mnie trzy cudne wiersze z XIX wieku, napisane przez vermonckich autorów - ich czytanie sprawiło mi mnóstwo radości i satysfakcji, co mnie samą mocno zaskoczyło. Czyżbym jednak potrafiła delektować się poezją? :)
poniedziałek, 24 kwietnia 2017 | By: Annie

"Za zamkniętymi drzwiami" - B.A. Paris

                    Czytanie od zawsze postrzegam jako strefę niczym nieograniczonej wolności. Czytam wiele książek na raz, czytam zachłannie, pazernie, gdzie chcę i kiedy chcę – a przede wszystkim sama decyduję CO czytam. Jednak gdy widzę daną powieść na billboardach, kiedy podnoszę wzrok i odkrywam, że właśnie pochłania ją pani siedząca naprzeciwko mnie w metrze, podczas spotkania poleca mi ją przyjaciółka, a w momencie gdy zaglądam do własnej torebki i w niej również znajduję tę samą książkę, to wiem, że mój wolny wybór to tylko złudzenie. ;) W każdym razie z przyjemnością przeczytałam ten wielki bestseller. Nauczona rozczarowaniami typu „Dziewczyna z pociągu” nie miałam wielkich oczekiwań, nie przejrzałam nawet streszczenia. Widziałam tylko ten napis na okładce – ‘Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?’. Jako świeżo upieczonej żonie więcej mi nie trzeba było, ciekawość została włączona. ;) Przede wszystkim książka jest bardzo umiejętnie napisana - wciąga, powoli narastające napięcie ciągle trzyma w niepewności i w nerwach, historia porywa. Na swój sposób jest to też bardzo przejmująca, przerażająca lektura, co może się kryć 'za zamkniętymi drzwiami', pod powłoczką pięknych pozorów, których nikomu nie chce się zgłębiać. Świetny thriller, naprawdę mega pozytywne zaskoczenie!
poniedziałek, 17 kwietnia 2017 | By: Annie

"Dziennika kasztelana" - Evžen Boček

                        Pogoda pokrzyżowała nasze wyjazdowe plany, niemniej i tak postanowiłam odbyć w tym tygodniu podróż do Czech – tyle, że literacką. Z deszczem zacinającym o parapet i kubkiem gorącej herbaty pod ręką wczorajsze popołudnie spędziłam zatopiona w nastrojowej lekturze dziennika pewnego zamkowego kasztelana. Muszę przyznać, że niesamowicie podobała mi się ta książka. Ten klimat… aż miałam ciarki na plecach! Nad każdą stroną unosi się bowiem mroczna i deszczowa aura wyludnionego zamku, pełnego pustych pokoi i historii sprzed lat. Tajemnicze odgłosy, dziwaczni pracownicy, a do tego kilka osobistych dramatów. Nie mogłam się oderwać – pozycję tę przeczytałam niemal ‘na raz’ (z przerwą na zaparzenie kolejnej herbaty), co od dawna mi się nie zdarzyło, muszę przyznać. Nie jest to jednak kolejna zabawna i lekka historyjka jak „Arystokratka” – to raczej mroczna, smutna, nostalgiczna opowieść, chociaż gdzieś tam w tle nadal przebija charakterystyczny dla autora ‘czarny humor’. Mało optymistyczna lektura, ale za to wzbudziła we mnie naprawdę silne emocje, czytałam z wypiekami na twarzy i gryząc paznokcie z nerwów. Świetna, niebanalna, ale też i nieco melancholijna rozrywka. Coś wyjątkowego, gorąco polecam!
sobota, 15 kwietnia 2017 | By: Annie

"Grzeczna dziewczynka" - Mary Kubica

                       Dotychczas miałam chyba sporo szczęścia w doborze thrillerów psychologicznych, trafiały mi się bowiem same smaczki i page-turnery. Natomiast teraz w ręce wpadła mi pozycja mocno przeciętna – ani klimat, ani intryga zdecydowanie nie powalają. Powiem wręcz, że przez pierwszych 250 stron wynudziłam się jak mops, dopiero później akcja nieco bardziej się rozkręciła... 

                     Córka wpływowego sędziego, Mia, została uprowadzona i jest przetrzymywana w domku gdzieś w leśnej głuszy. Wydarzenia poznajemy dwutorowo – fragmenty z przebiegu porwania mieszają się z tymi już po uwolnieniu. W zasadzie przez większość książki niewiele się dzieje, a bohaterowie są irytująco płascy i mało wiarygodni. Psychologia oraz logika opisywanych wydarzeń naprawdę mocno kuleją - to chyba najsłabsza strona tej historii. Ani przez chwilę nie czułam się też zaintrygowana czy zaciekawiona - wręcz przeciwnie - zmuszałam się do przekręcania kolejnych stron, marzyłam, żeby wreszcie skończyć tę wymęczoną lekturę. "Grzeczna dziewczynka" to po prostu baaardzo przeciętny i mocno przegadany thriller, można przeczytać, nie kłuje w oczy, ale w zasadzie po co? Mam nadzieję, że za zakrętem czekają już na mnie znacznie lepsze powieści. Swoją drogą tak sobie myślę - czy obwieszczanie wszem i wobec przez wydawcę, że to druga „Zaginiona dziewczyna”, nie jest w pewnym sensie spoilerem… Hmmm?
wtorek, 11 kwietnia 2017 | By: Annie

Oda do czytania, czyli bibliofilska perełka: "Prześlę Panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej

                      Dziwię się, dziwię i nadziwić się nie mogę – czemu nikt tej cudownej książek nie wznawia? Czemu jej zdobycie i przeczytanie graniczy z cudem? Czemu ona i inne jej podobne, wyjątkowe perełki, latami leżą zapomniane, czasem tylko ktoś na blogach odkurzy na chwilę pamięć o nich. A jednocześnie tłumaczone i promowane są stosy literatury obcej, wydawcy wynajdują przeróżne cuda-wianki na zagranicznych rynkach – nie mam nic przeciwko, natomiast czemu nikt w międzyczasie po prostu nie wznowi tej legendarnej, bibliofilskiej, gotowej do wydania książeczki?! Normalnie krew mnie zalewa  jak o tym pomyślę – że TAKA powieść nie jest powszechnie czytana, że nie trafia do szerokiego grona czytelników... Ufff, wybaczcie, ale musiałam na wstępie dać ujście swojej czytelniczej frustracji… Książka jest absolutnie wyjątkowa i mam ochotę ją polecać i wciskać do czytania każdemu, kogo znam.

                      „Prześlę Panu list i klucz” to bowiem cudnej maści opowieść o pewnej wyjątkowej rodzinie - ojcu-bibliofilu, dwóch zaczytanych córkach i matce, która jakoś próbuje ogarnąć to zatopione w lekturze towarzystwo. Książka to przede wszystkim zapis ich literackich przygód - w tle siostry dorastają, dojrzewają, przeżywają pierwsze miłości… Na każdym kroku towarzyszy im oczywiście literatura, która nie raz potrafi też nieźle namieszać w ich życiach. 

                        Jest to cudownie bibliofilska, ciepła, pozytywna i zabawna lektura. Zanurzenie w innym, lepszym, bezpiecznym świecie, który otula pozytywnymi emocjami. Zupełnie jakbym czytała o bratnich, serdecznych duszach, a częściowo nawet o sobie - myślę, że każdy książkoholik będzie miał podobne wrażenie. Bo kto zrozumie nas lepiej niż drugi mól książkowy? Potrzeba liter, ta niemożność oderwania się od lektury, która opętuje umysł, to uczucie ekscytacji, niepewności przy rozpoczynaniu nowej powieści - czy jest coś cudowniejszego? Gimnastyka przy posiłkach – jakby tu poczytać, kiedy książka zamyka się sama. Kombinowanie jak poświęcić na lekturę choć z 10 minut dłużej – dlatego jeżdżę metrem, mimo że obiektywnie mam dalej na uczelnię. Ta granicząca z obsesją fascynacja, karmienie się literami, ten ogrom radości, który wyzwala każda nowa książka i radar wykrywający najbliższą księgarnię. Ach, a jakby tak dało się wejść do literackiego świata stworzonego przez Marię Pruszkowską i porozmawiać z bohaterkami… ciekawa jestem co czytałyby współcześnie – bo rzecz dzieje się w 20-leciu międzywojennym. Czy podobałby im się McEwan? A Twardoch? Czy czytałyby kryminały? Co sądziłyby o Knausgardzie? Ahhh, czemu nikt nie napisze podobnej powieści, tylko dziejącej się współcześnie??

                     Naprawdę gorąco polecam, i to skacząc z zachwytu i szczęścia, że udało mi się wreszcie przeczytać tę książkę. Z drugiej strony to trochę perfidne z mojej strony -  pozycji tej bowiem nie ma w księgarniach, nie ma w antykwariatach, nie ma jej również w bibliotekach. Można natomiast wyszperać ebooka gdzieś tam w odmętach internetu. Po długim polowaniu udało mi się wreszcie zdobyć własny egzemplarz na allegro, z – uwaga – 1962 roku. Książka się rozlatuje, ale jest moja - jeden z cenniejszych skarbów w mojej biblioteczce, który pojedzie ze mną nawet na koniec świata!!!


*****

Na deser kilka cudnych cytatów… Smaczki. Choć w zasadzie mogłabym tu cytować pół książki:

Istotą życia Ojca były książki. Czytał przy jedzeniu, czytał w pociągu i w tramwaju, i na przystanku. Czytał po południu w fotelu, wieczorem w łóżku. Najważniejsze obowiązki życiowe odwalał – można by powiedzieć – szybko, uczciwie i precyzyjnie, nie wkładając w nie serca ani zapału. Odwalał je też cierpliwie, nigdy się nie buntując, ażeby kupić sobie prawo do zatracenia się w książkach podczas godzin należących do niego.”

Ojciec uważał, że książki, której nie ma się zamiaru czytać powtórnie, nie warto czytać po raz pierwszy.”

Dla mnie pozostała najważniejsza i najcięższa część przedwyjazdowych kłopotów, czyli zdecydowanie się na lekturę do pociągu.”

Zawsze chciałam tak żyć jak Mizia z Lusią. Zwyczajnie. Pójść do biura, odbębnić te siedem godzin, a potem mieć czas na książki, kino, teatr.”

Tak się zaczytałam, że jak zawsze przy dobrej książce ja jako ja przestałam dla siebie istnieć.”

Jak się teraz zastanawiam nad sobą, to doszłam do przekonania, że niczego nie chcę, do niczego nie dążę. Po prostu – tylko jestem.(…) Przyglądam się życiu. Nie czuję żadnego braku. Pracuję. Czytam książki i jestem bardzo szczęśliwa.”

O zmaganiach bohaterów Londona z wroga człowiekowi przyrodą przyjemnie jest czytać siedząc w wygodnym fotelu, przy ciepłym piecu, z mruczącym kotem na kolanach. Gorzej jest, gdy ze względów rodzinnych trzeba brać czynny udział w przygodach z podrabianego Londona.”

Owszem, trzeba naprzód iść, ale nie lecieć, jak pies z wywieszonym językiem, bo i tak nie dogonisz wszystkich książek, nie poznasz i nie przetrawisz wszystkiego.”
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 | By: Annie

"Czasem warto zabić" - Peter Swanson

                           Są takie motywy w literaturze sensacyjno-kryminalnej, które pociągają mnie wyjątkowo mocno. Należą do nich statki, pociągi, gwałtowne i katastroficzne zjawiska pogodowe, domy na odludziu, morderstwa popełnione w niewielkiej, zamkniętej grupce osób, wątki bibliofilskie oraz, oczywiście, lotniska. Nic dziwnego zatem, że okładka oraz opis książki „Czasem warto zabić” silnie podziałały na moją wyobraźnię… Opóźniony samolot, przypadkowe spotkanie dwójki obcych ludzi w lotniskowym barze. Od słowa do słowa zaczynają się zwierzać – on wyjawia, że myśli o zabiciu swojej żony. Ona proponuje mu pomoc w realizacji tego planu… Kim jest ta tajemnicza kobieta? Kto w tej książce jest dobry, a kto zły? I czy istnieje coś takiego jak 'usprawiedliwione morderstwo'..?

                          Owa książka to druga pozycja pióra Petera Swansona, którą miałam okazję przeczytać, w dodatku w dość krótkim odstępie czasu. Myślę zatem, że mogę pokusić się tu o małe porównanie i kilka spostrzeżeń. Przede wszystkim ciekawie było wychwytywać motywy, które pojawiają się w obu tych książkach, takie drobniutkie, wspólne detale – bohaterowie jedzą te same kanapki, przewija się wątek podglądania przez okno czytającej kobiety oraz fascynacja ‘uzasadnionym morderstwem’. Interesująca była ta możliwość zerknięcia na książkę jakby nieco od zaplecza - co autorowi ‘ciągle w głowie siedzi’. Jednak „Czasem warto zabić” to przede wszystkim misternie utkana, bardzo dopracowana i pełna zaskoczeń intryga. Natomiast gdy myślę o „Każdym jej strachu” to wiem, że urzekła mnie głównie otoczka, nastrój – deszczowy Boston, tajemniczy apartamentowiec - zdecydowanie. Tu trochę mi zbrakło takiego dreszczyku niepokoju na plecach, doszłam też do wniosku, iż w thrillerach cenię sobie chyba jednak bardziej pełen napięcia klimat, a sama intryga ma dla mnie ciut mniejsze znaczenie. I tak sercem wciąż jestem przy „Każdym jej strachu”, natomiast „Czasem warto zabić” doceniam i w pełni podziwiam kunszt, umiejętność wodzenia czytelnika za nos - co krok to zaskoczenie, w dodatku jest to świetnie napisane. Czytałam z zapartym tchem. Obie książki gorąco polecam, myślę, że „Czasem warto zabić” nie zwiedzie fanów takich pozycji jak „Zaginiona dziewczyna”. Co więcej, na podstawie tej powieści powstaje właśnie film w reżyserii Agnieszki Holland, rolę główną zagra podobno Amber Heard. Na pewno wybiorę się do kina!
środa, 5 kwietnia 2017 | By: Annie

"Absurdy PRL-u" - Piotr Lipiński, Michał Matys

                             Nie wiem jak inne osoby w podobnym do mnie wieku lat dwudziestuparu, ale ja nigdy, przenigdy na lekcjach historii w szkole nie dotarłam do okresu II Wojny Światowej, o PRL-u nawet nie wspominając. A że tym tematem jakoś specjalnie zainteresowana nie byłam, mam więc straszne braki w historii współczesnej - aż wstyd. Do tej pory moim największym i w zasadzie jedynym źródłem wiedzy z tego okresu były oczywiście książki i filmy – uwielbiam np. komedie „Nie lubię poniedziałku” czy „Poszukiwany, poszukiwana”. Z lektur na pewno sporo dowiedziałam się z Jeżycjady Musierowicz czy z powieści Krystyny Siesickiej, Haliny Snopkiewicz, a ostatnio też Marii Nurowskiej. Część tematów znam również z takich typowych, rodzinnych legend i opowieści - o kolejce do Megasamu, kupowaniu meblościanki, perfum "Być może" czy płynu do trwałej w Pewexie. Natomiast reszta, historie zawarte w tej książce – smaczek do odkrycia i zupełnie nowa wiedza dla mnie, a że jestem naprawdę zaintrygowana tym zabawno-straszno-absurdalnym okresem - dosłownie połknęłam tę pozycję. 

                          "Absurdy PRL-u" to rzetelnie przedstawiony wycinek z ówczesnej rzeczywistości - kolejki, walka o skrawki z torcików wedlowskich, wieczny brak mięsa i papieru toaletowego - na głowę przypadało wówczas 7 rolek rocznie! I żarciki - 'liczba mnoga od człowieka? kolejka!' Ale są też poważniejsze tematy i czasami aż smutno się robi jak wiele zostało zaprzepaszczone, chociażby historia o polskim Billu Gatesie... Multum nowej wiedzy dla mnie, ale przedstawione ciekawie, przystępnie, czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Ani przez chwilę się nie nudziłam – a jeśli chodzi o książki mające jakikolwiek związek z historią, to na tym polu jestem okropnie wręcz wybredna. Jedyny zarzut - może ciut za bardzo chaotycznie jest to napisane, nie są to reportaże na miarę wydawnictwa Czarnego - nie zachwyca forma oraz język. Co nie zmienia faktu, że czytało się świetnie. Doskonała pozycja dla mojego pokolenia, aby poszerzyć wiedzę 'jak się wtedy żyło', a dla osób pamiętających czasy PRL-u - żeby powspominać z łezką w oku. 
niedziela, 2 kwietnia 2017 | By: Annie

"Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy' - Joanna Fabicka

                     Dopóki nie założyłam bloga i nie odkryłam ile wspaniałych lektur mam jeszcze w życiu do przeczytania, często wracałam do dobrze znanych mi książek i czytałam je wielokrotnie, zachłannie, losowo oraz na wyrywki. Nie zliczę ile razy otwierałam w dowolnym miejscu dowolną pozycję z mojej ówczesnej biblioteczki i... po prostu czytałam – gdy się nudziłam, w wannie, w metrze, do śniadania i do zupy... Seria o Rudolfie Gąbczaku  należała do moich faworytów, nic dziwnego zatem, że niemal spadłam z krzesła gdy zobaczyłam, że oto będzie kolejna, piąta część! Po 10 latach!!! Natychmiast zamówiłam i następnego dnia miałam już w rękach pachnącą, świeżutką książkę.

Słońce, książka, weekend!
Czyli balkonowe czytanie...
                   Nie będę oceniać merytorycznie, gdyż mam do tej serii duży sentyment, a boję się, że gdybym spojrzała na nią bardziej obiektywnie, to raczej wypadłaby ona nieco głupawo i być może nawet niekorzystnie. Na pewno nie jest to lektura dla czytelników, którzy akceptują poziom wulgarności czy 'niesmacznych żarcików' jedynie na poziomie „Ani z Zielonego Wzgórza”. Natomiast dla mnie to była świetna rozrywka, sentymentalny powrót po latach, jak odwiedziny u dawno niewidzianych znajomych. Rudolf ma teraz 30 lat, jest rozwodnikiem i ojcem 9-letniej Broni. Powieść jest prześmieszna, szczera do bólu oraz bardzo niepoprawna (i aktualna!) politycznie. Myślę, że nie ma co streszczać i polecać - kto czytał poprzednie książki, tego na pewno nie trzeba zachęcać do lektury. Ale miałam radochę. :) Mam nadzieję, że następna część już się pisze!
sobota, 1 kwietnia 2017 | By: Annie

Wiosenny bliss...

                   Codzienność mam pełną słońca oraz prostych, domowych radości. Idzie wiosna, jest cudownie, a ja mam wreszcie czas, więc delektuję się życiem, choć te dni mijają zdecydowanie za szybko. Mnóstwo pięknych planów na przyszłość się klaruje. Gdzieś w tle tego powstaje moja praca magisterska. Wyhamowałam, mam poczucie mocnego osadzenia w sobie, w codzienności - takie moje małe mindfulness. Siłą rzeczy nie mam teraz nastroju na lektury, które wymagają drążenia, przebijania się przez szybę niedostępności. Nie ten etap. Sięgam zatem po pozycje lekkie, ładne i, co mnie samą zaskakuje - nieustannie niesamowicie smakują mi thrillery psychologiczne, szczególnie czytane późnym wieczorem, w przytulności naszej niebieskiej sypialni, a w tle słucham nocnych odgłosów miasta. W kwietniu chciałabym przeczytać co najmniej trzy książki z literatury czeskiej – ot, takie postanowienie z okazji pierwszego kwietniowego dnia, wcale nie w ramach prima aprilis. Notka z cyklu: rozmyślania przy kawie. Postanowiłam zanotować i uwiecznić ku pamięci.


środa, 29 marca 2017 | By: Annie

"Sonata Gustava" - Rose Tremain

                    Kocham tego typu obyczajową literaturę, ciągle mało mi takich książek.„Sonata Gustava” to powieść doceniona, dostrzeżona w Europie, nominowana do wielu nagród, choć mam wrażenie, że jej wydanie w Polsce przeszło jakoś zupełnie bez echa, bez promocji – mało recenzji się pojawia, nie widzę notek na blogach. Szkoda – bo to książka pełna - prawdziwe życie i panorama ludzkich losów odbijają się na kartach tej powieści. Sama też pewnie bym ją przegapiła, gdyby nie rekomendacja Moniki, która kazała mi jak najszybciej przeczytać tę perełkę. 

                     Historia rozgrywa się na trzech płaszczyznach czasowych – przedwojennej, powojennej i współcześnie – a kanwę wydarzeń stanowi przyjaźń Gustava i Antona oraz ich perypetie rodzinne. Dojmująca potrzeba kochania, która drzemie w każdym z nas, trudna relacja z pełną pretensji matką, a gdzieś w tle muzyka i piękna sceneria szwajcarskiego miasteczka oraz górskiego kurortu Davos. Czas płynie, mijają lata, nadchodzi starość, a pragnienia, namiętności i marzenia skrywane w mroku duszy wciąż pozostają żywe… - tak w skrócie można by opisać tę książkę. Fascynują emocje ukazane w konfrontacji ze słynnym, szwajcarskim ‘panowaniem nad sobą’. Historia jest nieprzebojowa, ale na swój sposób wyjątkowa i subtelna. Piękny język, zgrabny, lekki, i choć dużo się nie dzieje, jednak ani przez chwilę nie ma się poczucia dłużyzny, czas mija błyskawicznie w towarzystwie tej lektury. To obyczajówka z rodzaju tych najprostszych, ale i najbardziej przejmujących. Smutna, ale w żadnym razie nie smętna. Dużo detali, głęboko zarysowane sylwetki bohaterów, sporo dowiedziałam się też o szwajcarskiej mentalności. Rewelacyjna powieść obyczajowa, gorąco polecam!
niedziela, 26 marca 2017 | By: Annie

"Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" - Anna McPartlin

                     Nie lubię czytelniczej monotonii, dlatego postanowiłam, że pora na małą przerwę od thrillerów. Dla urozmaicenia zaserwowałam sobie zatem rasową obyczajówkę, która skusiła mnie podczas ostatniej wizyty w bibliotece. To druga wydana w Polsce powieść autorki „Ostatnich dni Królika” – przepięknej książki, która zachwyciła mnie jesienią półtora roku temu. Jeśli chodzi o „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” to aż takiego zachwytu nie podzielę, choć książka jest bardzo dobra i to wciąż ten sam poruszający styl powieści – zabawny, lekki, ale też dramatyczny i dotykający poważnych tematów; słodko-gorzki, choć jednocześnie optymistyczny. Siłę tej książki stanowią przede wszystkim przesympatyczni bohaterowie, których lubi się od pierwszej strony.

                       Cała historia to w pewnym sensie retrospekcja - opowieść Maisie o utracie ukochanego syna. Właściwie od samego początku znamy zakończenie tej książki - poznajemy tylko okoliczności, które doprowadziły do tragedii. W rezultacie, chyba właśnie przez tę znajomość finału, "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" nie wywołało we mnie takiej lawiny emocji jak "Ostatnie dni Królika", ale to jednak wciąż dość emocjonująca historia o walce z przeciwnościami losu na dublińskim przedmieściu z lat 90’, opowieść o homofobii i o tym jakie piekiełko ludzie bezinteresownie potrafią zgotować innym. Jednocześnie nasuwa się refleksja jak ogromny, a jednak wciąż za mały postęp wykonaliśmy jako społeczeństwo, cywilizacja względem tolerancji homoseksualizmu...

                    "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" to pełna ciepła i mądrości książka obyczajowa. Żadne tam arcydzieło, ale w pewien sposób bardzo wartościowa lektura, wypełniająca serce dobrymi emocjami. Niezbyt głęboka, ale pozytywna, w sam raz, aby zdystansować się od swoich trywialnych, wyimaginowanych problemów i docenić szczęście dnia codziennego. I przypomnieć sobie, że w każdej sytuacji warto – mimo wszystko – starać się być po prostu dobrym, przyzwoitym człowiekiem. Czyta się błyskawicznie, 400 stron połknęłam nawet nie wiem kiedy. Jest coś w pisarstwie Anny McPartlin, co przypomina mi twórczość Jojo Moyes czy Marian Keyes. Czytadło z jakością. Jeśli lubicie tego typu przystępnie napisane, ale też pełne emocji i wzruszajace obyczajówki - gorąco polecam twórczość Anny McPartlin.
sobota, 25 marca 2017 | By: Annie

"Ostatnie wyjście" - Federico Axat

                         Co za książka, genialny thriller! Gdy tylko zobaczyłam opis, wiedziałam, że koniecznie muszę tę pozycję przeczytać. A zaczyna się tak… Ted właśnie chce popełnić samobójstwo jednak w ostatniej chwili przerywa mu dzwonek do drzwi. Ostatni rzut oka na biurko… a tam kartka z jego charakterem pisma, ale której pisania Ted zupełnie nie pamięta. Na niej napis: „Otwórz drzwi. To twoje ostatnie wyjście.” W tym momencie wsiadamy na prawdziwy rollercoaster wydarzeń, którym dojedziemy aż do ostatniej strony. Co by nie napisać – ta książka jest inna niż się wydaje i na pewno wszystkich zaskoczy. To bardzo filmowo napisana powieść, która wciąga bez reszty. A jeśli podobał się Wam Matrix, jeśli szukanie mroczniejszego i bardziej męskiego Musso, lub jeśli po prostu chcecie książki, od której nie będziecie w stanie się oderwać, a podróż zleci w błyskawicznym tempie – tak, to jest właśnie ta pozycja. :) Już miałam iść spać, ale wciąż gasiłam lampkę i znów zapalałam, bo z głowy nie mogła mi wyjść ta powieść, oj nie. Musiałam czytać dalej. Dziwię się trochę, że odbiła się tak małym echem w naszym internetowym światku literackim. Dla mnie to chyba najlepsza tego typu powieść, jaką przeczytałam od lat! Z niecierpliwością czekam na tłumaczenia kolejnych książek tego pana. 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...