niedziela, 25 czerwca 2017 | By: Annie

"Trzecia osoba" - Małgorzata Hayles

                   Lubię czasem dać szansę nieznanemu autorowi  lub książce, która prawie w ogóle nie ma recenzji. Odkryć coś nowego, ot z czystej fanaberii bo spodobała mi się okładka czy tytuł. „Trzecia osoba” to właśnie tego typu ‘przegapiona’ lektura – postanowiłam podarować jej swój czas i uwagę. Skusił mnie opis – główna bohaterka to wytrawna czytelniczka, która odkrywa, iż jej życie do złudzenia przypomina historię bohaterki jednej z zakupionych w ciemno powieści... 

                  Przede wszystkim ogromnie podobały mi się wplecione w treść literackie smaczki i całkiem celne puenty na temat polskiego rynku wydawniczego. Natomiast mam wrażenie, że książce zabrakło szczęścia do dobrej redakcji i większej promocji. A szkoda, bo zdecydowanie ma w sobie niewykorzystany potencjał, to intrygujące COŚ – pewną plastyczność, zręczność językową, trafność spostrzeżeń. Momentami zaskakuje głębią. Autorka posiada świetne pióro – lekkie, ale precyzyjne i inteligentne. Oczywiście zawsze można się do czegoś przeczepić - bezczelnie parę rzeczy bym przemeblowała w treści - ale i tak jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą wyszperaną lekturą, wobec której nie miałam w sumie żadnych oczekiwań. Podobało mi się - to solidna obyczajówka z nutą niepokoju thrillera psychologicznego. Natomiast mam ochotę udusić autorkę za to zakończenie… :P


***
Kilka cytatów na zaostrzenie apetytu: 

"Barbarze brakowało dobrych powieści środka, ciekawie opowiedzianych historii o tak zwanym zwyczajnym życiu. Pomiędzy harlequinopodobnymi tworkami w cukierkowych okładkach, których tytuły, Deszczowe łzy czy Zapach konwalii, brzmiały jak lista hitów disco polo, a depresyjnymi opowieściami o dzieciogwałtach, samookaleczeniach, anoreksji, alkoholizmie, aborcji czy kazirodztwie, rozpościerała się bezkresna pustynia. Pięknie i głupio było więc lub mądrze i brzydko, a pomiędzy świstał porywisty i suchy pustynny wiatr."

"(…) od dwóch lat cierpi na blokadę, która wcale nie polega na braku wiary w to, że potrafi, ale na skowyczącym dysonansie między umiejętnością wyobrażenia sobie dobrej powieści a nieumiejętnością napisania takowej."

"Pisanie wydało mu się nagle czynnością podobną do wycierania kurzu. Próbą uporządkowania świata, przy jednoczesnym wzbijaniu w powietrze tumanów słów, które tak naprawdę nikogo nie obchodzą, bo świat toczy się gdzie indziej."

"Życie w trzeciej osobie jest dużo ciekawsze od życia w pierwszej osobie."
sobota, 24 czerwca 2017 | By: Annie

"Przeklęty prom" - Mats Strandberg

                  Pozycja upolowana na tegorocznych targach książki. Zobaczyłam tę okładkę… i od razu wiedziałam – ta powieść musi być moja! Kupiłam w ciemno, przeczytałam natychmiast. Nie żałuję. Szczere mówiąc początkowo myślałam, iż będzie to bardziej thriller lub kryminał, a otrzymałam natomiast rasowy, krwawy horror. I wiecie co? Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, gdyż przeważnie unikam tego typu lektur, bardzo mi się podobało! 

                   Owa książka to historia pewnej nocy na promie Baltic Charisma, płynącym ze Sztokholmu do Helsinek. Zapada wieczór, prom tętni życiem – kluby, restauracje, bary… Jednak w pewnym momencie zaczyna się dziać coś dziwnego, ludzie zmieniają się… Prom staje się pułapką, z której nie ma ucieczki. Narracja prowadzona jest z perspektywy wielu różnych bohaterów, których losy splatają się – dzięki temu sporo tu obyczajowości, można się wczuć i kibicować postaciom. Ponadto książka jest też cudnie wydana, łącznie z planem promu zamieszonym na wewnętrznej stronie okładki. I przyznam, że podobała mi się o wiele bardziej niż chociażby słynna „Misery” Kinga, której jakoś nie mogę skończyć już od kilku tygodni. W zasadzie ciężko mi oceniać, bo raczej nie czytuję horrorów, ale moim zdaniem "Przeklęty prom" to świetna, klimatyczna, wciągająca opowieść dla czytelników, którzy mają ochotę się trochę pobać w długie letnie wieczory i krótkie noce. Aż sama jestem zadziwiona swoim entuzjazmem, ale naprawdę 'strasznie' mi się podobało. ;)
piątek, 23 czerwca 2017 | By: Annie

Czwarta rano...

                 Wstałam dziś o świcie. Usiadłam na tarasie z kawą i po prostu byłam - tu i teraz. Wschodzące słońce, śpiew ptaków, pachnący ogród, a w sercu wielka ulga, gdyż dopiero co dostałam smsa od męża, iż szczęśliwie wylądował w Nowym Jorku. I choć ja nie z tych co panikują i trzy miesiące wcześniej przeżywają wyjazd, to myślami byłam pół dnia i całą noc razem z nim w samolocie. Wcześniej oczywiście nie obyło się bez czułych pożegnań na lotnisku, wzruszeń i również paru łez z mojej strony. Spędzimy osobno równo miesiąc – najdłużej w historii naszego związku. Rozsądnie, ‘na chłodno’ sama sobie tłumaczę - to wielka szansa i duma mnie rozpiera, ale jednocześnie jakoś też ciężkawo na sercu – już tęsknię… :( Ponownie zobaczymy się dopiero za 30 dni na lotnisku JFK – ja dolecę i wspólnie wyruszymy na nasze amerykańskie wakacje – to będzie przygoda życia, nie mogę się doczekać! 

                   A tymczasem ja również spakowałam swoją walizkę i opuściłam dziwną ciszę naszego przytulnego mieszkanka. Wraz z mamą wyruszyłam na babskie ‘kolonie’ - pod pretekstem pilnowania podwarszawskiego domu babci i dziadka będziemy spędzały dni na błogim nicnierobieniu w ogrodzie. Spakowałyśmy pokaźny stos lektur, planujemy zafundować sobie prawdziwy maraton czytelniczy – będziemy czytały na kocu pod chmurką, spędzały filmowe wieczory i gadały bez końca… Planuję się również rzucić w wir planowania wyjazdu – przyjechały ze mną dwa przewodniki oraz stosik amerykańskich lektur...  Mam czym zająć myśli, choć na razie tylko oddycham tym boskim uczuciem wolności i delektuję się perspektywą wakacji - faktem, iż nie mam absolutnie NIC do zrobienia, a przed sobą ponad trzy miesiące beztroski wypełnionej po brzegi podróżami, książkami, filmami, spotkaniami... Chyba to jeszcze do mnie nie dotarło ;) 

                    Dziś noc świetojańska… więc może zaplotę wianek i powróżę sobie? Ciekawe jaka mi przyszłość pisana, co kryje się za życiowym zakrętem tej jesieni, hihi? Czy nasze marzenia się spełnią? Aż boję się myśleć, choć w głowie powoli wykluwają się pewne nieśmiałe plany na przyszłość… mała życiowa rewolucja... A na razie intensywnie zastanawiam się co by tu sobie zapodać od czytania w ten piękny, wyjątkowy dzień... :)
wtorek, 20 czerwca 2017 | By: Annie

Coś się kończy, coś się zaczyna...

                  Wydawałoby się, że dopiero co przed chwilą pisałam pełną radości notkę po zdaniu matury, a tu już pora smarować kolejną – obroniłam pracę magisterską! I choć nie byłam zadowolona z wyboru kierunku studiów, psioczyłam na tę farmację okropnie, i w zasadzie nie wiem ‘po co i na co’ mi te studia (chyba żeby pochwalić się tytułem magistra), to jednak czuję też pewną dumę i przede wszystkim ogromną ulgę, że to już ‘po’! Niestety, nie mogę jeszcze napisać, że to definitywnie koniec - farmacja trwa 5,5 roku, a przede mną jeszcze półroczny staż w aptece – zaczynam od października. Niemniej co to jest – kilka godzin z rana, plus zero nauki w domu… Ale to na razie nieważne, odległa przyszłość… teraz jeszcze tylko półtora dnia załatwiania tysiąca drobnych spraw przed wyjazdem męża, a następnie (choć pewnie z gulą tęsknoty w sercu) odpalam rakietę na planetę wakacje! 

                 W pełni zasłużone – bowiem ostatni czas to był prawdziwie szalony maraton pakowania, dopieszczania pracy magisterskiej, załatwiania dziesiątek papierków, zakupów, spotkań, do tego wesele przyjaciółki… Ufff. W tym wszystkim umknął mi jakoś czas na bloga... :( Wiadomo, nic na siłę, natomiast teraz wracam stęskniona, z energią, pomysłami i kilkoma lekturami w zanadrzu do polecenia. To będą wyjątkowo zaczytane wakacje… Aaaa jak mi się chce książek!!! :) A, że w prezencie od rodziców otrzymałam mojego pierwszego, własnego Kindelka, to wakacyjne czytanie będzie pewnie jeszcze bardziej intensywne. Mój nowy towarzysz nazywa się Paperwhite III - dopiero się witamy, zapoznajemy i oglądamy, ale już czuję, że będzie to przyjaźń na wieki. Na razie hojnie karmię go ebookami. ;) 



                   Nowa pora roku, nowy rozdział życia, nowa energia - jak pięknie się to wszystko zbiegło z astronomicznym początkiem lata… które zaczyna się już jutro o 6:24 rano. :)
czwartek, 25 maja 2017 | By: Annie

"Szeptucha", "Noc Kupały" - Katarzyna Berenika Miszczuk

                   Gdzieś podczas picia mrożonej kawy i pośród innych majowych lektur połknęłam również dwa pierwsze tomy z serii Kwiat Paproci – historii o alternatywnej Polsce, w której Mieszko I nie przyjął chrztu, słowiańscy bogowie są wciąż żywi, a każdy absolwent medycyny musi odbyć obowiązkową praktykę u Szeptuchy. I tak oto przeniosłam się na wieś, gdzie staż odbywa urocza lekarka-hipochondryczka Gosia, a przy okazji przeżywa liczne przygody, zakochuje się i walczy z upiorami.

                    Bardzo lubię słowiańską mitologię, te wszystkie strzygi, rusałki, utopce i wąpierze silnie działają na moją wyobraźnię. Zostało mi to chyba po krótkim zachłyśnięciu się twórczością Sapkowskiego wiele lat temu, w każdym razie mam duży sentyment i życzliwość do tej tematyki. Najsłabszy punkt książek Miszczuk to zdecydowanie wątek miłosny - natomiast reszta - szczególnie ogrom wiedzy na temat słowiańskiej mitologii - strzał w dziesiątkę, moim zdaniem. Jednocześnie muszę przyznać, iż seria jest głupiutka, leciutka, ale też niezwykle urocza, zabawna i czyta się ją wyśmienicie – na przewietrzenie głowy, relaks – jak najbardziej tak, choć pewnie bardziej dla osób poszukujących ciekawego czytadła, niż dla fanów rasowej fantastyki. Ja lubię czasem sięgnąć po tego typu lekturę - nie ma w tym logiki - nachodzi mnie ochota, smak, więc zaspokajam potrzebę. Takie książki mają swój urok, szczególnie wiosną, gdy przyroda budzi się do życia, ptaszki śpiewają, a bez odurza zapachem, więc siłą rzeczy brakuje skupienia do poważniejszych lektur. ;) Pierwsza część podobała mi się ciut bardziej niż druga, niemniej i tak ostrzę sobie już ząbki na świeżo wydaną część trzecią...
poniedziałek, 22 maja 2017 | By: Annie

Targi 2017

                  No i mamy maj, a w zasadzie jego końcówkę. :) To truizm, ale ja naprawdę nie wiem, gdzie te dni uciekają... Tyle się dzieje - spotkania, wydarzenia kulturalne, dopinanie planów, finisz studiów. W tym wszystkim staramy się z mężem spędzać wspólnie jak najwięcej czasu, delektujemy się piękną wiosną - wieczorne spacery w chmurze odurzających, kwiatowych zapachów to nasza nowa rutyna. Fajnie i produktywnie mijają nam te majowe dni, choć zdecydowanie za szybko! Na blogu cisza, ale to wcale nie dlatego, że nie mam czasu czytać – wręcz przeciwnie. Po prostu nie byłam w stanie pisać jednocześnie pracy magisterskiej i notek, bo wychodziły mi jakieś dziwne naukowo-recenzenckie hybrydy. ;) Tymczasem spędziłam trzy cudne dni na Targach Książki. I taki oto stosik przytachałam na raty do domu.

                      Udało mi się upolować mnóstwo ciekawych pozycji, w dodatku w bardzo okazyjnych cenach. Dosłownie rzuciłam się na stoisko Dowodów na Istnienie (reportaże po 10 zł!), pogrzebałam w koszach przed wejściem, planuję również sentymentalny powrót do twórczości Siesickiej. Do tego złowiłam sporo smakowitych nowości i kilka od dawna poszukiwanych perełek. Przy okazji pozwolę sobie ponarzekać tu na pewne wydawnictwa, które  zdecydowanie nie poszalały z rabatami – co to jest marne 20% Rebisu czy 15% Wydawnictwa Literackiego... No nic, zatem wypisałam sobie ich tytuły i zamówię te książki na Bonito. ;) Wisienką na torcie była dla mnie rozmowa z Michałem Alenowiczem, założycielem mojego ukochanego wydawnictwa Wiatr od Morza. Wielki zaszczyt dla mnie, a na pamiątkę została mi śliczna torba-prezent. Cudne to były dni, szkoda, że następne Targi dopiero za rok… Na pocieszenie mam stosik. Ciekawe czy dam radę cały przeczytać w ciągu najbliższych 12 miesięcy..?

sobota, 13 maja 2017 | By: Annie

"Behawiorysta" - Remigiusz Mróz

                Obok powieści Remigiusza Mroza przechodziłam dotychczas z pełną konsekwencji obojętnością. Podejrzana wydawała mi się ta jego pisarska płodność - publikowanie czterech czy pięciu książek rocznie lokuje go podejrzanie blisko takich postaci, jak na przykład słynna ze swojego pisarskiego tempa, ale wcale nie z dobrej literatury, Katarzyna Michalak. Wiadomo, za ilością rzadko idzie jakość, szczególnie ta literacka. Niemniej uległam namowom rodziców i sięgnęłam po „Behawiorystę” – opowieść o byłym prokuratorze, znawcy ludzkich zachowań, który rusza w pościg za niebezpiecznym przestępcą. To tak w telegraficznym skrócie.

                  Jeśli chodzi o styl, to książka jest 'po prostu napisana' - tak po lekturze stwierdził mój mąż i uważam, że idealnie uchwycił istotę rzeczy (podobnie jest z resztą w przypadku powieści Katarzyny Puzyńskiej). Nie ma tu wybitnych walorów językowych czy pięknych, bogatych opisów – chodzi raczej o opowiedzianą historię, a jest to zrobione tak umiejętnie, że naprawdę nie dziwię się już zachwytom i rzeszom fanów, którzy wyczekują premiery każdej kolejnej pozycji Mroza. Bowiem „Behawiorystę” czyta się po prostu świetnie – historia wciąga, porywa, co chwila zaskakuje nagłym zwrotem akcji. Bardzo podobała mi się niejednoznaczność moralna – nie ma tu czarno-białych skrótów i uproszczeń. Nie jest to błaha i lekka książka, oj nie - to konfrontacja z ciemną stroną ludzkiej duszy i jak na takie 'czytadło' jest to wejrzenie zaskakująco głębokie, gorzkie i dojrzałe. Cóż, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem pomysłowości, inteligencji oraz wiedzy i przygotowania autora, szczególnie w kontekście jego zawrotnego pisarskiego tempa. Czy Remigiusz Mróz zyskał nową fankę? Hmmm, chyba jeszcze nie, ale na pewno jest na dobrej drodze… :)
niedziela, 7 maja 2017 | By: Annie

"Kocham Nowy Jork" - Isabelle Laflèche

                     Czytanie książek trudniejszych i ambitniejszych to dla mnie aktualnie nie lada wyzwanie. Brakuje mi skupienia do tych bardziej wymagających lektur, szczególnie gdy głowa dymi od planowania, zgrywania terminów, załatwiania tysiąca drobnych spraw i pisania pracy magisterskiej. Dużo się dzieje i mam nadzieję, że wkrótce będę mogła się pochwalić. A w międzyczasie postanowiłam się nie katować - na wszystko jest właściwa pora, na wyzwania i zdobywanie literackich Mount Everestów też przyjedzie jeszcze czas. Czytanie ma być przede wszystkim przyjemnością – tak postanowiłam:). W ramach relaksu i odprężenia sięgam zatem po lekkie, przyjemne powieści lub thrillery psychologiczne – na co akurat najdzie mnie smak, a czytam w ostatnim czasie naprawdę sporo. 

                        „Kocham Nowy Jork” przeczytałam jakby mimochodem, gdzieś tam w biegu, ani się obejrzałam i byłam już na ostatniej stronie. Miała to być moja książka ‘torebkowa’, ale tak mnie wciągnęła, że czytałam również w domu. Jakbym miała określić ją dwoma słowami to byłyby to po prostu stwierdzenie ‘przyjemne czytadło’. Pamiętam, że kiedyś sporo radości sprawiało mi pochłanianie tego typu chick-lit głupotek – był to czas kiedy zaczytywałam się w powieściach Sophie Kinselli, Lauren Weisberger czy Candace Bushnell. Wielkie miasto, kariera, zakupy, przebojowa singielka i bogaty książę na horyzoncie. Smaczkiem było ukazanie pracy w nowojorskiej korporacji – oj nie zazdroszczę… ;) Polecam, ale na takie książki trzeba mieć nastrój i ochotę, w przeciwnym wypadku mogą irytować swoja błahością, powierzchownością. Mnie się podobało, ale nie będę jakoś specjalnie zachwalać i reklamować, że warto, że koniecznie trzeba itd. Co kto lubi:)
środa, 26 kwietnia 2017 | By: Annie

"Nie jesteśmy gotowi" - Meg Little Reilly

                  Chyba w głowie każdego mola książkowego tkwi gdzieś głęboko ukryte marzenie, żeby choć na parę dni utknąć w domu, zostać odciętym od świata przez złą pogodę, oczywiście z zapasem dobrych książek, świec oraz pysznego jedzenia – i móc bezkarnie poświecić ten czas niczym niezmąconej lekturze. Najlepiej dołożyć do tego ukochanego mężczyznę u boku, ogień w kominku i wichurę za oknem - dlatego historie w stylu „Nie jesteśmy gotowi” to pożywka dla wyobraźni, a przynajmniej na moją działają bardzo intensywnie. Owa książka to przede wszystkim zapis przygotowań przed Wielką Burzą, która ma wkrótce nadciągnąć nad wschodnie Stany. To powieść obyczajowa, nie apokaliptyczna dystopia – obdarta ze złudzeń kronika upadku ludzkich relacji w obliczu nadciągającego kataklizmu. 

                  Znacie to uczucie podczas burzy – delikatny niepokój, ale podszyty też ekscytacją i błogim poczuciem bezpieczeństwa, które smakuje znacznie lepiej zestawione w kontraście z żywiołem szalejącym tuż za oknem..? Czy jest coś przyjemniejszego niż w ciszy późnego wieczoru, we własnym przytulnym i ciepłym łóżku, czytać niezwykle sugestywną opowieść o nadciągającym kataklizmie..? Właśnie takie odczucia towarzyszyły mi względem lektury "Nie jesteśmy gotowi". Pomysł na książkę jest moim zdaniem genialny, natomiast samo wykonanie niestety szwankuje. Autorka nie ma łatwości w formułowaniu myśli, nie ma tej przychodzącej naturalnie klarowności, która poraża np. u McEwana – prosto i do sedna, jedno zdanie, które potrafi uchwycić sens, głębię i jeszcze trzy znaczenia w tle. Natomiast Meg Little Reilly kręci się wokół tematu, ale go nie dotyka, postacie wymykają się jej słowom i mimo mnóstwa opisów są niewyraźne, nierzeczywiste. Poza tym to książka z wyraźnie postawioną tezą, przez co bohaterowie momentami odgrywają sztuczne scenki – przy okazji rozmowy ktoś wygłasza umoralniający wykład o zmieniającym się środowisku itd. 

                 "Nie jesteśmy gotowi" to ciekawa, klimatyczna historia, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mogła być lepiej, sprawniej napisana... Niemniej nie żałuję, że przeczytałam, to wciąż całkiem udana powieść, tyle że bez szału i fajerwerków pięknej literatury. Moja wizja tej książki po prostu nie do końca pokryła się z tym, co faktycznie otrzymałam. Natomiast odkryciem są dla mnie trzy cudne wiersze z XIX wieku, napisane przez vermonckich autorów - ich czytanie sprawiło mi mnóstwo radości i satysfakcji, co mnie samą mocno zaskoczyło. Czyżbym jednak potrafiła delektować się poezją? :)
poniedziałek, 24 kwietnia 2017 | By: Annie

"Za zamkniętymi drzwiami" - B.A. Paris

                    Czytanie od zawsze postrzegam jako strefę niczym nieograniczonej wolności. Czytam wiele książek na raz, czytam zachłannie, pazernie, gdzie chcę i kiedy chcę – a przede wszystkim sama decyduję CO czytam. Jednak gdy widzę daną powieść na billboardach, kiedy podnoszę wzrok i odkrywam, że właśnie pochłania ją pani siedząca naprzeciwko mnie w metrze, podczas spotkania poleca mi ją przyjaciółka, a w momencie gdy zaglądam do własnej torebki i w niej również znajduję tę samą książkę, to wiem, że mój wolny wybór to tylko złudzenie. ;) W każdym razie z przyjemnością przeczytałam ten wielki bestseller. Nauczona rozczarowaniami typu „Dziewczyna z pociągu” nie miałam wielkich oczekiwań, nie przejrzałam nawet streszczenia. Widziałam tylko ten napis na okładce – ‘Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?’. Jako świeżo upieczonej żonie więcej mi nie trzeba było, ciekawość została włączona. ;) Przede wszystkim książka jest bardzo umiejętnie napisana - wciąga, powoli narastające napięcie ciągle trzyma w niepewności i w nerwach, historia porywa. Na swój sposób jest to też bardzo przejmująca, przerażająca lektura, co może się kryć 'za zamkniętymi drzwiami', pod powłoczką pięknych pozorów, których nikomu nie chce się zgłębiać. Świetny thriller, naprawdę mega pozytywne zaskoczenie!
poniedziałek, 17 kwietnia 2017 | By: Annie

"Dziennika kasztelana" - Evžen Boček

                        Pogoda pokrzyżowała nasze wyjazdowe plany, niemniej i tak postanowiłam odbyć w tym tygodniu podróż do Czech – tyle, że literacką. Z deszczem zacinającym o parapet i kubkiem gorącej herbaty pod ręką wczorajsze popołudnie spędziłam zatopiona w nastrojowej lekturze dziennika pewnego zamkowego kasztelana. Muszę przyznać, że niesamowicie podobała mi się ta książka. Ten klimat… aż miałam ciarki na plecach! Nad każdą stroną unosi się bowiem mroczna i deszczowa aura wyludnionego zamku, pełnego pustych pokoi i historii sprzed lat. Tajemnicze odgłosy, dziwaczni pracownicy, a do tego kilka osobistych dramatów. Nie mogłam się oderwać – pozycję tę przeczytałam niemal ‘na raz’ (z przerwą na zaparzenie kolejnej herbaty), co od dawna mi się nie zdarzyło, muszę przyznać. Nie jest to jednak kolejna zabawna i lekka historyjka jak „Arystokratka” – to raczej mroczna, smutna, nostalgiczna opowieść, chociaż gdzieś tam w tle nadal przebija charakterystyczny dla autora ‘czarny humor’. Mało optymistyczna lektura, ale za to wzbudziła we mnie naprawdę silne emocje, czytałam z wypiekami na twarzy i gryząc paznokcie z nerwów. Świetna, niebanalna, ale też i nieco melancholijna rozrywka. Coś wyjątkowego, gorąco polecam!
sobota, 15 kwietnia 2017 | By: Annie

"Grzeczna dziewczynka" - Mary Kubica

                       Dotychczas miałam chyba sporo szczęścia w doborze thrillerów psychologicznych, trafiały mi się bowiem same smaczki i page-turnery. Natomiast teraz w ręce wpadła mi pozycja mocno przeciętna – ani klimat, ani intryga zdecydowanie nie powalają. Powiem wręcz, że przez pierwszych 250 stron wynudziłam się jak mops, dopiero później akcja nieco bardziej się rozkręciła... 

                     Córka wpływowego sędziego, Mia, została uprowadzona i jest przetrzymywana w domku gdzieś w leśnej głuszy. Wydarzenia poznajemy dwutorowo – fragmenty z przebiegu porwania mieszają się z tymi już po uwolnieniu. W zasadzie przez większość książki niewiele się dzieje, a bohaterowie są irytująco płascy i mało wiarygodni. Psychologia oraz logika opisywanych wydarzeń naprawdę mocno kuleją - to chyba najsłabsza strona tej historii. Ani przez chwilę nie czułam się też zaintrygowana czy zaciekawiona - wręcz przeciwnie - zmuszałam się do przekręcania kolejnych stron, marzyłam, żeby wreszcie skończyć tę wymęczoną lekturę. "Grzeczna dziewczynka" to po prostu baaardzo przeciętny i mocno przegadany thriller, można przeczytać, nie kłuje w oczy, ale w zasadzie po co? Mam nadzieję, że za zakrętem czekają już na mnie znacznie lepsze powieści. Swoją drogą tak sobie myślę - czy obwieszczanie wszem i wobec przez wydawcę, że to druga „Zaginiona dziewczyna”, nie jest w pewnym sensie spoilerem… Hmmm?
wtorek, 11 kwietnia 2017 | By: Annie

Oda do czytania, czyli bibliofilska perełka: "Prześlę Panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej

                      Dziwię się, dziwię i nadziwić się nie mogę – czemu nikt tej cudownej książek nie wznawia? Czemu jej zdobycie i przeczytanie graniczy z cudem? Czemu ona i inne jej podobne, wyjątkowe perełki, latami leżą zapomniane, czasem tylko ktoś na blogach odkurzy na chwilę pamięć o nich. A jednocześnie tłumaczone i promowane są stosy literatury obcej, wydawcy wynajdują przeróżne cuda-wianki na zagranicznych rynkach – nie mam nic przeciwko, natomiast czemu nikt w międzyczasie po prostu nie wznowi tej legendarnej, bibliofilskiej, gotowej do wydania książeczki?! Normalnie krew mnie zalewa  jak o tym pomyślę – że TAKA powieść nie jest powszechnie czytana, że nie trafia do szerokiego grona czytelników... Ufff, wybaczcie, ale musiałam na wstępie dać ujście swojej czytelniczej frustracji… Książka jest absolutnie wyjątkowa i mam ochotę ją polecać i wciskać do czytania każdemu, kogo znam.

                      „Prześlę Panu list i klucz” to bowiem cudnej maści opowieść o pewnej wyjątkowej rodzinie - ojcu-bibliofilu, dwóch zaczytanych córkach i matce, która jakoś próbuje ogarnąć to zatopione w lekturze towarzystwo. Książka to przede wszystkim zapis ich literackich przygód - w tle siostry dorastają, dojrzewają, przeżywają pierwsze miłości… Na każdym kroku towarzyszy im oczywiście literatura, która nie raz potrafi też nieźle namieszać w ich życiach. 

                        Jest to cudownie bibliofilska, ciepła, pozytywna i zabawna lektura. Zanurzenie w innym, lepszym, bezpiecznym świecie, który otula pozytywnymi emocjami. Zupełnie jakbym czytała o bratnich, serdecznych duszach, a częściowo nawet o sobie - myślę, że każdy książkoholik będzie miał podobne wrażenie. Bo kto zrozumie nas lepiej niż drugi mól książkowy? Potrzeba liter, ta niemożność oderwania się od lektury, która opętuje umysł, to uczucie ekscytacji, niepewności przy rozpoczynaniu nowej powieści - czy jest coś cudowniejszego? Gimnastyka przy posiłkach – jakby tu poczytać, kiedy książka zamyka się sama. Kombinowanie jak poświęcić na lekturę choć z 10 minut dłużej – dlatego jeżdżę metrem, mimo że obiektywnie mam dalej na uczelnię. Ta granicząca z obsesją fascynacja, karmienie się literami, ten ogrom radości, który wyzwala każda nowa książka i radar wykrywający najbliższą księgarnię. Ach, a jakby tak dało się wejść do literackiego świata stworzonego przez Marię Pruszkowską i porozmawiać z bohaterkami… ciekawa jestem co czytałyby współcześnie – bo rzecz dzieje się w 20-leciu międzywojennym. Czy podobałby im się McEwan? A Twardoch? Czy czytałyby kryminały? Co sądziłyby o Knausgardzie? Ahhh, czemu nikt nie napisze podobnej powieści, tylko dziejącej się współcześnie??

                     Naprawdę gorąco polecam, i to skacząc z zachwytu i szczęścia, że udało mi się wreszcie przeczytać tę książkę. Z drugiej strony to trochę perfidne z mojej strony -  pozycji tej bowiem nie ma w księgarniach, nie ma w antykwariatach, nie ma jej również w bibliotekach. Można natomiast wyszperać ebooka gdzieś tam w odmętach internetu. Po długim polowaniu udało mi się wreszcie zdobyć własny egzemplarz na allegro, z – uwaga – 1962 roku. Książka się rozlatuje, ale jest moja - jeden z cenniejszych skarbów w mojej biblioteczce, który pojedzie ze mną nawet na koniec świata!!!


*****

Na deser kilka cudnych cytatów… Smaczki. Choć w zasadzie mogłabym tu cytować pół książki:

Istotą życia Ojca były książki. Czytał przy jedzeniu, czytał w pociągu i w tramwaju, i na przystanku. Czytał po południu w fotelu, wieczorem w łóżku. Najważniejsze obowiązki życiowe odwalał – można by powiedzieć – szybko, uczciwie i precyzyjnie, nie wkładając w nie serca ani zapału. Odwalał je też cierpliwie, nigdy się nie buntując, ażeby kupić sobie prawo do zatracenia się w książkach podczas godzin należących do niego.”

Ojciec uważał, że książki, której nie ma się zamiaru czytać powtórnie, nie warto czytać po raz pierwszy.”

Dla mnie pozostała najważniejsza i najcięższa część przedwyjazdowych kłopotów, czyli zdecydowanie się na lekturę do pociągu.”

Zawsze chciałam tak żyć jak Mizia z Lusią. Zwyczajnie. Pójść do biura, odbębnić te siedem godzin, a potem mieć czas na książki, kino, teatr.”

Tak się zaczytałam, że jak zawsze przy dobrej książce ja jako ja przestałam dla siebie istnieć.”

Jak się teraz zastanawiam nad sobą, to doszłam do przekonania, że niczego nie chcę, do niczego nie dążę. Po prostu – tylko jestem.(…) Przyglądam się życiu. Nie czuję żadnego braku. Pracuję. Czytam książki i jestem bardzo szczęśliwa.”

O zmaganiach bohaterów Londona z wroga człowiekowi przyrodą przyjemnie jest czytać siedząc w wygodnym fotelu, przy ciepłym piecu, z mruczącym kotem na kolanach. Gorzej jest, gdy ze względów rodzinnych trzeba brać czynny udział w przygodach z podrabianego Londona.”

Owszem, trzeba naprzód iść, ale nie lecieć, jak pies z wywieszonym językiem, bo i tak nie dogonisz wszystkich książek, nie poznasz i nie przetrawisz wszystkiego.”
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 | By: Annie

"Czasem warto zabić" - Peter Swanson

                           Są takie motywy w literaturze sensacyjno-kryminalnej, które pociągają mnie wyjątkowo mocno. Należą do nich statki, pociągi, gwałtowne i katastroficzne zjawiska pogodowe, domy na odludziu, morderstwa popełnione w niewielkiej, zamkniętej grupce osób, wątki bibliofilskie oraz, oczywiście, lotniska. Nic dziwnego zatem, że okładka oraz opis książki „Czasem warto zabić” silnie podziałały na moją wyobraźnię… Opóźniony samolot, przypadkowe spotkanie dwójki obcych ludzi w lotniskowym barze. Od słowa do słowa zaczynają się zwierzać – on wyjawia, że myśli o zabiciu swojej żony. Ona proponuje mu pomoc w realizacji tego planu… Kim jest ta tajemnicza kobieta? Kto w tej książce jest dobry, a kto zły? I czy istnieje coś takiego jak 'usprawiedliwione morderstwo'..?

                          Owa książka to druga pozycja pióra Petera Swansona, którą miałam okazję przeczytać, w dodatku w dość krótkim odstępie czasu. Myślę zatem, że mogę pokusić się tu o małe porównanie i kilka spostrzeżeń. Przede wszystkim ciekawie było wychwytywać motywy, które pojawiają się w obu tych książkach, takie drobniutkie, wspólne detale – bohaterowie jedzą te same kanapki, przewija się wątek podglądania przez okno czytającej kobiety oraz fascynacja ‘uzasadnionym morderstwem’. Interesująca była ta możliwość zerknięcia na książkę jakby nieco od zaplecza - co autorowi ‘ciągle w głowie siedzi’. Jednak „Czasem warto zabić” to przede wszystkim misternie utkana, bardzo dopracowana i pełna zaskoczeń intryga. Natomiast gdy myślę o „Każdym jej strachu” to wiem, że urzekła mnie głównie otoczka, nastrój – deszczowy Boston, tajemniczy apartamentowiec - zdecydowanie. Tu trochę mi zbrakło takiego dreszczyku niepokoju na plecach, doszłam też do wniosku, iż w thrillerach cenię sobie chyba jednak bardziej pełen napięcia klimat, a sama intryga ma dla mnie ciut mniejsze znaczenie. I tak sercem wciąż jestem przy „Każdym jej strachu”, natomiast „Czasem warto zabić” doceniam i w pełni podziwiam kunszt, umiejętność wodzenia czytelnika za nos - co krok to zaskoczenie, w dodatku jest to świetnie napisane. Czytałam z zapartym tchem. Obie książki gorąco polecam, myślę, że „Czasem warto zabić” nie zwiedzie fanów takich pozycji jak „Zaginiona dziewczyna”. Co więcej, na podstawie tej powieści powstaje właśnie film w reżyserii Agnieszki Holland, rolę główną zagra podobno Amber Heard. Na pewno wybiorę się do kina!
środa, 5 kwietnia 2017 | By: Annie

"Absurdy PRL-u" - Piotr Lipiński, Michał Matys

                             Nie wiem jak inne osoby w podobnym do mnie wieku lat dwudziestuparu, ale ja nigdy, przenigdy na lekcjach historii w szkole nie dotarłam do okresu II Wojny Światowej, o PRL-u nawet nie wspominając. A że tym tematem jakoś specjalnie zainteresowana nie byłam, mam więc straszne braki w historii współczesnej - aż wstyd. Do tej pory moim największym i w zasadzie jedynym źródłem wiedzy z tego okresu były oczywiście książki i filmy – uwielbiam np. komedie „Nie lubię poniedziałku” czy „Poszukiwany, poszukiwana”. Z lektur na pewno sporo dowiedziałam się z Jeżycjady Musierowicz czy z powieści Krystyny Siesickiej, Haliny Snopkiewicz, a ostatnio też Marii Nurowskiej. Część tematów znam również z takich typowych, rodzinnych legend i opowieści - o kolejce do Megasamu, kupowaniu meblościanki, perfum "Być może" czy płynu do trwałej w Pewexie. Natomiast reszta, historie zawarte w tej książce – smaczek do odkrycia i zupełnie nowa wiedza dla mnie, a że jestem naprawdę zaintrygowana tym zabawno-straszno-absurdalnym okresem - dosłownie połknęłam tę pozycję. 

                          "Absurdy PRL-u" to rzetelnie przedstawiony wycinek z ówczesnej rzeczywistości - kolejki, walka o skrawki z torcików wedlowskich, wieczny brak mięsa i papieru toaletowego - na głowę przypadało wówczas 7 rolek rocznie! I żarciki - 'liczba mnoga od człowieka? kolejka!' Ale są też poważniejsze tematy i czasami aż smutno się robi jak wiele zostało zaprzepaszczone, chociażby historia o polskim Billu Gatesie... Multum nowej wiedzy dla mnie, ale przedstawione ciekawie, przystępnie, czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Ani przez chwilę się nie nudziłam – a jeśli chodzi o książki mające jakikolwiek związek z historią, to na tym polu jestem okropnie wręcz wybredna. Jedyny zarzut - może ciut za bardzo chaotycznie jest to napisane, nie są to reportaże na miarę wydawnictwa Czarnego - nie zachwyca forma oraz język. Co nie zmienia faktu, że czytało się świetnie. Doskonała pozycja dla mojego pokolenia, aby poszerzyć wiedzę 'jak się wtedy żyło', a dla osób pamiętających czasy PRL-u - żeby powspominać z łezką w oku. 
niedziela, 2 kwietnia 2017 | By: Annie

"Rudolf Gąbczak i stan wyjątkowy' - Joanna Fabicka

                     Dopóki nie założyłam bloga i nie odkryłam ile wspaniałych lektur mam jeszcze w życiu do przeczytania, często wracałam do dobrze znanych mi książek i czytałam je wielokrotnie, zachłannie, losowo oraz na wyrywki. Nie zliczę ile razy otwierałam w dowolnym miejscu dowolną pozycję z mojej ówczesnej biblioteczki i... po prostu czytałam – gdy się nudziłam, w wannie, w metrze, do śniadania i do zupy... Seria o Rudolfie Gąbczaku  należała do moich faworytów, nic dziwnego zatem, że niemal spadłam z krzesła gdy zobaczyłam, że oto będzie kolejna, piąta część! Po 10 latach!!! Natychmiast zamówiłam i następnego dnia miałam już w rękach pachnącą, świeżutką książkę.

Słońce, książka, weekend!
Czyli balkonowe czytanie...
                   Nie będę oceniać merytorycznie, gdyż mam do tej serii duży sentyment, a boję się, że gdybym spojrzała na nią bardziej obiektywnie, to raczej wypadłaby ona nieco głupawo i być może nawet niekorzystnie. Na pewno nie jest to lektura dla czytelników, którzy akceptują poziom wulgarności czy 'niesmacznych żarcików' jedynie na poziomie „Ani z Zielonego Wzgórza”. Natomiast dla mnie to była świetna rozrywka, sentymentalny powrót po latach, jak odwiedziny u dawno niewidzianych znajomych. Rudolf ma teraz 30 lat, jest rozwodnikiem i ojcem 9-letniej Broni. Powieść jest prześmieszna, szczera do bólu oraz bardzo niepoprawna (i aktualna!) politycznie. Myślę, że nie ma co streszczać i polecać - kto czytał poprzednie książki, tego na pewno nie trzeba zachęcać do lektury. Ale miałam radochę. :) Mam nadzieję, że następna część już się pisze!
sobota, 1 kwietnia 2017 | By: Annie

Wiosenny bliss...

                   Codzienność mam pełną słońca oraz prostych, domowych radości. Idzie wiosna, jest cudownie, a ja mam wreszcie czas, więc delektuję się życiem, choć te dni mijają zdecydowanie za szybko. Mnóstwo pięknych planów na przyszłość się klaruje. Gdzieś w tle tego powstaje moja praca magisterska. Wyhamowałam, mam poczucie mocnego osadzenia w sobie, w codzienności - takie moje małe mindfulness. Siłą rzeczy nie mam teraz nastroju na lektury, które wymagają drążenia, przebijania się przez szybę niedostępności. Nie ten etap. Sięgam zatem po pozycje lekkie, ładne i, co mnie samą zaskakuje - nieustannie niesamowicie smakują mi thrillery psychologiczne, szczególnie czytane późnym wieczorem, w przytulności naszej niebieskiej sypialni, a w tle słucham nocnych odgłosów miasta. W kwietniu chciałabym przeczytać co najmniej trzy książki z literatury czeskiej – ot, takie postanowienie z okazji pierwszego kwietniowego dnia, wcale nie w ramach prima aprilis. Notka z cyklu: rozmyślania przy kawie. Postanowiłam zanotować i uwiecznić ku pamięci.


środa, 29 marca 2017 | By: Annie

"Sonata Gustava" - Rose Tremain

                    Kocham tego typu obyczajową literaturę, ciągle mało mi takich książek.„Sonata Gustava” to powieść doceniona, dostrzeżona w Europie, nominowana do wielu nagród, choć mam wrażenie, że jej wydanie w Polsce przeszło jakoś zupełnie bez echa, bez promocji – mało recenzji się pojawia, nie widzę notek na blogach. Szkoda – bo to książka pełna - prawdziwe życie i panorama ludzkich losów odbijają się na kartach tej powieści. Sama też pewnie bym ją przegapiła, gdyby nie rekomendacja Moniki, która kazała mi jak najszybciej przeczytać tę perełkę. 

                     Historia rozgrywa się na trzech płaszczyznach czasowych – przedwojennej, powojennej i współcześnie – a kanwę wydarzeń stanowi przyjaźń Gustava i Antona oraz ich perypetie rodzinne. Dojmująca potrzeba kochania, która drzemie w każdym z nas, trudna relacja z pełną pretensji matką, a gdzieś w tle muzyka i piękna sceneria szwajcarskiego miasteczka oraz górskiego kurortu Davos. Czas płynie, mijają lata, nadchodzi starość, a pragnienia, namiętności i marzenia skrywane w mroku duszy wciąż pozostają żywe… - tak w skrócie można by opisać tę książkę. Fascynują emocje ukazane w konfrontacji ze słynnym, szwajcarskim ‘panowaniem nad sobą’. Historia jest nieprzebojowa, ale na swój sposób wyjątkowa i subtelna. Piękny język, zgrabny, lekki, i choć dużo się nie dzieje, jednak ani przez chwilę nie ma się poczucia dłużyzny, czas mija błyskawicznie w towarzystwie tej lektury. To obyczajówka z rodzaju tych najprostszych, ale i najbardziej przejmujących. Smutna, ale w żadnym razie nie smętna. Dużo detali, głęboko zarysowane sylwetki bohaterów, sporo dowiedziałam się też o szwajcarskiej mentalności. Rewelacyjna powieść obyczajowa, gorąco polecam!
niedziela, 26 marca 2017 | By: Annie

"Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" - Anna McPartlin

                     Nie lubię czytelniczej monotonii, dlatego postanowiłam, że pora na małą przerwę od thrillerów. Dla urozmaicenia zaserwowałam sobie zatem rasową obyczajówkę, która skusiła mnie podczas ostatniej wizyty w bibliotece. To druga wydana w Polsce powieść autorki „Ostatnich dni Królika” – przepięknej książki, która zachwyciła mnie jesienią półtora roku temu. Jeśli chodzi o „Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu” to aż takiego zachwytu nie podzielę, choć książka jest bardzo dobra i to wciąż ten sam poruszający styl powieści – zabawny, lekki, ale też dramatyczny i dotykający poważnych tematów; słodko-gorzki, choć jednocześnie optymistyczny. Siłę tej książki stanowią przede wszystkim przesympatyczni bohaterowie, których lubi się od pierwszej strony.

                       Cała historia to w pewnym sensie retrospekcja - opowieść Maisie o utracie ukochanego syna. Właściwie od samego początku znamy zakończenie tej książki - poznajemy tylko okoliczności, które doprowadziły do tragedii. W rezultacie, chyba właśnie przez tę znajomość finału, "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" nie wywołało we mnie takiej lawiny emocji jak "Ostatnie dni Królika", ale to jednak wciąż dość emocjonująca historia o walce z przeciwnościami losu na dublińskim przedmieściu z lat 90’, opowieść o homofobii i o tym jakie piekiełko ludzie bezinteresownie potrafią zgotować innym. Jednocześnie nasuwa się refleksja jak ogromny, a jednak wciąż za mały postęp wykonaliśmy jako społeczeństwo, cywilizacja względem tolerancji homoseksualizmu...

                    "Gdzieś tam, w szczęśliwym miejscu" to pełna ciepła i mądrości książka obyczajowa. Żadne tam arcydzieło, ale w pewien sposób bardzo wartościowa lektura, wypełniająca serce dobrymi emocjami. Niezbyt głęboka, ale pozytywna, w sam raz, aby zdystansować się od swoich trywialnych, wyimaginowanych problemów i docenić szczęście dnia codziennego. I przypomnieć sobie, że w każdej sytuacji warto – mimo wszystko – starać się być po prostu dobrym, przyzwoitym człowiekiem. Czyta się błyskawicznie, 400 stron połknęłam nawet nie wiem kiedy. Jest coś w pisarstwie Anny McPartlin, co przypomina mi twórczość Jojo Moyes czy Marian Keyes. Czytadło z jakością. Jeśli lubicie tego typu przystępnie napisane, ale też pełne emocji i wzruszajace obyczajówki - gorąco polecam twórczość Anny McPartlin.
sobota, 25 marca 2017 | By: Annie

"Ostatnie wyjście" - Federico Axat

                         Co za książka, genialny thriller! Gdy tylko zobaczyłam opis, wiedziałam, że koniecznie muszę tę pozycję przeczytać. A zaczyna się tak… Ted właśnie chce popełnić samobójstwo jednak w ostatniej chwili przerywa mu dzwonek do drzwi. Ostatni rzut oka na biurko… a tam kartka z jego charakterem pisma, ale której pisania Ted zupełnie nie pamięta. Na niej napis: „Otwórz drzwi. To twoje ostatnie wyjście.” W tym momencie wsiadamy na prawdziwy rollercoaster wydarzeń, którym dojedziemy aż do ostatniej strony. Co by nie napisać – ta książka jest inna niż się wydaje i na pewno wszystkich zaskoczy. To bardzo filmowo napisana powieść, która wciąga bez reszty. A jeśli podobał się Wam Matrix, jeśli szukanie mroczniejszego i bardziej męskiego Musso, lub jeśli po prostu chcecie książki, od której nie będziecie w stanie się oderwać, a podróż zleci w błyskawicznym tempie – tak, to jest właśnie ta pozycja. :) Już miałam iść spać, ale wciąż gasiłam lampkę i znów zapalałam, bo z głowy nie mogła mi wyjść ta powieść, oj nie. Musiałam czytać dalej. Dziwię się trochę, że odbiła się tak małym echem w naszym internetowym światku literackim. Dla mnie to chyba najlepsza tego typu powieść, jaką przeczytałam od lat! Z niecierpliwością czekam na tłumaczenia kolejnych książek tego pana. 
poniedziałek, 20 marca 2017 | By: Annie

"Każdy jej strach" - Peter Swanson

                      Mam słabość do książek, których bohaterowie są bibliofilami lub kiedy chociaż gdzieś w tle fabuły przewija się literatura. Gdy czytam o stosach powieści chybotliwie ułożonych przy kanapie, gdy czytam o deszczu zacinającym w wykuszowe okna, gdy czytam o bohaterce, która pracuje w wydawnictwie i wieczorami oddaje się nałogowo lekturze… Ahhhhh cóż poradzę, wobec takich pozycji po prostu nie potrafię być obiektywna! Tu niemal co stronę byłam raczona takimi oto smaczkami, co dodatkowo sprawiło, iż silnie utożsamiłam się z bohaterkami, z marszu je polubiłam i książka w rezultacie bardzo mi się podobała. Lubię ten typ pisarstwa, który reprezentuje Peter Swanson – dbałość o szczegóły wnętrz, o detale z życia bohaterów i przede wszystkim o klimat – tutaj pod postacią wczesnowiosennego, deszczowego Bostonu - naprawdę ma swój urok. Cała historia rozgrywa się w bowiem pięknej, starej, ceglanej kamienicy - to w niej mieści się olbrzymie mieszkanie, do którego wprowadza się Kate - młoda dziewczyna, która dopiero co przyjechała z Londynu, aby zacząć nowe życie. W tym samym czasie, na tym samym piętrze popełniona zostaje makabryczna zbrodnia.. Czy ma to jakiś związek z przyjazdem Kate? Do tego tajemnicze przejścia, nieuczęszczane klatki schodowe, kot pojawiający się znikąd i sąsiad-podglądacz - okładka słusznie działa na wyobraźnię. Mąż się ze mnie śmieje, że zawsze przed pójściem spać robię obchód po mieszkaniu – sprawdzam czy drzwi są zamknięte, czasem zaglądam nawet pod łóżko. Ha!, dzięki tej książce mam wreszcie tego racjonalne usprawiedliwienie i wytłumaczenie. ;)

                       Wydaje mi się, że "Każdy jej strach" to dość kobiecy thriller, z dużą dawką obyczajowości, pewnie nie każdemu podpasuje (mam tu na myśli przede wszystkim tych, którzy oczekują mrożącej krew z żyłach, zawiłej intrygi i wielkiego suspensu), gdzieś tak około połowy książka nieco siadła, ale później ponownie wciągnęła mnie w swoje sidła. Nie czuję jakiegoś wielkiego zachwytu, ale po prostu satysfakcję z lektury, spędziłam z nią przemiły czas. Bez analizowania - po prostu podobało mi się, a to za sprawą idealnej jak na mój gust kompozycji trzech składników – bibliofilskich smaczków, odpowiedniej dawki obyczajowości i fajnego, pełnego niepokoju klimatu, który panuje w dużym, pustym i obcym mieszkaniu. W dodatku ja uwielbiam kiedy kryminały czy thrillery dzieją się w scenerii ograniczonej do niewielkiej przestrzeni - w tym przypadku luksusowej kamienicy. Jednym słowem - mniam! 
niedziela, 19 marca 2017 | By: Annie

"Arystokratka w ukropie" - Evžen Boček

                  'Mieć ciastko czy zjeść ciastko’ – czyli wielki dylemat, który towarzyszył mi przed lekturą tej oto książki. ;) Jest to bowiem drugi i jak na razie ostatni tom z genialnej serii o Arystokratce – autentycznie przezabawnej i prześmiesznej historii o pewnej amerykańskiej rodzinie, która wraca do rodowej siedziby w Czechach. Z resztą podzielam i ponawiam wszystko to, co napisałam już wcześniej o pierwszym tomie – „Ostatnia arystokratka”. Nic więcej nie mam do dodania, te książki po prostu trzeba przeczytać!

                   Kilka dni tej wiosny spędzę w Pradze i okolicach – ogromnie cieszę się na ten wyjazd, mam nadzieję, że pogoda dopisze, no i że poczuję tę słynną ‘czeskość’ w powietrzu. :) Z okazji wyjazdu szykuję sobie kolejne czeskie lektury. Do czechofila mi jeszcze daleko, ale może wreszcie uda mi się sięgnąć po twórczość Milana Kundery..?

UPDATE: Jednak będzie trzeci tom!!! :D
środa, 15 marca 2017 | By: Annie

"Co kryją jej oczy" - Sarah Pinborough

                 Poczułam wiosnę w powietrzu, co dodało mi energii i wywołało we mnie nagły atak czytelniczy, a że zaraziłam się ostatnio miłością do thrillerów psychologicznych, to w ciągu kilku dni pochłonęłam z wypiekami na twarzy aż dwa smaczki z tego gatunku. Sześć następnych czeka w kolejce… Lubię te swoje fazy czytelnicze, a tą rozkoszuję się wyjątkowo, bo dawno żadna nie owładnęła mną w takim stopniu. ;) Na pewno mocno sprzyja mi moda na tego typu książki, dużo się ich ostatnio ukazuje, ale staram się być również ostrożna i wybredna – bo można się naciąć na własnej pazerności, a trzeba powiedzieć wprost – choć rozreklamowane, to nie wszystkie thrillery mogą być przecież ‘och i ach’. Ogromna promocja towarzyszy także „Co kryją jej oczy”, którą to powieść pochłonęłam z dużym zainteresowaniem, wciągnęła mnie, ale jakiegoś ogromnego zachwytu też tu nie podzielę – być może moje oczekiwania, wywindowane intensywną reklamą, były po prostu zbyt wysokie.

                 Książka rozkręca się powoli… Początek to właściwie romans obyczajowy , historia trójkąta miłosnego pomiędzy perfekcyjną żoną Adele, jej mężem-lekarzem i jego sekretarką Louise. Z nią się przyjaźni, jego jest kochanką... Jednak to nie postać poczciwej, zagubionej, choć i dwulicowej Louise nas niepokoi, a właśnie ta krucha, niewinna, piękna Adele… niebezpiecznie zimna i spostrzegawcza. Pętla się zaciska… Co wyróżnia tę książkę na tle innych, to oniryczny wątek paranormalny, którego ocena na pewno podzieli czytelników - jednych zachwyci, innych rozczaruje. Ja postanowiłam, że dam się uwieść autorce, że uwierzę jej i pozwolę się porwać do krainy nieprawdopodobnych zdarzeń. I że będę się przy tym dobrze bawiła. Niemniej przyznam, że dużo w tym mojej dobrej woli, gdyż Sarah Pinborough wprowadza tę swoją magię bez gracji, topornie, niczym obuchem w głowę niewinnego, niczego się niespodziewającego czytelnika. Co autorce się udało, to na pewno powolne budowanie napięcia, które, co prawda z opóźnieniem, ale za to niezwykle skutecznie od pewnego momentu aż nie pozwala oderwać się od lektury. Muszę też przyznać, że to słynne już zakończenie faktycznie jest rewelacyjne. Zostawiło mnie w lekkim oszołomieniu na godzinę, w dodatku z głupawym chichotem na ustach. Jest efektowne, naprawdę robi wrażenie!

                   Nie żałuję, że przeczytałam „Co kryją jej oczy”, choć nie jest to też najlepszy thriller psychologiczny jaki miałam w rękach. Natomiast jako wciągające czytadło do umilenia sobie czasu w pociągu czy w oczekiwaniu na lot, jak najbardziej się sprawdzi. Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, to moim zdaniem warto sięgnąć, choćby dla tego uczucia osłupienia, w które wprawi was koniec książki… 
sobota, 11 marca 2017 | By: Annie

"Szkoła wdzięku Madame Chic" - Jennifer L. Scott

                 Za mną trzecie spotkanie z Madame Chic - tym razem lekcja jak być elegancką damą na co dzień. ;) Autorka, chyba rozzuchwalona sukcesem poprzednich części, nieco się nadyma (‘jestem przeświadczona, że omówione tu zasady są w stanie ocalić nasze społeczeństwo przed popadnięciem w stan nieokrzesania’), ale jednocześnie jest też cudownie, tak do szpiku kości i po amerykańsku entuzjastyczna, optymistyczna oraz inspirująco pełna ufnej chęci samorozwoju. Bowiem świat Madame Chic to świat, w którym Twoim największym problemem jest to, jak postrzega Cię otoczenie, świat, w którym człowiek zaniedbany to człowiek nieszczęśliwy, nietroszczący się sam o siebie, a więc niezasługujący na szacunek innych. Takie typowe ‘first world problems’, ale przynajmniej szczere, prawdziwe i też czarująco, sympatycznie przedstawione, trzeba przyznać. Jednym słowem - klasa i szyk receptą na udane życie. ;) I choć wiele można tym książkom zarzucić, to jedno trzeba im przyznać – one naprawdę działają! Pod czujnym spojrzeniem Madame Chic prostujesz się, kawa smakuje lepiej, a Ty choć przez chwilę czujesz się lepszą, spokojniejszą wersją samej siebie, która niespiesznie i z życzliwym uśmiechem księżnej kontempluje pogodę oraz robi zakupy w supermarkecie. Ach, gdyby tak wszyscy słuchali rad Madame Chic, świat byłby piękny. ;) Lekka, ale i bardzo motywująca oraz inspirująca głupotka, czyli coś, czego potrzebowałam, bo w ostatnim czasie ciężko było mi wyhamować i nawet w wolnych chwilach umysł sam biegł dalej rozpędzony. Niemniej myślę, że trzy pozycje o Madame Chic to aż nadto i chyba pora zamknąć temat. Adieu!
czwartek, 2 marca 2017 | By: Annie

"Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym" - Maciej Czarnecki

                          Mam dziwną słabość do Norwegii. Fascynuje mnie ten kraj – kultura europejska, tak bliska, a jednocześnie tak odmienna mentalność, emocjonalność, postrzeganie więzi rodzinnych i społecznych. Norwegowie są niesamowicie cywilizowani, opanowani, emocjonalnie chłodni i kulturalni. Co dziwne – nie czuję pociągu do Skandynawii ogółem, ale Norwegia intryguje mnie od lat. Zaspokajam zatem swoją ciekawość poprzez literaturę…

                          Autor reportażu „Dzieci Norwegii”, Maciej Czarnecki, bierze na tapetę trudny i rozdzierający serce temat – norweski Bernevernet, który strzeże dobra dzieci na terenie Norwegii. I kierując się zasadą, że ‘lepiej reagować prewencyjnie, a nie dopiero wtedy, gdy mleko się już rozlało’, ma prawo odebrać dzieci nawet przy drobnej sugestii, że rodzice nie zapewniają im odpowiedniej opieki – podejrzenie o molestowanie, siniaki, czy – jak w niektórych przypadkach – wystarczy o jedno zdanie wypowiedziane przez dziecko za dużo, i ląduje ono na długie miesiące (lub na zawsze) u rodziny zastępczej. Takie postępowanie ma wyraźne, niepodważalne dobre strony oraz mocne podstawy, jak chociażby sprawa Andersa Breivika, który być może nie dokonałby tak okrutnej rzezi, gdyby tylko odebrano go w porę toksycznej matce. Co trzeba przyznać, Norwegowie są niezwykle otwarci na krytykę i przeważnie uczą się na swoich błędach - chcą po prostu uratować jak najwięcej dzieci - a jednocześnie momentami bywają zaskakująco ślepi i uparci, przez co szczytny cel zapobiegania dziecięcym dramatom niekiedy zakrawa niemal o kafkowski surrealizm, a rodzice zderzają się ze ślepą ścianą oskarżeń. Dziecko płacze gdy zobaczy dawno niewidzianych rodziców - według Barnevernetu wcale nie z tęsknoty, a ze stresu, więc spotkania należy jeszcze bardziej ograniczyć. Matka nie przyznała się do winy, czyli odmówiła współpracy... To skrajne przykłady, ale występujące. Wszystko jest bowiem kwestią interpretacji pracowników, a te złe (choć występujące w zdecydowanej mniejszości) spowodowały, że temat obrósł niesamowitą mitologią i martyrologią - zamach na Polską Rodzinę, zamach na Matkę Polkę, rzekome porwania w celu urozmaicenia norweskich genów, zaangażował się też Krzysztof Rutkowski, który ma całą ofertę dotyczącą odbijania polskich dzieci z norweskich rodzin zastępczych(!). 

                       Osobiście nie mam wątpliwości, że Barnevernet to dobry, kierowany jak najlepszymi pobudkami system, mający na celu zapobieganie przemocy i ochronę dzieci, jednak przeważnie nierozumiany przez obcokrajowców i w niektórych aspektach wymagający dopracowania, przyznaję. Na tę chwilę sprawa ma bowiem dwie zantagonizowane strony, a problem zaczyna się tradycyjnie tam, gdzie stykają się dwie obce kultury. Bariera niezrozumienia, wywołana tym, że Norwegia reprezentuje jakby wyższy, wyniesiony ponad emocje model cywilizacyjny – którego ani Polacy, ani jacykolwiek inni obcokrajowcy nie potrafią zrozumieć, zaakceptować i do niego przystać. Model chłodny, kalkulujący na zimno straty i zyski. Możliwie obiektywny, pozbawiony emocji. A imigranci boją się tego, nie rozumieją. W rezultacie panikują, rzucają na ślepo oskarżenia, uciekają, porywają własne dzieci i tymsamym sami dostarczają Barnevernetowi argumentów do działania. Nic dziwnego, są przecież przerażeni - nagle ktoś wchodzi z butami w ich życie, ocenia, kontroluje, a przecież 'matka wie najlepiej jak wychować własne dziecko'. Według Norwegów niekoniecznie. Opinia norweskich ekspertów głosi jednoznacznie, że „w najlepszym interesie dziecka jest żyć w warunkach korzystnych dla jego rozwoju, niekoniecznie z biologicznymi rodzicami”, co z jednej strony uratowało już wiele dzieci, a z drugiej doprowadziło do sytuacji, w której bez prób znalezienia krewnych dziecka, bez zważania na jego wyznanie, kulturę, oprócz zmiany rodziców – przeważnie dokonanej słusznie -  odbierana jest też jego tożsamość. Problemów nastręcza również interpretacja niektórych zachowań, gdyż w polskiej kulturze słowo ‘kara’ oznacza zupełnie coś innego niż w Norwegii.  Norwegowie posługują się pewnym wykrojem, modelem idealnej rodziny wedle standardów norweskich – co wystaje poza jego ramy – należy zmienić. To przecież „bardzo norweskie myśleć, że w żadnym razie nie jesteśmy rasistami. I rzeczywiście, nie doszukiwałabym się rasizmu biologicznego. Ale śladów kulturowego już tak. Chodzi o przekonanie, ze niektóre kultury są warte mniej niż inne.” – mówi jedna z rozmówczyń i nie sposób się z nią nie zgodzić. 

                        Czy inaczej znaczy gorzej? Czy Norwedzy odkryli ideał wychowywania dziecka? Jeśli tak, to czy mają prawo narzucać go wszystkim dzieciom czy tylko tym norweskim? Na ile można krytykować Norwegów, żądać zmian prawa, skoro imigranci są tylko gośćmi w ich kraju? I wreszcie, jak to się ma do podpisanej przez Norwegię Konwencji praw dziecka ONZ, która gwarantuje prawo do zachowania tożsamości, w tym obywatelstwa, nazwiska i stosunków rodzinnych? 

                       Wiele pytań, wiele odcieni szarości. Jednym słowem - doskonały reportaż. W swojej debiutanckiej książce Maciej Czarnecki porwał się na temat – wydawałoby się – niemożliwy do przedstawienia obiektywnie. A jednak udało się! Wielki szacunek i podziw. Będę śledziła uważnie wszystkie jego kolejne publikacje. W międzyczasie pokochałam wydawnictwo Czarne całym sercem. Wydają tak różnorodne, świetnie napisane, ciekawe i poszerzające wiedzę pozycje, że dochodzę do wniosku, iż mogłabym czytać książki tylko i wyłącznie tego wydawnictwa, a i tak nie nudziłabym się ani chwilę. A są to reportaże, które najlepiej mówią same o sobie za pomocą cytatów. Całą sytuację opisaną w "Dzieciach Norwegii" można zawrzeć w trzech hasłach:

BARIERA KULTUROWA: „Dla Polaków, Czechów czy Litwinów państwo przez ponad czterdzieści lat nie było oparciem, lecz faktycznym wrogiem. (…) Wieści, że w Skandynawii fiskus pomaga ludziom rozliczyć podatki, by zapłacili jak najmniej, wciąż brzmią dla nas jak z kosmosu.”

NADOPIEKUŃCZOŚĆ: „…Prawdziwa ciemna strona Norwegii – nie ta estetyzująca, owiana przybyszewszczyzną i trącąca diabłem z jasełek – może wynikać z nadmiaru owej dobroci. Wszak słowo „reżim” nie kojarzy się dobrze.”

NIEZROZUMIENIE: "Barnevernet (...) popełnia koszmarne błędy - ale jego krytycy strzelają z niewłaściwych armat."
niedziela, 26 lutego 2017 | By: Annie

"Instaserial o miłości" - Nicole Sochacki-Wójcicka

                        Sama mogłabym być autorką podobnej, licealno-WUMowskiej historii, więc temat był mi bardzo bliski, choć przyznam, że w życiu nie zdecydowałabym się na jej opublikowanie - za duży poziom ekshibicjonizmu jak dla mnie. Natomiast cieszę się, że Nicole, w świecie internetowym znana głównie jako @mamaginekolog, spisała i wydała swoje miłosne perypetie, bo czytając "Instaserial o miłości” bawiłam się świetnie i również z nutką sentymentu przypomniałam sobie jak to jest na tych pierwszych etapach znajomości – podchody, ciągłe motylki w brzuchu, poddenerwowanie 'jak wypadnę'. No i wreszcie udało mi się przeczytać coś lekkiego :) Polecam, ale przede wszystkim tym, którzy siedzą w temacie – czyli albo mają lub mieli do czynienia z WUMem, albo śledzą namiętnie perypetie mamy ginekolog na instagramie - z resztą w tym gronie książka rozchodzi się jak świeże bułeczki. Być może reszta czytelników również znajdzie w tej pozycji coś dla siebie, ale może się też zirytować błahą, dość płytką lekturą – ciężko mi powiedzieć...

                        #Instaserial to pozycja leciutka, zabawna, szalona, specyficzna, rozemocjonowana, miejscami infantylna, ale też pełna pozytywnej energii. To historia miłosna pary studentów medycyny, a później już lekarzy - studia, życie w Lodndynie, a później walka o zaręczyny. W sumie trochę dziwię się, że autorka zdecydowała się poddać wszystkie swoje życiowe decyzje pod publiczną ocenę – a nie są one sztampowe, zdecydowanie. Na przykład gdyby mnie tak traktował chłopak, dawno pogoniłabym go w cholerę. :) Język jest prościutki, nieco chaotyczny, styl instagramowy – tzn. króciutkie rozdzialiki, na pewno trzeba zaakceptować tę specyficzną formę przekazu. Nie ma też co przyrównywać tej pozycji z prawdziwą literaturą, a raczej należy ją oceniać z przymrużeniem oka i życzliwością. A że pewnie właśnie do takich czytelników trafi, i ja się do nich też zaliczam, to napiszę, że mi się podobało i polecam. Miło spędziłam czas w towarzystwie tej książki. :)
piątek, 24 lutego 2017 | By: Annie

"Dziecko wspomnień" - Steena Holmes

                      Zdejmując tę książkę z półki i oczekując thrillera psychologicznego można się rozczarować, natomiast jako obyczajówka z nutą dreszczyku i niepewności – powieść ta zdecydowanie świetnie daje sobie radę. „Dziecko wspomnień” to historia Diane, świeżo upieczonej matki, która właśnie ma wrócić do pracy. Jednak wkoło zaczynają się dziać dziwne rzeczy… Śledząca każdy krok niania-pielęgniarka, tajemnicze telefony, brak kontaktu z mężem. A może to Diane jest przewrażliwiona i po prostu szuka wymówki, żeby zostać z dzieckiem w domu? Pętla stopniowo się zaciska…

                      Książka wciąga, czyta się ją świetnie, niemal bez tchu i choć stosunkowo szybko wpadłam na trop rozwiązania, to jednak ani trochę nie zepsuło mi to "przyjemności" czytania. Ten cudzysłów stąd, że strasznie spłakałam się na końcu. :( Ogromnie żałuję tylko, że bohaterowie wyszli autorce papierowi i wyblakli – bo gdyby tak dodać im nieco więcej krwi, werwy i indywidualności, można by tu mówić o rewelacyjnej powieści. A tak mamy naprawdę dobre, wciągające, kobiece czytadło – ale tylko czytadło. Niemniej nie mogłam się oderwać, poruszyła mnie ta lektura, dlatego polecam gorąco! Kawał solidnej, wciągającej i emocjonującej prozy dla kobiet.
niedziela, 19 lutego 2017 | By: Annie

"Siedem minut po północy" - Patrick Ness, Siobhan Dowd

"Pamiętaj, że wtedy świat był młodszy.
Bariera między rzeczami była znacznie mniej
wyraźna, łatwiejsza po przekroczenia."
                    Chwilowo poczułam przesyt tematyką wojenną w literaturze – dopiero co czytałam książkę o widmie wojny unoszącym się nad każdą stroną opowieści o mieście („Król” Twardocha) oraz o wojnie, która pozostawia tylko zgliszcza, tęsknotę i samotność („Marlene” Angeliki Kuźniak). Zamarzyłam więc o lekturze współczesnej, lżejszej, ożywczej. Czy bajka „Siedem minut po północy” zaspokoiła moje potrzeby? Zdecydowanie nie:) Brutalnie rozdarła mi serce, a przecież wreszcie miałam sobie emocjonalnie odpocząć… ale jednocześnie zauroczyła mnie i wciągnęła, więc chyba było warto. 

                   „Siedem minut po północy” to opowieść o chłopcu i jego potworze, opowieść o chorobie i stracie ukochanej osoby. Nastrój robią przede wszystkim rysunki - są piękne, mroczne, niepokojące. I choć moim zdaniem to bajka zdecydowanie bardziej dla dorosłych (dziecku te ilustracje mogłyby zafundować niezłe koszmary...), to ja jednak tak długo czekałam, żeby wreszcie zacząć pełnoprawnie czytać literaturę 'dorosłą', że wciąż nie mogę się tym nasycić. :) Dlatego nie podzielam peanów i zachwytów połowy blogosfery, natomiast przyznaję – to świetna, mądra bajka (choć nieco przewidywalna), ale niestety, nie rzuciła mnie na kolana. Niektórzy twierdzą, że powrót do czytania bajek to podobno kolejny etap rozwoju literackiego, cóż, widocznie ja jeszcze do tego nie dojrzałam. Jeśli mam przeżywać emocjonalny rollercoaster, to na daną chwilę wybieram taki w wykonaniu Joyce Carol Oates, McEwana czy "Ostatnie dni Królika" Anny McPartlin - taka proza przemawia do mnie znacznie bardziej niż jakakolwiek bajka. Niemniej, w ramach ciekawostki, "Siedem minut po północy" stanowiło ciekawe, poruszające spotkanie.
sobota, 18 lutego 2017 | By: Annie

"Marlene" - Angelika Kuźniak

                        Miałam w lutym mnóstwo czytać i pisać, ale w ostatnich dniach spadło na mnie niespodziewanie przygotowywanie plakatu na konferencję, a potem także silne przeziębienie, które sprawiło, że przez parę dni nie miałam siły ruszyć ręką. Niemniej co nieco udało mi się w ostatnim tygodniu przeczytać i mam w zanadrzu do polecenia dwie ciekawe lektury. Po pierwszą z nich sięgnęłam pod wpływem koncertu Krystyny Jandy „Piosenki z teatru”, którego pod koniec stycznia miałam wielką przyjemność wysłuchać. Piosenki, teksty i wykonania cudne, same perełki, ale to historii, anegdotek o życiu i kulturze, które Janda opowiadała w przerwach od śpiewania mogłabym słuchać godzinami… Jedna z nich dotyczyła Marleny Dietrich – tego, że uczestniczyła ona w wyzwalaniu Berlina, a na koniec podobno wjechała do niego siedząc na czołgu, jakie niesamowite życie wiodła i jakie tragiczne było jego zakończenie w samotności paryskiego mieszkania. Muszę przeczytać biografię – postanowiłam już podczas spektaklu. Jeśli chodzi o postać Dietrich to miałam w głowie tylko czarno-biały obrazek obojętnej kobiety w męskim garniturze, z papierosem w dłoni. Niestety, gdy zaczęłam szukać, okazało się, że wybór jest naprawdę kiepski. To znaczy kilka pozycji biograficznych o Marlenie jest, ale trochę byle co, że tak powiem. Jeden album, jedno przesłodzone streszczenie z kiepskimi recenzjami, reszta już niedostępna. Książka Angeliki Kuźniak wydała mi się zdecydowanie najrozsądniejszym wyborem. Kluczem i inspiracją do napisania tej pozycji była kartka z notesu, na której Dietrich zapisała kilka polskich adresów i telefonów. Ruszamy śladem koncertów, które Marlene w latach 60’ odbyła w Polsce i w zasadzie towarzyszymy jej aż do śmierci w Paryżu. Jak pisze sama autorka - „Ta książka nie jest biografią. To reporterska opowieść o Marlenie Dietrich.” Niemniej, między innymi dzięki sprawnie zredagowanemu kalendarium na końcu książki, czuję, że otrzymałam dokładnie to, co chciałam – możliwie bliskie prawdy życie Marleny Dietrich w pigułce.

Źródło: http://wehadfacesthen.tumblr.com
                        „Marlene” to portret sklejony ze wspomnień, rozmów, utkany z fragmentów, niuansów, drobnych spostrzeżeń. Bardzo autentyczny, wyrazisty, na pewno nie ugładzony. Wyłania się z niego słodko-gorzki obraz Dietrich – zimnej perfekcjonistki i wielkiej, ale samotnej artystki. Zaszokowały mnie emocje, które wzbudza w Niemczech – ta niechęć do niej, bo ‘zdradziła’ ojczyznę walcząc po stronie aliantów i krytykując Hitlera… Te protesty, które wywołał jej pogrzeb w 1992 roku… Jednak przede wszystkim to opowieść o niesamowicie silnej, samowystarczalnej kobiecie, która wiodła fascynujące, barwne życie. Romanse, wojna, podróże, zawrotna kariera i ten hipnotyzujący głos... (Wyobrażacie sobie jakąś współczesną hollywoodzką diwę, która rzuca wszystko u szczytu kariery i jedzie na wojnę?!) To wszystko napisane chłodno, zdawkowo, jakby z dystansu, ale chyba właśnie dzięki temu obraz jest pełny i wyraźny – dzięki temu cała Marlene zmieściła się w kadrze.

                         Poruszyła mnie notatka, którą 20-letnia Marlene zapisała w swoim dzienniku: „Dlaczego przypada mi w udziale tak okropny czas? Chciałam przecież złotej, pogodnej młodości.”…
piątek, 10 lutego 2017 | By: Annie

"Król" - Szczepan Twardoch

                      Lektura kompletna, idealna, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Myślę do czego mogłabym się tu przyczepić – nie znalazłam nic. To opowieść o Warszawie u progu II Wojny Światowej, ale przede wszystkim o jej mieszkańcach – Żydach, Polakach, przestępcach, politykach, gangsterach, bokserach i ich żonach oraz kochankach. Każda postać jest niezwykle umiejętnie i wyraziście nakreślona, tak realna... Nie ma tu czarno-biało uproszczeń, wyraźnej granicy dobra i zła, są za to fascynujące losy złych bohaterów - z tym, że jednym kibicujemy, a drugim nie. A jak to jest napisane! Czapki z głów. W życiu nie sądziłam, że będzie potrafiła mnie zachwycić książka o żydowskim bokserze w przedwojennej Warszawie… A jednak czytałam z wypiekami na twarzy i gryząc paznokcie. Twardoch wodzi nas za nos jak chce, dopiero stopniowo dopuszczani jesteśmy do głębszych warstw prawdy, która poraża i zatrzymuje w miejscu. 

                         Czytając tę książkę poza Warszawą, zatęskniłam za moim miastem, a dziś jakoś inaczej spaceruje mi się tak dobrze znanymi ulicami - Piękną, Koszykową, Marszałkowską... Nawet wczorajszy, wymuszony awarią metra, powrót do domu tramwajem, upłynął mi na wyglądaniu przez okno i poszukiwaniu opisanych w książce miejsc. Jestem pod wielkim wrażeniem ogromu pracy, którą włożył Szczepan Twardoch, aby oddać realia tamtych czasów – nie tylko topografię miasta, ale też wszelkie najdrobniejsze detale – gazety, postacie historyczne, słownictwo, stroje… Jednak ta idealnie skonstruowana scenografia stanowi zaledwie tło dla jeszcze ciekawszej historii. "Król" to bowiem książka doskonała, zasługująca na wszelkie możliwe nagrody i wyrazy uznania. Powieść utkana z mnóstwa skojarzeń, warstw, smaczków, analizować ją można na wiele sposobów, za każdym razem odkrywając coś nowego, a jednocześnie to wciąż  przystępna i wciągająca rozrywka na najwyższym poziomie. Jeśli pozostałe książki Twardocha są choć w połowie tak dobre, to ja chcę je wszystkie przeczytać... Na tę chwilę (choć to dopiero luty) – książka roku jak dla mnie!!!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...