piątek, 15 grudnia 2017 | By: Annie

"Najcenniejszy dar" - Richard Paul Evans

                     Korzystając z dnia prawie wolnego, wczesne przedpołudnie postanowiłam spędzić na wylegiwaniu się w łóżku. Mąż zaserwował mi kawę i poleciał na zajęcia, a ja w ciszy poranka zanurzyłam się w tę oto króciutką opowieść świąteczną – historię małżeństwa, które sprowadza się do domu pewnej starszej pani i za sprawą znalezionego na strychu pudełka odkrywa sekret szczęścia. 

                       Miło spędziłam czas z tą książką, ale literackie wrażenia mam mieszane. Po pierwsze za dużo tu lukru, po drugie za dużo ckliwości, po trzecie za dużo ‘nadprzyrodzonych’ zdarzeń – ta historia jest zupełnie nieprawdopodobna, nawet jeśli spojrzeć na nią przez bardzo tolerancyjny na kicz i słodkość filtr bożonarodzeniowy. Oczywiście rozumiem przesłanie książki, ale jakoś forma mi nie podpasywała – za krótko, za słodko, za dużo truizmów. Język niesamowicie prosty, bohaterowie płascy, przezroczyści. Nie podzielam po prostu zachwytu rzeszy recenzentów i osób, którym ta pozycja ‘odmieniła życie’ i które ‘wzruszyła do łez’. Wniosek z tego taki, że wszystko da się przesłodzić, nawet świąteczną opowiastkę. Co nie zmienia faktu, że miło się piło (gorzką) kawę w jej towarzystwie. Ale nic więcej.
sobota, 9 grudnia 2017 | By: Annie

"Maybe someday" - Colleen Hoover

                       Zachęcona i ośmielona „Turbulencją” postanowiłam dalej eksplorować dział romansu. Sięgnęłam zatem po słynne „Maybe someday” – powieść, która wywołuje niesamowite zachwyty, emocje, a jej oceny są, podobnie jak w przypadku „Turbulencji”, zawrotnie, wręcz absurdalnie wysokie. 

                      Owszem, przyznaję, książka jest umiejętnie i zgrabnie napisana, ale to za mało - nie porwała mnie historia miłosno-muzycznego trójkąta, nie polubiłam bohaterów, nie wciągnęły mnie ich perypetie. Cierpliwie czekałam aż coś ‘chwyci’ i zaklika, ale nie doczekałam się, niestety. Może jestem już za stara, może stałam się z wiekiem zbyt cyniczna, ale wnerwiali mnie ci bohaterowie, to ich mozolne grzebanie patykiem we wszystkich emocjach i uczuciach. ‘Chcę, ale nie mogę’, ‘chciałabym, ale się boję’, ‘jestem taki zagubiony’ itd. itp. Każda z postaci jest krystalicznie czysta (oczywiście mimo zdradzania się nawzajem), płaczliwa, rozmemłana, a przez to nudna aż do bólu. "Maybe someday" to pozycja pełna frazesów, sztuczności i nierealnych uczuć - nawet niepełnosprawność bohaterów to tylko mało istotny, potraktowany powierzchownie detal, obrzydliwie wykorzystany jako pretekst do zaserwowania czytelnikowi jeszcze większej dawki pseudowzruszeń i 'romantycznych' momentów. Z przykrością stwierdzam, że nie znalazłam ani jednej rzeczy, która by mi się spodobała w tej książce. Zirytowała mnie jej miałkość, słodkość oraz robienie wody z mózgu nastolatkom za pomocą historii o rzekomo ‘wielkiej miłości’- tak płytkiej, nierealnej i kiczowatej, że aż zęby bolą od całego tego cukru. Scena końcowa – tragedia. Ledwo doczytałam. Bleeeee… Zdecydowanie najgorsza książka tego roku.
czwartek, 7 grudnia 2017 | By: Annie

"Ktoś we mnie" - Sarah Waters

                          Listopad z horrorem zamknęłam znakomitą powieścią pióra Sarah Waters, która wystała się na półkach moich regałów zdecydowanie zbyt długo. Owa książka to historia osadzona w realiach powojennej Anglii, w starej, niszczejącej posiadłości na odludziu, gdzie zaczynają się dziać pewne tajemnicze, mroczne rzeczy – pojawiają się ślady przypaleń na suficie, dziwne napisy na ścianach i obce kroki niosące się echem w pustym domu…

                       Tych, którzy oczekują tu krwawego, dynamicznego horroru spotka na pewno spore rozczarowanie. "Ktoś we mnie" to nastrojowa, niespieszna literatura - bardziej z pogranicza psychologii i obyczajowości - tylko zahaczająca o grozę. I choć tych prawdziwie strasznych momentów jest tu niedużo, to jednak bałam się podczas ich czytania chyba najbardziej spośród wszystkich moich lektur pod sztandarem ‘listopadu z horrorem’. A to za sprawą niesamowitego klimatu, który udało się stworzyć autorce oraz przez mrok i poczucie nadciągającej katastrofy, które czają się tuż pod powierzchnią kartek... „Ktoś we mnie” to rasowa powieść - gruba, wielowątkowa, soczysta proza, którą można się delektować. Stęskniłam się za tego typu literaturą i w związku z tym postanowiłam sięgać po nią częściej - muszę zgłębić swój księgozbiór, bo już zapomniałam ile smaczków czeka tam na odkrycie. Była to moja trzecia lektura pióra Sarah Waters – i również trzecia bardzo udana. Znakomita powieść, idealna pozycja na mroczny, ciemny i deszczowy listopad.
niedziela, 3 grudnia 2017 | By: Annie

"Turbulencja" - Whitney G.

                   Myślałam, że po wakacyjnym epizodzie z Danielle Steel literacko niżej już nie zejdę. A jednak, udało się! :D Oczywiście żartuję, choć jednocześnie moje książkowe wybory w tym roku dla mnie samej stanowią sporą niespodziankę. Czytam bowiem to, co dotychczas omijałam szerokim łukiem – romanse. Jeśli sięgnę jeszcze po coś z półki science fiction będzie to definitywnie oznaczało, że wymieniono mi mózg... Niemniej, jako że staram się kierować filozofią, iż tyle jest w życiu obowiązków i rzeczy, które ‘trzeba’, więc niech chociaż moja pasja-czytanie pozostanie tą sferą swobody i beztroskim polem do spełniania zachcianek. Co też radośnie uskuteczniam. Przeczytałam zatem „Turbulencję”… I muszę przyznać, że jest to dla mnie absolutny hit -  najlepszy antydepresant, czasoumilacz ever. 

                   Ta książka jest jak narkotyk - wciąga, nie daje o sobie zapomnieć – ku własnemu zaskoczeniu przez dwa dni żyłam tylko i wyłączanie życiem bohaterów – romansem stewardesy i kapitana. Po pierwsze która kobieta nie lubi pilotów, hihi? Jest w nich coś niesamowicie pociągającego jak tak idą lotniskowym korzytarzem, w tych płaszczach, czapkach, z małymi walizeczkami u boku. A za nimi tłumek stewardess. Gdy do tego dodać jeszcze Nowy Jork, ciągle loty po całym świecie i życie na świeczniku, to otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. "Turbulencja" to nie jakiś tam tani, przewidywalny romans z kiosku, oj nie.. (a przynajmniej tak sobie wmawiam ;)) Na pewno autorka przemyślała dogłębnie fabułę i myślę, że zaskoczy Was nie raz złożonością wątków i paroma plot-twistami. Ja gryzłam paznokcie, bowiem zwroty akcji są tu serwowane co krok. W swoim gatunku jest to perełka, choć w zasadzie materiał do porównań mam marny, przyznaję. Oczywiście absolutnie nie jest to literatura przez duże „L”, nie będę też wciskać że to arcydzieło itd. Jestem jak najbardziej świadoma wad i ułomności tej powieści, niemniej tyle frajdy sprawiło mi jej czytanie, że chcę się tym koniecznie podzielić. Zatem jeśli szukacie radosnego odmóżdżenia, książki, która zabierze Was w lepszy, ładniejszy świat, a jednocześnie porwie opowieścią o miłości – sięgajcie śmiało i bez poczucia winy.


                 Uwaga – dla zainteresowanych - osobno wydano również epilog do „Turbulencji” – do ściągnięcia za darmo ze strony Amazona. :)
wtorek, 28 listopada 2017 | By: Annie

"Hotel pod jemiołą" - Richard Paul Evans

                     Z pewnością każdy mól książkowy ma w swoim czytelniczym dorobku autora, którego nazwisko zna doskonale ze słyszenia, którego polecają wszyscy w koło, ale z którym ciągle jakoś nie może się spotkać na literackiej drodze. Dla mnie od lat takim pisarzem był Richard Paul Evans – możecie wierzyć lub nie, ale to moje pierwsze spotkanie z jego prozą. A przy okazji też pierwsza w tym roku lektura bożonarodzeniowa. 

                     „Hotel pod jemiołą” to taka typowo krzepiąca, romantyczna opowieść o miłości w okołoświątecznych realiach. Smaczek stanowi fakt, iż wydarzenia osadzono w scenerii konferencji dla początkujących pisarzy. Dzięki temu sporo tu ciekawych detali o samym procesie wydawniczym w Stanach oraz co rusz otrzymujemy przeróżne smaczki literackie - ogólnie klimat panuje mocno okołoksiążkowy, co każdej powieści dodaje w moich oczach sporo punktów – o spotkaniach z wydawcami i agentami literackimi czytałam z ogromną ciekawością. Dla mnie osobiście książka Evansa to taka typowa, stereotypowa esencja amerykańskiej prozy popularnej – z półki Nicholasa Sparksa czy Danielle Steel – ugładzona, jednowymiarowa lektura, optymistyczna, z obowiązkowym happy endem na końcu. Ale jednocześnie tkwi w tym również pewien urok - nie wiem, być może to kwestia wakacyjnej podróży lub też zawartych amerykańskich znajomości – ale mam wrażenie, że teraz lepiej rozumiem funkcjonowanie takich książek, jak inaczej można je odebrać w kontekście amerykańskiego stylu życia pod sztandarem haseł ‘yes, you can’ oraz ‘let's have a blast’. Ugładzonego zewnętrznie, pełnego optymizmu i możliwości. Wiary w lepsze jutro. I taka jest również ta książka. Pozytywna, fajna lektura, o ile spojrzy się na nią przymrużonym okiem i z odpowiednim nastawieniem. I choć oczywiście obiektywnie doskonale widzę, że jest to pozycja raczej średnia literacko, to jednak podobała mi się – lektura w sam raz na lekki relaks po ciężkim tygodniu.
niedziela, 19 listopada 2017 | By: Annie

"Misery" - Stephen King

                     Sporadycznie, raz na rok czy dwa, sięgam po twórczość Stephena Kinga. Wielką fanką nie jestem, nie jest to zaplanowane, wynika ze mnie jakoś samo, spontanicznie – niespodziewanie nachodzi mnie ochota, więc zaspokajam czytelniczy głód. „Misery” czytałam długo i na raty - zaczęłam jeszcze w maju, kiedy dosłownie rzuciłam się na tę nową, śliczną prenumeratę. Książkę połknęłam aż do zakończenia części drugiej… gdzie utknęłam na makabrycznych opisach – kto czytał, ten na pewno wie o czym mowa. Doczytałam do końca dopiero teraz – podczas mojego listopada z horrorem - postanowiłam wreszcie dzielnie stawić czoła tej makabrze. Owa powieść to historia pisarza, który ulega wypadkowi samochodowemu na odludziu, a następnie zostaje ‘otoczony opieką' przez swoją fanatyczną fankę. Nie wiem czemu, ale jakoś nie chwyciła mnie ta historia. Niby jest umiejętnie napisana, niby czytałam w sumie ze sporym zainteresowaniem i nic konkretnego nie mogę jej zarzucić, ale jakoś jednocześnie dłużyła mi się ta lektura, nie poczułam również tego ‘czegoś’, jak przy poprzednich książkach Kinga, które podobały mi się zdecydowanie bardziej. Co oczywiście nie oznacza, że nie sięgnę po resztę jego twórczości – na spokojnie, przez lata chcę stopniowo poznawać jego największe dzieła. 
niedziela, 12 listopada 2017 | By: Annie

"Wypowiedz jej imię" - James Dawson

                          Lubię ten mój sposób czytania i dobierania lektur – najpierw schwytana w locie myśl przewodnia, a potem szperanie, wertowanie, przeglądanie dziesiątek stron, list, rankingów na tropie inspiracji w danym temacie. Dużo frajdy sprawiają mi takie poszukiwania ‘tematyczne’, a radość z ciekawego odkrycia jest podwójna lub nawet potrójna. Nie pamiętam już gdzie, co i jak, ale w ten właśnie sposób, w szale szperania pod hasłem ‘powieść grozy’, natrafiłam na „Wypowiedz jej imię” – smakowitą lekturę osadzoną w realiach położonej na odludziu, mrocznej i pełnej tajemnic szkoły z internatem, gdzie grupa nastolatków w halloweenową noc postanawia wywołać ducha Krwawej Mary... Nie bałam się jakoś szczególnie (może tylko trochę na samym początku), ale za to historia wciągnęła mnie bez reszty – nie mogłam się oderwać, przekręcałam stronę za stroną. To fajna, dość młodzieżowa lektura na listopadowe dni, która doskonale zgrała się z moim nowym rytmem wieczornym, kiedy wcześnie wskakuję do łóżka i dużo czytam. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale nie żałuję, że sięgnęłam. Dobra rozrywka.
sobota, 11 listopada 2017 | By: Annie

"Psychoza" - Robert Bloch

                      Listopad z horrorem w toku, sięgnęłam zatem po klasykę gatunku, czyli słynną „Psychozę” Roberta Blocha, na podstawie której Alfred Hitchcock nakręcił kultowy film o tym samym tytule. Książeczka jest cienka, niewielka objętościowo, skrywa natomiast bardzo ciekawą, wciągającą historię. Pewna młoda kobieta rzuca swoje dotychczasowe życie i ucieka z ukradzioną gotówką. Na noc zatrzymuje się w pustym, położonym na odludziu hotelu prowadzonym przez dziwacznego Normana Batesa i jego toksyczną matkę… Reszty możecie się pewnie domyślić...:) Co było dla mnie zaskoczeniem, wcale nie jest to rasowy horror, a raczej kryminał, w każdym razie bardzo duży nacisk został tu położony na śledztwo, choć momentami bywa też groźnie. Wiadomo, forma trochę odbiega od tych bardziej współczesnych lektur, przy czym warto mieć na uwadze, że książka powstała w 1959 roku. Podobało mi się. Coś innego, ciekawego. Klasyka, którą warto znać, szczególnie pozycja warta uwagi dla fanów gatunku grozy. Do połknięcia w jeden wieczór.
piątek, 10 listopada 2017 | By: Annie

Wielkie WOW!!! "Niepełnia" - Anna Kańtoch

                  WOW! Co to jest za książka!!! Sięgnęłam przypadkiem, intuicyjnie, widzę, że wracam na dawne, dobre tory czytelnicze, bo oto udało mi się odkryć prawdziwą literacką perełkę – lekturę, do której będę wracała myślami po latach, która zostanie gdzieś w moim umyśle i powróci czkawką literackich wspomnień. Owa książka to rasowa powieść szkatułkowa, majstersztyk i niesamowita perełka dla tych, którzy poszukują nieoczywistych doznań literackich. Historia dotyczy pewnych wydarzeń rozgrywających się w tajemniczym, położonym na odludziu Białym Domu – zahacza o wielu bohaterów i wiele płaszczyzn czasowych, z których powoli wyłania się pełny, choć nieco przymglony i nieuchwytny obraz wydarzeń - jak elementy układanki, z której każdy może ułożyć swój własny, unikalny obrazek. To opowieść z pogranicza kryminału, obyczajówki… nic więcej nie napiszę, żeby nie psuć Wam przyjemności z samodzielnego odkrywania tej historii. Czuję w pełni satysfakcję, ale jednocześnie też niedosyt jeśli chodzi o zakończenie - tu przyznam, że myślałam, że będzie ono łatwiejsze, bardziej przystępne. Autorka z jednej strony wybrała łatwiejszą, bo w pewnym sensie otwartą na interpretacje drogę, a z drugiej strony też bardziej ryzykowną i ambitniejszą... chciałabym dyskutować, czytać analizy, zrobiłam sobie nawet notatki z książki, żeby zrozumieć ją 'głębiej', żeby dostrzec wszelkie niuanse i ukryte znaczenia. Jestem pod wrażeniem jaka to soczysta, świetnie napisana powieść! Niesamowicie wciąga, dosłownie nie można się oderwać – od pierwszej strony, aż do samego końca. A jednocześnie jest w niej jakaś niesamowicie satysfakcjonująca głębia – literacka, intelektualna, psychologiczna. Dla mnie to jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w tym roku, choć mam świadomość, że jej 'poplątanie' nie każdemu pewnie przypadnie do gustu. Ja jestem zachwycona i już wiem, że sięgnę po pozostałe kryminały tej pani. Polecam, czytajcie!!!!
piątek, 3 listopada 2017 | By: Annie

"To przez Ciebie!" - Mhairi McFarlane

                     Książki Mhairi McFarlane to doskonałe pozycje na poprawę humoru, na kryzys czytelniczy i momenty, kiedy w głowie tętni myśl ‘chciałabym coś poczytać, ale w zasadzie nie wiem co’. Nie dajcie się zwieść - pomijając przeciętne tytuły i średnie okładki, są to pierwszej klasy obyczajówki dla kobiet – niebanalne, sympatyczne, lekkie i zabawne. Jest coś takiego w pisaniu autorki, że ja to kupuję momentalnie, jakaś realność bohaterów, którzy mylą się, błądzą, zaskakują swoimi decyzjami – jak to w życiu. Są bliscy, ludzcy, prawdziwi. Niby banał, a jednak tak pisać o kobietach i dla kobiet potrafią tylko nieliczne autorki. Książki Mhairi są grube, wielowątkowe, można wsiąknąć w ten świat, dobrze poznać i polubić bohaterów, choć widziałam również zarzuty, że są za długie i przegadane. Ale ja to lubię najwyraźniej. :) 

                      „To przez Ciebie!” to historia perypetii trzydziestoparoletniej Delii, która w dniu zaręczyn przez przypadek otrzymuje dziwnego smsa od narzeczonego... a wcale nie był on przeznaczony dla jej oczu… Oczywiście uruchamia to lawinę zmian i życiowych rewolucji. Perełka „Nie mów nic, kocham Cię” tej samej autorki podobała mi się nieco bardziej, ale „To przez Ciebie!” to również bardzo dobra, kobieca obyczajówka. Powoli, z czasem przeczytam resztę książek autorki, zawsze dobrze mieć w zanadrzu parę takich ciepłych, pozytywnych lektur. A tymczasem rozpoczynam listopad z horrorem i thrillerem – tak sobie postanowiłam. Ale jak wyjdzie, zobaczymy. :)
niedziela, 29 października 2017 | By: Annie

Czytelniczy przegląd października

Dzień dobry.
Szalejący nad Warszawą orkan Grzegorz nastroił mnie domowo-książkowo, postanowiłam zatem wyjąć wirtualną miotełkę i nieco odkurzyć bloga po nieplanowanej, miesięcznej przerwie w pisaniu. W międzyczasie mój mózg odleciał na inną planetę, a ja na ziemi przeżywałam kryzys czytelniczy oraz na wszelkie sposoby próbowałam oswoić nową, powakacyjną rzeczywistość w aptece. Czytałam mało, prawie wcale, z małym wyjątkiem na niezawodne jeśli chodzi o leczenie chandry powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk. Połknęłam również dwa niezłe thrillery. Niestety, w dalszym ciągu nie mam skupienia do tych ambitniejszych pozycji – próbowałam, ale myśli odlatują natychmiast ku absorbującym mnie sprawom, a cierpliwości, żeby wnikać, drążyć i czytać po parę razy jedno zdanie, też nie mam. Sięgam zatem po takie typowe ‘czasoumilacze’ – łatwe, proste i przyjemne. Na szczęście kryzys powoli mija… Oby na dobre.

Poniżej mały skrót pozycji, które przeczytałam w ostatnim miesiącu.


                    Od dawna czaiłam się, żeby sięgnąć po coś pióra Magdy Stachuli – podobno jedynej polskiej autorki, która pisze thrillery psychologiczne na światowym poziomie. Faktycznie, „Trzecia” bardzo mi się podobała – wciągnęła mnie od pierwszych stron i dałam się wodzić za nos niemal do samego końca. To opowieść o krakowskiej psycholożce, która pewnego dnia odkrywa, że jest obserwowana... Zaczyna się zabawa w kota i myszkę. Kim jest prześladowca? Podobała mi się ta książka - może bez fajerwerków, ale to naprawdę solidnie napisana pozycja. Nie zawiodłam się.


                     Kolejny thriller przeczytany w październiku to „Czasami kłamię” – świeżynka, która pewnie sporo namiesza na rynku wydawniczym tej jesieni. Powiem tak - czytam dużo tego typu książek, a mimo tego autorce udało się mnie parę razy porządnie zaskoczyć – to bardzo na plus. Historię poznajemy na trzech płaszczyznach czasowych - najbardziej współczesnej, gdy główna bohaterka leży pogrążona w śpiączce w szpitalu, nieco dawniejszej, dotyczącej kilku dni sprzed wypadku oraz poprzez pryzmat wspomnień z dzieciństwa. Sporo tu niezłych plot-twistów, historia wciąga. Świetny thriller. Ścisła światowa czołówka.


                  Ponadto za mną trzy kolejne spotkania z Katarzyną Bereniką Miszczuk. Myślę, że "Żercy" nie ma co streszczać i zachwalać - kto czytał dwa poprzednie tomy z serii, ten na pewno i tak sięgnie. Natomiast jeszcze raz chcę Wam gorąco polecić cały cykl Kwiat paproci i napiszę tylko, że z każdym kolejnym tomem autorka trzyma poziom. Z niecierpliwością czekam na część czwartą i ostatnią - "Przesilenie" - już na początku przyszłego roku. Natomiast "Sekretnik Szeptuchy" pominę wymowną ciszą - srogo się rozczarowałam na tej pozycji, to takie typowe naciąganie czytelnika, żerowanie na popularności serii. Zero tu treści, jakieś głupawe psychotesty, kolorowanki, opisy roślin itd. Jedno słowo mi się nasuwa gdy myślę o tej pozycji - 'niepotrzebna'.


                        Natomiast w temacie halloweenowym gorąco polecam jedną z pierwszych powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk. 'Druga szansa" to historia z pogranicza horroru, osadzona w szpitalu psychiatrycznym. Mamy tu dziwne głosy dochodzące zza ścian, podejrzanych lekarzy, mroczny budynek i tajemnicę znikających pacjentów do rozwikłania. Są ciarki i jest klimat. Smaczek. 
poniedziałek, 25 września 2017 | By: Annie

"Dziesięć godzin" - Maria Nurowska

                     Ostatnio wybitnie deszczowa pogoda wyzwoliła we mnie nagły głód na rasową obyczajówkę, a konkretnie zatęskniłam za moim odkryciem sprzed dwóch lat, czyli gęstą prozą Marii Nurowskiej. Lubię formę jej twórczości – zawsze jest to około 200 stron historii o kobiecie na rozdrożu – miłosnym, życiowym, społecznym. Nie inaczej jest tym razem. Małgorzata to sędzia, która właśnie stoi przed najważniejszą decyzją w swojej karierze – wyrokiem w sprawie aresztu dla działacza opozycji w PRL - a jednocześnie przeżywa miłosne trzęsienie ziemi. Rozterki Małgorzaty przeplatają się z przygodami bohaterów „Mistrza i Małgorzaty”, którzy odwiedzają współczesną Polskę i postanawiają trochę oczyścić atmosferę społecznego fermentu. Książka jest niesamowicie aktualna politycznie, osadzona w wydarzeniach, o których na bieżąco mowa jest w telewizji czy prasie - walka o prawa kobiet, niszczenie przyrody, miesięcznice... Wielka szkoda, że scenariusz opisany przez Nurowską ma raczej małe szanse na spełnienie… 

                    Nie jest to najlepsza książka autorki – sporo tu fabularnego chaosu, skakania po wątkach i przemyśleniach - jej styl narracji trzeba po prostu lubić i akceptować, tak samo jak jej poglądy polityczne - mi osobiście bliskie. Niemniej daleko mi tu do zachwytu, jaki czułam przy okazji lektury „Innego życia nie będzie”, natomiast spędziłam przyjemny czas w towarzystwie tej książki. I nadal mam w planach przeczytać wszystko, co wyszło spod pióra Marii Nurowskiej – bez pośpiechu, na spokojnie i przez lata.
niedziela, 24 września 2017 | By: Annie

"Pusta noc" - Paulina Hendel

                  Kiedy w maju otrzymałam paczkę-niespodziankę od wydawnictwa ze „Żniwiarzem” w środku, natychmiast zaświeciły mi się oczy i powzięłam postanowienie – przeczytam od razu po obronie. Oczywiście wyszło inaczej i, jak to zwykle bywa, rzuciłam się na inne lektury – niemniej minęły ostatnie dni wakacji, a ja wreszcie przeczytałam tę książkę. Historia dotyczy 20-letnej Magdy, która pracuje w księgarni, a po godzinach pomaga wujowi walczyć z pradawnymi, słowiańskimi potworami. Czytało się w sumie dobrze, nawet się wciągnęłam, bowiem akcja ani na chwilę nie zwalnia. Trochę przeszkadzało mi, że jednak gdzieś między stronami czuć dość wyraźnie, że to książka dla nastolatków - ugrzeczniona i ugładzona - zarówno jeśli chodzi o sferę erotyczną, emocjonalną, jak również o zwroty akcji. Autorka, jakby nie chcąc zbyt zaskoczyć czy rozemocjonować czytelnika, już na samym początku nieco spoileruje i ujawnia część 'wielkiej' końcowej niespodzianki - zupełnie niepotrzebnie. Niemniej, co dla mnie samej jest sporym zaskoczeniem, ostatnio bardzo polubiłam mitologię słowiańską w literaturze i po prostu smakuje mi taka proza. Widzę też, że ta tematyka robi się coraz modniejsza – coraz więcej pozycji się ukazuje, co jednocześnie mnie cieszy (będzie co czytać), ale też natychmiast zapala mi się światełko ostrzegawcze w głowie – trzeba uważać, wybierać ostrożnie. Natomiast „Pusta noc” może nie do końca rzuciła mnie na kolana, ale czytałam z zainteresowaniem i spedziłam w jej towarzystwie miły czas. W porządku rozrywka, ale z podobnych lektur chyba jednak bardziej podobała mi się seria Kwiat paproci. 
poniedziałek, 18 września 2017 | By: Annie

"Obsesja" - Katarzyna Berenika Miszczuk

                   Dziś pogoda taka, że lepiej nosa nie wychylać spod koca, co też skrupulatnie planuję uczynić. Do tego kubek herbaty, relaksująca muzyka i oczywiście dobra książka. Nadeszła jesień - nie mam co do tego wątpliwości. Jak zawsze o tej porze roku z ciekawością przeglądam nowości oraz zapowiedzi wydawnicze na nadchodzące miesiące - jesień to zaraz obok targów w Warszawie, książkowo najgorętszy okres w roku. Szperam zatem, notuję, tworzę listy pozycji 'do przeczytania' i mnóstwo frajdy sprawia mi takie szykowanie zapasów wciągających, smakowitych powieści na długie, jesienne wieczory. Jeśli macie zwyczaje podobne do moich, to gorąco polecam, zaopatrzcie się w „Obsesję” – świeżynkę pióra Katarzyny Bereniki Miszczuk. Owa książka to historia pewnej rezydentki psychiatrii z warszawskiego szpitala, która zaplątana zostaje w zagadkę serii morderstw…

                     Uwielbiam poczucie humoru autorki i jej sympatyczne, nieco zakręcone bohaterki, a gdy do tego dołożyć jeszcze realistycznie oddane szpitalne klimaty – śmierdzące szafki w szatni, mroczne podziemia - oraz trafne obserwacje na temat pracy lekarzy - to otrzymujemy mieszankę doskonałą. Czytanie tej książki to była czysta przyjemność i rewelacyjna rozrywka. Historia trzyma w napięciu, momentami miałam ciarki na plecach i oderwać się nie mogłam, a jednocześnie chciałam czytać jak najwolniej – żeby na jak najdłużej mi starczyło. Jeden mam tylko zarzut – okładka – taka nijaka, romansidłowa, przeciętna… Ja bym tu widziała mroczny korytarz i oddalającą się postać w fartuchu... Niemniej wrażenia i tak mam baaardzo pozytywne. Czuję nawet lekkiego książkowego kaca i nie wiem co czytać dalej... Chcę jeszcze!!!
piątek, 15 września 2017 | By: Annie

"Szkoła żon" - Magdalena Witkiewicz

                    „Co ja czytam?!” – czyli myśl-motto kołacząca się w mojej głowie podczas lektury tej książki. Słowo daję - przekonana byłam, iż będzie to urocza komedia pomyłek z nutą obyczajowości – coś w klimacie „Awarii małżeńskiej” czy „Moralności pani Piontek”. A że bardzo lubię twórczość Magdaleny Witkiewicz – nie zawiodłam się jeszcze nigdy - to sięgnęłam bez czytania opisu na okładce. Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając sobie w najlepsze nagle odkryłam, że to… pikantny erotyk. Sam pomysł na historię jest bardzo ciekawy i oryginalny – kilka przypadkowych i bardzo różniących się od siebie kobiet decyduje się na trzytygodniowe wczasy w tytułowej Szkole żon - miejscu luksusowym, tajemniczym, gdzie pobyt ma sprawić, iż już żaden mężczyzna ich nie zrani...

                     Na wstępie od razu chcę zaznaczyć, iż nie jest to książka zła czy nudna – Magdalena Witkiewicz po prostu nie pisze kiepskich powieści. Natomiast nic nie poradzę na to, że ja po prostu nie lubię i nie czytuję erotyków - nie umiem zatem ocenić czy ta książka jest dobra czy nie w swoim gatunku. Na pewno nie jest to kolejna pozycja z kalki Grey’a – to na plus. Historia jest bardziej feministyczna (choć też nie do końca..) - opowiada o sile i niezależności kobiet. Niemniej nie podobało mi się... chyba po prostu nie mam potrzeby szukania takich doznań w literaturze, nie wiem, może z czasem to przyjdzie, a może nie. Na razie pasuję. Książka pewnie spodoba się fanom gatunku – ja do nich nie należę. :(
środa, 13 września 2017 | By: Annie

"Lata powyżej zera" - Anna Cieplak

                      Pierwsza książka na rynku o pokoleniu '00 – pokoleniu przejściowym, które dorastało wraz z pojawianiem się pierwszych telefonów komórkowych oraz coraz szybszego internetu – i podobno ostatnie, które bawiło się na trzepaku. ;) Główna bohaterka mieszka w zapomnianym przez świat Będzinie i próbuje jakoś po swojemu przetrwać te trudne, nastoletnie lata, w czym oczywiście pomaga jej muzyka - najpierw Ich Troje, potem Paktofonika, na końcu Radiohead – piosenki tych zespołów towarzyszą jej na kolejnych życiowych zakrętach. Fajnie było odbyć taką sentymentalną podróż w czasie, bo jednak mimo paroletniej różnicy wiekowej, która dzieli mnie od bohaterów książki, wiele rzeczy kojarzę i pamiętam z dzieciństwa – zarówno muzycznie, jak i życiowo – łączenie się z internetem przez kabel telefoniczny, pierwsza komórka – oczywiście Nokia 3310, żółte słoneczko i ten charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości na Gadu-Gadu. Ale z kolei ja nie poznałam MTV jeszcze sprzed zalewu głupich programów, ani też nie słuchałam takiej muzyki jak bohaterka, a o wielkiej fali emigracji słyszałam jedynie z telewizji, więc jednak nie do końca było z mojej strony możliwe pełne ‘wczucie’ się w tę historię. Powieść zaczyna się pięknie, mocnym akcentem - "Tego dnia, gdy samolot celnie wbił się w dwie wieże World Trade Center, wznosząc puchate chmury białoszarego dymu, postanowiłam, że nie będę już dłużej słuchała Ich Troje." 11 września to data, która bez wątpienia odcina się grubą kreską w pamięci nas wszystkich, dorastających w latach '00.

                      Mam problem z oceną tej książki – z jednej strony trochę zabrakło mi tu jednej linii fabularnej, jednego wątku, który zwierałby i zamykał tę historię w całość. Z drugiej strony takie pozorne nieuporządkowanie, wątki nie mające dalszego ciągu czy też postaci pojawiające się i odchodzące – właśnie tak wygląda życie i dzięki temu ta książka tak dobrze je imituje... Podobała mi się ta lektura – to dobra i zgrabnie napisana obyczajówka – duży smaczek dla czytelników, którzy pamiętają te czasy z własnej młodości. Coś innego, ciekawego – nie arcydzieło, ale gęsta, nietuzinkowa proza.
poniedziałek, 11 września 2017 | By: Annie

Czytanie w USA

                     Podczas wakacyjnej podróży po USA nie mogłam się oczywiście oprzeć przyjemności podglądania mojego ulubionego aspektu codzienności – czyli czytania. W innych miastach byłam zdecydowanie za krótko, żeby poczynić jakiekolwiek obserwacje, natomiast prawie cały tydzień spędzony w NY pozwolił mi stwierdzić, iż nowojorczycy czytają - dużo i namiętnie. Księgarnie nawet o 22 pełne są zaczytanych klientów, w metrze, w parkach niemalże każdy coś czyta – książkę, gazetę, kindla. Księgarnie oferują cały wachlarz przeróżnych spotkań z autorami, można się zapisać na warsztaty pisarskie, ‘książkowe randkowanie’ lub wykłady, a wśród regałów przechadzają się znajomi i przyjaciele wzajemnie polecając sobie książki, czy też dyskutując o przeczytanych już tytułach – miałam okazję podsłuchać kilka takich fascynujących rozmów. Co ciekawe, ich wizyta w księgarni została wpleciona w czas oczekiwania na seans w kinie czy późniejsze wyjście do restauracji – jako integralna część wspólnego spędzania czasu z drugą osobą. Mam wrażenie, że nowojorczycy starają się być bardzo na bieżąco z wszelkimi nagrodami literackimi, co przypomina mi księgarnie londyńskie – dzień po ogłoszeniu nominacji do Bookera pojawiły się stoły dedykowane finalistom. Czyta się tu również sporo klasyki – w każdej z księgarni widziałam stolik z książkami ambitnymi, ‘klasyką, którą każdy powinien znać’. Książki odgrywają ważną rolę w życiu Amerykanów – to widać nie tylko w statystykach.

New Haven, księgarnia Yale
Polecane na wakacje
Księgarnia Yale, ciąg dalszy

                         W trakcie zwiedzania wschodniego wybrzeża odwiedziłam sporo księgarni (kilka sieciówek Barnes&Noble, księgarnię Harvardu, odkryty przypadkiem, uroczy antykwariat w East Village), ale to oczywiście legendarny, nowojorski Strand odcisnął się w moim umyśle przepięknymi wspomnieniami i to właśnie tam zakupiłam prawie wszystkie pozycje z mojego amerykańskiego stosiku.


Uliczna biblioteka w Bostonie
Księgarnia Harvardu

Antykwariat w East Village


                             Strand to powstała w 1927 roku prawdziwa nowojorska legenda, mekka czytelników z całego świata – olbrzymia, niezwykle klimatyczna księgarnia reklamująca się jako 18 mil książek – podobno jest ich jeszcze więcej, choć nikomu nie chce się liczyć raz jeszcze. ;) Faktycznie, rozmiary ma imponujące – 4 piętra wypełnione po brzegi wszelkiego rodzaju literaturą. Co ciekawe, żeby pracować w Strandzie trzeba zdać specjalny, podobno bardzo trudny egzamin z literatury. Przyznam, że ja weszłam do środka i zgłupiałam – w którą stronę iść, który regał obejrzeć najpierw... W rezultacie w byłam tam codziennie, a i tak mi mało – nie przejrzałam nawet ułamka tego, co chciałam... Warto zaznaczyć, iż książki w Stanach są naprawdę bardzo drogie – myślę, że co najmniej 2-3 razy droższe niż w Polsce. Dla przykładu cienka (210 stron, choć wydana w twardej oprawie) książka Lauren Graham kosztuje 28$, czyli około 100 złotych. Natomiast, co dla Strandu wyjątkowe i co ratuje kieszeń czytelnika  – używane książki stoją tu na półkach przemieszane z nowiutkimi egzemplarzami – czasami ciężko je rozróżnić wizualnie, choć różnią się oczywiście ceną. I tak większość pozycji ze stosu zakupiłam właśnie jako 'used books', za połowę ceny okładkowej, choć przyznam, że wyglądają zupełnie jak nowe. A w jednej z używanych książek czekała na mnie fantastyczna niespodzianka, którą odkryłam dopiero po powrocie – autograf Lauren Graham!

Strand - przed wejściem
I w środku...


Ostatnie piętro zajmują antykwaryczne perełki...
Tu pierwsze wydanie "Przeminęło z wiatrem"!!!


                          Wsiadając do samolotu miałam oczywiście notes z listą pozycji do kupienia – i niemalże wszystkie tytuły udało mi się zdobyć. Upolowałam trzy lekkie czytadła na jesienno-zimowe wieczory (Kinsella&Bushnell), gdyż chick lit zawsze smakuje mi najlepiej właśnie po angielsku. Skusiłam się również na jeden thriller dziejący się na pokładzie statku oraz wspomnianą już autobiografię Lauren Graham. Ponadto clou programu - czyli dwie perełki z Nowym Jorkiem w tle - legendarna powieść "A Tree Grows in Brooklyn" oraz reportaże o nietuzinkowych nowojorczykach "Up in the Old Hotel" - szczerze mówiąc dziwię się, że żaden polski wydawca nie zdecydował się dotychczas na przetłumaczenie tych pozycji... Do stosika dołączyły też eseje o literaturze Anne Fadiman (czytałam je po polsku, ale bardzo chciałam mieć własny, papierowy egzemplarz) oraz pewna wyjątkowa pozycja - rocznicowy prezent od męża. Nie ma jej na zdjęciu, a wiąże się ona z pewnym sekretnym projektem na jesień... Ale o tym innym razem...:)


c.d.n...
niedziela, 3 września 2017 | By: Annie

"Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy" - Paweł Reszka

                     Przestałam oglądać wiadomości w telewizji, co więcej - godzina włączonego TVN24, a już mam ochotę wyrzucić telewizor przez okno. Nie dlatego, że nie interesuje mnie otaczający świat, wręcz przeciwnie - po prostu poraża mnie telewizyjna arogancja, mierzi chamstwo, irytuje brak szacunku i kultury prezentowany w większości programów publicystycznych. Szczerze nie znoszę też tego sensacyjnego stylu narracji, robienia z pierwszego z brzegu tematu ‘sensacji dnia’. I chyba właśnie dlatego tak bardzo podobają mi się reportaże Pawła Reszki – to dopiero drugi, który przeczytałam, ale w moich oczach autor urasta do rangi jednego z ulubionych reportażystów. Bowiem portretuje świat, sprawy ważne, ogólnospołeczne, ale ich nie ocenia, nie szuka afery i łatwych, medialnych uproszczeń – po prostu pisze jak jest. Czytelnik sam ma wyciągnąć wnioski, sam dojść do pewnych myśli, konkluzji. „Chciwość” to rozmowy z bankierami, agentami ubezpieczeniowymi, finansistami – o tym, jak w latach '00 urosła bańka spekulacyjna, która pękła z hukiem w 2008 roku. O nadużyciach, oszustwach ze strony bankierów, ale też o beztrosce, chciwości i bezmyślności klientów. Nie ma tu prostych rozwiązań, podanej na tacy recepty - bo rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana - i autorowi udało się to uchwycić. Zamiast obejrzeć dwa przeciętne programy na ten temat, w których trzej panowie siedzą w studio, przekrzykują się i kłócą, warto moim zdaniem po prostu sięgnąć po tę książkę. Ona wyjaśnia wszystko – na spokojnie, merytorycznie, bezstronnie - uzupełnia wiedzę. Świetna pozycja!
sobota, 2 września 2017 | By: Annie

"Na linii świata" - Manuela Gretkowska

                      No i mamy wrzesień… Czuć już zmianę w powietrzu – dłuższe wieczory, chłodniejsze poranki… żółkną liście za oknem. Dla mnie osobiście to piękny czas - dużo czytam i zwyczajnie cieszę się spokojną codziennością w domu. Przede mną cały miesiąc wakacji, a będzie jeszcze lepiej – na tę jesień i towarzyszące jej wyzwania oraz wielkie plany czekam z niecierpliwością. Zmieniająca się pora roku ewidentnie przekłada się na fakt, iż zatęskniłam za obyczajówkami oraz ciepłymi, pozytywnymi czytadłami. Za gęstą, wielobarwną prozą, która przeniesie mnie w inne miejsca, w inne emocje i światy podczas nadchodzących ciemnych, jesiennych wieczorów. Uwielbiam. Jednak na razie podchodzę ostrożnie – po wakacyjnej przerwie do czytania tego typu książek wracam powoli, nic na siłę. Po nową powieść Gretkowskiej sięgnęłam w ramach rozgrzewki.

                      „Na linii świata” to historia studentki, która dorabiając na internetowej seks-kamerce poznaje informatyka z okolic San Francisco. Tom zaprasza ją, aby zajęła się jego autystycznym synem, ale przyjazd Nataszy zbiega się z przełomowym odkryciem dotyczącym komputerów kwantowych, co wyzwala kaskadę niespodziewanych wypadków – które obejmą cały świat. Okładka – cudo. Natomiast jeśli chodzi o styl pisania to jest on niesamowicie chaotyczny, książka powstała jakby na kolanie – ewidentnie zabrakło tu chwili namysłu, oddechu, przemyślenia w temacie ‘co chcę przekazać za pomocą tej historii’. Trochę nie rozumiem kreowania Gretkowskiej na polskiego Houellebecqa – czyli po prostu dorabiania do bardzo przeciętnej obyczajówki jakiś genialnych teorii, idei – no przepraszam, ale czytelnik aż tak głupi nie jest - gołym okiem widać, że to jednak zupełnie nie ten poziom, nie ta liga. W rezultacie blurb na okładce wygląda kpiąco, ironicznie, niemal prześmiewczo... Jednak najbardziej irytujące było dla mnie mieszanie fizyki kwantowej z metafizyką – w momentach, w których autorka albo nie chciała, albo nie potrafiła wyjaśnić czytelnikowi o co tak naprawdę z tymi komputerami kwantowymi chodzi. Takie omijanie tematu, owijanie go w bawełnę, pisanie o jakimś ‘kwantowym zbawieniu’ - jakby wystarczyło napisać słowo ‘kwantowy’ i można od razu wcisnąć czytelnikowi każdą bajkę o paranormalnych wszechświatach, ożywających zmarłych itd. Jako, że męczyłam się z mechaniką kwantową pół roku na studiach, a także mój mąż zna się na tym zagadnieniu naprawdę dobrze i często opowiada mi ciekawostki na ten temat, to po prostu nie jestem w stanie przełknąć takich bredni – nawet pod płaszczykiem literackiej fikcji. W rezultacie po lekturze miałam wrażenie jakby ktoś mój mózg przeciągnął przez wyżymaczkę, zmiął go, wymęczył... Jakieś psychodeliczne wizje, skakanie po wątkach - nie wiem co autorka brała, ale nie powinna po tym siadać do pisania. Ufff, męczarnie.

                      "Na linii świata" to książka słaba - lektura tylko dla tych, którzy Gretkowską i jej styl pisania już lubią oraz chętnie czytują, dla wiernych (a najlepiej bezkrytycznych ;)) fanów - bo wątpię, żeby tą powieścią była w stanie przekonać kogokolwiek nowego do swojego pisarstwa. Moim zdaniem jest to pozycja przede wszystkim niedopracowana – to mój główny zarzut, mimo całkiem fajnego klimatu oraz intrygującego pomysłu. Akurat miałam ochotę na coś obyczajowego, byłam również wygłodniała tego typu prozy, więc w zasadzie zadowoliłoby mnie 'byle co', ale jednak uczucia względem tej książki mam bardzo, bardzo letnie…


czwartek, 31 sierpnia 2017 | By: Annie

"Kocha, lubi, szpieguje" - Joanna Szarańska

                       Guilty pleasure, słodki relaks, beztroskie czytadło. Miała to być moja papierowa książka ‘do wanny’ (nadal się boję, że utopię Kindla ;)), ale tak mnie wciągnęła, że czytałam ją również wieczorem w łóżku, następnego dnia do śniadania i także podczas spaceru z mężem – aż skończyłam. „Kocha, lubi, szpieguje” to druga część serii o uroczej, ciągle wpadającej w tarapaty Kalinie (w malinach ;)). Pierwszą część polecałam entuzjastycznie tutaj i w zasadzie nie ma co sięgać po jej kontynuację właśnie bez znajomości „I że ci nie odpuszczę”. Nie dlatego, że nie złapiecie zawiłości fabuły, ale po prostu zepsujecie sobie przyjemność poznawania tej serii od początku – a jeśli szukacie beztroskiej, nieprzesłodzonej i nietuzinkowej rozrywki to naprawdę warto. "Kocha, lubi, szpieguje" to bowiem lekkie, zabawne i z humorem oraz polotem napisane czytadło - wątek kryminalny i dworkowo-wiejskie klimaty dodają mu smaku. Oczywiście żadne to arcydzieło, ale czasami głowa potrzebuje odpoczynku i przewietrzenia, a wtedy właśnie takie powieści przychodzą z pomocą. Wiem jak ciężko w tłumie podobnych, ładnych okładek wyłowić coś naprawdę fajnego, nieogłupiającego - ja osobiście jestem tą serią zauroczona, polecam gorąco i już zacieram rączki na myśl o tomie trzecim (i ostatnim… chyba?).
wtorek, 29 sierpnia 2017 | By: Annie

"Prezent" - Louise Jensen

                      Dawno nie trafiłam na żaden naprawdę słaby thriller, więc podświadomie trochę się boję i czekam na ten moment, kiedy wreszcie się sparzę na którejś ze świeżynek. Na szczęście „Prezent” – pachnąca nowość wydawnicza - spodobał mi się. Co prawda nie jest to taki zachwyt, jak w przypadku kilku moich ostatnich thrillerowych lektur, ale spędziłam w towarzystwie tej książki całkiem miły czas. 

                    Owa pozycja to historia Jenny, która dzięki przeszczepowi dostaje szansę na nowe życie. Niestety, wraz z nowym sercem otrzymuje również niepokojące wspomnienia zachowane w pamięci komórkowej – okazuje się, że śmierć jej dawczyni jest bardziej tajemnicza, niż mogłoby się z początku wydawać... Trochę gryzł mnie ten wątek paramedyczno-paranormalny (zboczenie zawodowe ;)), niemniej kiedy go zignorować, otrzymujemy naprawdę solidny thriller – może ciut rozwleczony i z za dużą ilością bocznych rozgałęzień fabuły – przyznam, że moja uwaga uleciała gdzieś w bok w pewnym momencie – ale też dopracowany, wciągający i ciekawy. Nie arcydzieło, ale też daleko tu do jakiegokolwiek zawodu czy rozczarowania. Podobało mi się i myślę, że sięgnę również po inne książki tej autorki.
czwartek, 24 sierpnia 2017 | By: Annie

"Wezbrane wody" - Danielle Steel

                  Po ostatnim maratonie horrorowo-thrillerowym zapragnęłam lektury miłej i słodkiej. Odmóżdżającej. Na ratunek ochoczo przybiegła mi Danielle Steel – może nie uwierzycie, ale to moje pierwsze spotkanie z tą autorką w życiu! Owiana legendą, obśmiewana jako symbol kiczu i romansu – od dawna chciałam się przekonać czy naprawdę jest aż tak źle. ;) Jedno jest pewne – ta pani jest od dziś moją idolką – urodzić 9 dzieci, jednocześnie napisać 120 książek… wow!

                  Na „Wezbrane wody” zdecydowałam się z dwóch względów – po pierwsze Nowy Jork (ta okładka!). Po drugie huragan – uwielbiam takie katastroficzne klimaty, co idealnie zgrało mi się z falą burz i ochłodzeniem nadciągającym nad Warszawę w ostatnich dniach. Jestem zaskoczona, że stosunkowo mało tu romansu, a dużo obyczajowości – owa powieść to ukazane losy kilku przebywających w Nowym Jorku osób w obliczu nadciągającego kataklizmu. Oczywiście nie jest to obyczajowość w wydaniu McEwana czy Oates, ale taka mocno ugładzona, uproszczona, serialowa. Początek podobał mi się baaardzo, niestety ostatnie 100 stron było już raczej mocno przegadane, rozwleczone, choć jednocześnie miało to swój cel – zżyłam się z bohaterami. Język prosty, sporo powtórzeń. Niemniej chciałam lekkiego, niewymagającego, optymistycznego czytadła – i właśnie takie otrzymałam, więc nie zamierzam narzekać i pisać jaka to mało ambitna literatura itd. Uważam, że jeśli ktoś świadomie sięga po prozę pani Steel, czy jakikolwiek inny romans lub kobiece czytadło, to nie ma prawa oczekiwać literatury godnej Nobla, a następnie marudzić, psioczyć, obśmiewać jakie to 'płytkie' i 'przewidywalne'. W swojej kategorii ta powieść jest naprawdę niezła, otula ciepłem, krzepi, relaksuje - wszystko to kwestia oczekiwań co do roli książki - ta na pewno spełniła swoje zadanie i ja pani Steel uwierzyłam. Co prawda na razie nie planuję sięgać po kolejne książki jej pióra – ale wiadomo, skoro tak napisałam, to pewnie zrobię na opak .;) W każdym razie pierwsze spotkanie zaliczam do bezbolesnych i całkiem przyjemnych. Odwiedziłam krainę romansu, zapuściłam się na rejony dotychczas mi nieznane, ale wróciłam cała, zdrowa, a nawet uśmiechnięta i zadowolona (co z tego, że trochę obsypana różem i z lekko otumanionym mózgiem). A teraz pora na kolejny thriller. Ufff!
środa, 23 sierpnia 2017 | By: Annie

"Czarna Madonna" - Remigiusz Mróz

                   Zawsze fascynowała mnie tematyka samolotów – czy to wszelkie wspomnienia stewardess, wyznania pilotów, czy też kryminały dziejące się na pokładzie – specjalnie zachęcać mnie nie trzeba – wystarczy samolot na okładce, a ja już biegnę czytać. Tym samym z wielką radością odkryłam w skrzynce pocztowej najnowszą książkę Remigiusza Mroza - horror - niespodziankę od wydawnictwa. Specjalnie odłożyłam jej lekturę na powrót ze Stanów – nie chciałam trząść się ze strachu podczas lotu. ;) Jak się okazało, niepotrzebnie czekałam, bo choć strachliwa jestem okropnie, to czytając "Czarną Madonnę" nie bałam się ani chwili.

                      Przyznam, że początkowo spodziewałam się czegoś bardziej w stylu lotniczego thrillera (łącznie z kradzieżą obrazu z Jasnej Góry - tak to sobie wyobrażałam ;)), a otrzymałam natomiast satanistyczne wizje, plucie smołą, opętania, podróże w czasie, religijne śledztwo itd. Taki trochę paranormalny Dan Brown – czyta się super, sprawnie, ale wiadomo – ambitna literatura to nie jest ;). Daję plusa za oryginalność - bowiem czegoś takiego jeszcze w swojej karierze nie czytałam. Natomiast minus za zakończenie - trochę zbyt dziwne jak na mój gust, przekombinowane. Ogólnie szału nie ma, ale też czytałam bez bólu – ot, ciekawa byłam co to za książka (reklama zrobiła swoje) i miałam rozrywkę na parę godzin. Ani zachwyt, ani wielkie rozczarowanie – mam nijakie odczucia. Można przeczytać, ale zdecydowanie nie trzeba – ot, cała prawda o tej książce.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...