poniedziałek, 25 września 2017 | By: Annie

"Dziesięć godzin" - Maria Nurowska

                     Ostatnio wybitnie deszczowa pogoda wyzwoliła we mnie nagły głód na rasową obyczajówkę, a konkretnie zatęskniłam za moim odkryciem sprzed dwóch lat, czyli gęstą prozą Marii Nurowskiej. Lubię formę jej twórczości – zawsze jest to około 200 stron historii o kobiecie na rozdrożu – miłosnym, życiowym, społecznym. Nie inaczej jest tym razem. Małgorzata to sędzia, która właśnie stoi przed najważniejszą decyzją w swojej karierze – wyrokiem w sprawie aresztu dla działacza opozycji w PRL - a jednocześnie przeżywa miłosne trzęsienie ziemi. Rozterki Małgorzaty przeplatają się z przygodami bohaterów „Mistrza i Małgorzaty”, którzy odwiedzają współczesną Polskę i postanawiają trochę oczyścić atmosferę społecznego fermentu. Książka jest niesamowicie aktualna politycznie, osadzona w wydarzeniach, o których na bieżąco mowa jest w telewizji czy prasie - walka o prawa kobiet, niszczenie przyrody, miesięcznice... Wielka szkoda, że scenariusz opisany przez Nurowską ma raczej małe szanse na spełnienie… 

                    Nie jest to najlepsza książka autorki – sporo tu fabularnego chaosu, skakania po wątkach i przemyśleniach - jej styl narracji trzeba po prostu lubić i akceptować, tak samo jak jej poglądy polityczne - mi osobiście bliskie. Niemniej daleko mi tu do zachwytu, jaki czułam przy okazji lektury „Innego życia nie będzie”, natomiast spędziłam przyjemny czas w towarzystwie tej książki. I nadal mam w planach przeczytać wszystko, co wyszło spod pióra Marii Nurowskiej – bez pośpiechu, na spokojnie i przez lata.
niedziela, 24 września 2017 | By: Annie

"Pusta noc" - Paulina Hendel

                  Kiedy w maju otrzymałam paczkę-niespodziankę od wydawnictwa ze „Żniwiarzem” w środku, natychmiast zaświeciły mi się oczy i powzięłam postanowienie – przeczytam od razu po obronie. Oczywiście wyszło inaczej i, jak to zwykle bywa, rzuciłam się na inne lektury – niemniej minęły ostatnie dni wakacji, a ja wreszcie przeczytałam tę książkę. Historia dotyczy 20-letnej Magdy, która pracuje w księgarni, a po godzinach pomaga wujowi walczyć z pradawnymi, słowiańskimi potworami. Czytało się w sumie dobrze, nawet się wciągnęłam, bowiem akcja ani na chwilę nie zwalnia. Trochę przeszkadzało mi, że jednak gdzieś między stronami czuć dość wyraźnie, że to książka dla nastolatków - ugrzeczniona i ugładzona - zarówno jeśli chodzi o sferę erotyczną, emocjonalną, jak również o zwroty akcji. Autorka, jakby nie chcąc zbyt zaskoczyć czy rozemocjonować czytelnika, już na samym początku nieco spoileruje i ujawnia część 'wielkiej' końcowej niespodzianki - zupełnie niepotrzebnie. Niemniej, co dla mnie samej jest sporym zaskoczeniem, ostatnio bardzo polubiłam mitologię słowiańską w literaturze i po prostu smakuje mi taka proza. Widzę też, że ta tematyka robi się coraz modniejsza – coraz więcej pozycji się ukazuje, co jednocześnie mnie cieszy (będzie co czytać), ale też natychmiast zapala mi się światełko ostrzegawcze w głowie – trzeba uważać, wybierać ostrożnie. Natomiast „Pusta noc” może nie do końca rzuciła mnie na kolana, ale czytałam z zainteresowaniem i spedziłam w jej towarzystwie miły czas. W porządku rozrywka, ale z podobnych lektur chyba jednak bardziej podobała mi się seria Kwiat paproci. 
poniedziałek, 18 września 2017 | By: Annie

"Obsesja" - Katarzyna Berenika Miszczuk

                   Dziś pogoda taka, że lepiej nosa nie wychylać spod koca, co też skrupulatnie planuję uczynić. Do tego kubek herbaty, relaksująca muzyka i oczywiście dobra książka. Nadeszła jesień - nie mam co do tego wątpliwości. Jak zawsze o tej porze roku z ciekawością przeglądam nowości oraz zapowiedzi wydawnicze na nadchodzące miesiące - jesień to zaraz obok targów w Warszawie, książkowo najgorętszy okres w roku. Szperam zatem, notuję, tworzę listy pozycji 'do przeczytania' i mnóstwo frajdy sprawia mi takie szykowanie zapasów wciągających, smakowitych powieści na długie, jesienne wieczory. Jeśli macie zwyczaje podobne do moich, to gorąco polecam, zaopatrzcie się w „Obsesję” – świeżynkę pióra Katarzyny Bereniki Miszczuk. Owa książka to historia pewnej rezydentki psychiatrii z warszawskiego szpitala, która zaplątana zostaje w zagadkę serii morderstw…

                     Uwielbiam poczucie humoru autorki i jej sympatyczne, nieco zakręcone bohaterki, a gdy do tego dołożyć jeszcze realistycznie oddane szpitalne klimaty – śmierdzące szafki w szatni, mroczne podziemia - oraz trafne obserwacje na temat pracy lekarzy - to otrzymujemy mieszankę doskonałą. Czytanie tej książki to była czysta przyjemność i rewelacyjna rozrywka. Historia trzyma w napięciu, momentami miałam ciarki na plecach i oderwać się nie mogłam, a jednocześnie chciałam czytać jak najwolniej – żeby na jak najdłużej mi starczyło. Jeden mam tylko zarzut – okładka – taka nijaka, romansidłowa, przeciętna… Ja bym tu widziała mroczny korytarz i oddalającą się postać w fartuchu... Niemniej wrażenia i tak mam baaardzo pozytywne. Czuję nawet lekkiego książkowego kaca i nie wiem co czytać dalej... Chcę jeszcze!!!
piątek, 15 września 2017 | By: Annie

"Szkoła żon" - Magdalena Witkiewicz

                    „Co ja czytam?!” – czyli myśl-motto kołacząca się w mojej głowie podczas lektury tej książki. Słowo daję - przekonana byłam, iż będzie to urocza komedia pomyłek z nutą obyczajowości – coś w klimacie „Awarii małżeńskiej” czy „Moralności pani Piontek”. A że bardzo lubię twórczość Magdaleny Witkiewicz – nie zawiodłam się jeszcze nigdy - to sięgnęłam bez czytania opisu na okładce. Możecie sobie zatem wyobrazić moje zdumienie, gdy czytając sobie w najlepsze nagle odkryłam, że to… pikantny erotyk. Sam pomysł na historię jest bardzo ciekawy i oryginalny – kilka przypadkowych i bardzo różniących się od siebie kobiet decyduje się na trzytygodniowe wczasy w tytułowej Szkole żon - miejscu luksusowym, tajemniczym, gdzie pobyt ma sprawić, iż już żaden mężczyzna ich nie zrani...

                     Na wstępie od razu chcę zaznaczyć, iż nie jest to książka zła czy nudna – Magdalena Witkiewicz po prostu nie pisze kiepskich powieści. Natomiast nic nie poradzę na to, że ja po prostu nie lubię i nie czytuję erotyków - nie umiem zatem ocenić czy ta książka jest dobra czy nie w swoim gatunku. Na pewno nie jest to kolejna pozycja z kalki Grey’a – to na plus. Historia jest bardziej feministyczna (choć też nie do końca..) - opowiada o sile i niezależności kobiet. Niemniej nie podobało mi się... chyba po prostu nie mam potrzeby szukania takich doznań w literaturze, nie wiem, może z czasem to przyjdzie, a może nie. Na razie pasuję. Książka pewnie spodoba się fanom gatunku – ja do nich nie należę. :(
środa, 13 września 2017 | By: Annie

"Lata powyżej zera" - Anna Cieplak

                      Pierwsza książka na rynku o pokoleniu '00 – pokoleniu przejściowym, które dorastało wraz z pojawianiem się pierwszych telefonów komórkowych oraz coraz szybszego internetu – i podobno ostatnie, które bawiło się na trzepaku. ;) Główna bohaterka mieszka w zapomnianym przez świat Będzinie i próbuje jakoś po swojemu przetrwać te trudne, nastoletnie lata, w czym oczywiście pomaga jej muzyka - najpierw Ich Troje, potem Paktofonika, na końcu Radiohead – piosenki tych zespołów towarzyszą jej na kolejnych życiowych zakrętach. Fajnie było odbyć taką sentymentalną podróż w czasie, bo jednak mimo paroletniej różnicy wiekowej, która dzieli mnie od bohaterów książki, wiele rzeczy kojarzę i pamiętam z dzieciństwa – zarówno muzycznie, jak i życiowo – łączenie się z internetem przez kabel telefoniczny, pierwsza komórka – oczywiście Nokia 3310, żółte słoneczko i ten charakterystyczny dźwięk przychodzącej wiadomości na Gadu-Gadu. Ale z kolei ja nie poznałam MTV jeszcze sprzed zalewu głupich programów, ani też nie słuchałam takiej muzyki jak bohaterka, a o wielkiej fali emigracji słyszałam jedynie z telewizji, więc jednak nie do końca było z mojej strony możliwe pełne ‘wczucie’ się w tę historię. Powieść zaczyna się pięknie, mocnym akcentem - "Tego dnia, gdy samolot celnie wbił się w dwie wieże World Trade Center, wznosząc puchate chmury białoszarego dymu, postanowiłam, że nie będę już dłużej słuchała Ich Troje." 11 września to data, która bez wątpienia odcina się grubą kreską w pamięci nas wszystkich, dorastających w latach '00.

                      Mam problem z oceną tej książki – z jednej strony trochę zabrakło mi tu jednej linii fabularnej, jednego wątku, który zwierałby i zamykał tę historię w całość. Z drugiej strony takie pozorne nieuporządkowanie, wątki nie mające dalszego ciągu czy też postaci pojawiające się i odchodzące – właśnie tak wygląda życie i dzięki temu ta książka tak dobrze je imituje... Podobała mi się ta lektura – to dobra i zgrabnie napisana obyczajówka – duży smaczek dla czytelników, którzy pamiętają te czasy z własnej młodości. Coś innego, ciekawego – nie arcydzieło, ale gęsta, nietuzinkowa proza.
poniedziałek, 11 września 2017 | By: Annie

Czytanie w USA

                     Podczas wakacyjnej podróży po USA nie mogłam się oczywiście oprzeć przyjemności podglądania mojego ulubionego aspektu codzienności – czyli czytania. W innych miastach byłam zdecydowanie za krótko, żeby poczynić jakiekolwiek obserwacje, natomiast prawie cały tydzień spędzony w NY pozwolił mi stwierdzić, iż nowojorczycy czytają - dużo i namiętnie. Księgarnie nawet o 22 pełne są zaczytanych klientów, w metrze, w parkach niemalże każdy coś czyta – książkę, gazetę, kindla. Księgarnie oferują cały wachlarz przeróżnych spotkań z autorami, można się zapisać na warsztaty pisarskie, ‘książkowe randkowanie’ lub wykłady, a wśród regałów przechadzają się znajomi i przyjaciele wzajemnie polecając sobie książki, czy też dyskutując o przeczytanych już tytułach – miałam okazję podsłuchać kilka takich fascynujących rozmów. Co ciekawe, ich wizyta w księgarni została wpleciona w czas oczekiwania na seans w kinie czy późniejsze wyjście do restauracji – jako integralna część wspólnego spędzania czasu z drugą osobą. Mam wrażenie, że nowojorczycy starają się być bardzo na bieżąco z wszelkimi nagrodami literackimi, co przypomina mi księgarnie londyńskie – dzień po ogłoszeniu nominacji do Bookera pojawiły się stoły dedykowane finalistom. Czyta się tu również sporo klasyki – w każdej z księgarni widziałam stolik z książkami ambitnymi, ‘klasyką, którą każdy powinien znać’. Książki odgrywają ważną rolę w życiu Amerykanów – to widać nie tylko w statystykach.

New Haven, księgarnia Yale
Polecane na wakacje
Księgarnia Yale, ciąg dalszy

                         W trakcie zwiedzania wschodniego wybrzeża odwiedziłam sporo księgarni (kilka sieciówek Barnes&Noble, księgarnię Harvardu, odkryty przypadkiem, uroczy antykwariat w East Village), ale to oczywiście legendarny, nowojorski Strand odcisnął się w moim umyśle przepięknymi wspomnieniami i to właśnie tam zakupiłam prawie wszystkie pozycje z mojego amerykańskiego stosiku.


Uliczna biblioteka w Bostonie
Księgarnia Harvardu

Antykwariat w East Village


                             Strand to powstała w 1927 roku prawdziwa nowojorska legenda, mekka czytelników z całego świata – olbrzymia, niezwykle klimatyczna księgarnia reklamująca się jako 18 mil książek – podobno jest ich jeszcze więcej, choć nikomu nie chce się liczyć raz jeszcze. ;) Faktycznie, rozmiary ma imponujące – 4 piętra wypełnione po brzegi wszelkiego rodzaju literaturą. Co ciekawe, żeby pracować w Strandzie trzeba zdać specjalny, podobno bardzo trudny egzamin z literatury. Przyznam, że ja weszłam do środka i zgłupiałam – w którą stronę iść, który regał obejrzeć najpierw... W rezultacie w byłam tam codziennie, a i tak mi mało – nie przejrzałam nawet ułamka tego, co chciałam... Warto zaznaczyć, iż książki w Stanach są naprawdę bardzo drogie – myślę, że co najmniej 2-3 razy droższe niż w Polsce. Dla przykładu cienka (210 stron, choć wydana w twardej oprawie) książka Lauren Graham kosztuje 28$, czyli około 100 złotych. Natomiast, co dla Strandu wyjątkowe i co ratuje kieszeń czytelnika  – używane książki stoją tu na półkach przemieszane z nowiutkimi egzemplarzami – czasami ciężko je rozróżnić wizualnie, choć różnią się oczywiście ceną. I tak większość pozycji ze stosu zakupiłam właśnie jako 'used books', za połowę ceny okładkowej, choć przyznam, że wyglądają zupełnie jak nowe. A w jednej z używanych książek czekała na mnie fantastyczna niespodzianka, którą odkryłam dopiero po powrocie – autograf Lauren Graham!

Strand - przed wejściem
I w środku...


Ostatnie piętro zajmują antykwaryczne perełki...
Tu pierwsze wydanie "Przeminęło z wiatrem"!!!


                          Wsiadając do samolotu miałam oczywiście notes z listą pozycji do kupienia – i niemalże wszystkie tytuły udało mi się zdobyć. Upolowałam trzy lekkie czytadła na jesienno-zimowe wieczory (Kinsella&Bushnell), gdyż chick lit zawsze smakuje mi najlepiej właśnie po angielsku. Skusiłam się również na jeden thriller dziejący się na pokładzie statku oraz wspomnianą już autobiografię Lauren Graham. Ponadto clou programu - czyli dwie perełki z Nowym Jorkiem w tle - legendarna powieść "A Tree Grows in Brooklyn" oraz reportaże o nietuzinkowych nowojorczykach "Up in the Old Hotel" - szczerze mówiąc dziwię się, że żaden polski wydawca nie zdecydował się dotychczas na przetłumaczenie tych pozycji... Do stosika dołączyły też eseje o literaturze Anne Fadiman (czytałam je po polsku, ale bardzo chciałam mieć własny, papierowy egzemplarz) oraz pewna wyjątkowa pozycja - rocznicowy prezent od męża. Nie ma jej na zdjęciu, a wiąże się ona z pewnym sekretnym projektem na jesień... Ale o tym innym razem...:)


c.d.n...
niedziela, 3 września 2017 | By: Annie

"Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy" - Paweł Reszka

                     Przestałam oglądać wiadomości w telewizji, co więcej - godzina włączonego TVN24, a już mam ochotę wyrzucić telewizor przez okno. Nie dlatego, że nie interesuje mnie otaczający świat, wręcz przeciwnie - po prostu poraża mnie telewizyjna arogancja, mierzi chamstwo, irytuje brak szacunku i kultury prezentowany w większości programów publicystycznych. Szczerze nie znoszę też tego sensacyjnego stylu narracji, robienia z pierwszego z brzegu tematu ‘sensacji dnia’. I chyba właśnie dlatego tak bardzo podobają mi się reportaże Pawła Reszki – to dopiero drugi, który przeczytałam, ale w moich oczach autor urasta do rangi jednego z ulubionych reportażystów. Bowiem portretuje świat, sprawy ważne, ogólnospołeczne, ale ich nie ocenia, nie szuka afery i łatwych, medialnych uproszczeń – po prostu pisze jak jest. Czytelnik sam ma wyciągnąć wnioski, sam dojść do pewnych myśli, konkluzji. „Chciwość” to rozmowy z bankierami, agentami ubezpieczeniowymi, finansistami – o tym, jak w latach '00 urosła bańka spekulacyjna, która pękła z hukiem w 2008 roku. O nadużyciach, oszustwach ze strony bankierów, ale też o beztrosce, chciwości i bezmyślności klientów. Nie ma tu prostych rozwiązań, podanej na tacy recepty - bo rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana - i autorowi udało się to uchwycić. Zamiast obejrzeć dwa przeciętne programy na ten temat, w których trzej panowie siedzą w studio, przekrzykują się i kłócą, warto moim zdaniem po prostu sięgnąć po tę książkę. Ona wyjaśnia wszystko – na spokojnie, merytorycznie, bezstronnie - uzupełnia wiedzę. Świetna pozycja!
sobota, 2 września 2017 | By: Annie

"Na linii świata" - Manuela Gretkowska

                      No i mamy wrzesień… Czuć już zmianę w powietrzu – dłuższe wieczory, chłodniejsze poranki… żółkną liście za oknem. Dla mnie osobiście to piękny czas - dużo czytam i zwyczajnie cieszę się spokojną codziennością w domu. Przede mną cały miesiąc wakacji, a będzie jeszcze lepiej – na tę jesień i towarzyszące jej wyzwania oraz wielkie plany czekam z niecierpliwością. Zmieniająca się pora roku ewidentnie przekłada się na fakt, iż zatęskniłam za obyczajówkami oraz ciepłymi, pozytywnymi czytadłami. Za gęstą, wielobarwną prozą, która przeniesie mnie w inne miejsca, w inne emocje i światy podczas nadchodzących ciemnych, jesiennych wieczorów. Uwielbiam. Jednak na razie podchodzę ostrożnie – po wakacyjnej przerwie do czytania tego typu książek wracam powoli, nic na siłę. Po nową powieść Gretkowskiej sięgnęłam w ramach rozgrzewki.

                      „Na linii świata” to historia studentki, która dorabiając na internetowej seks-kamerce poznaje informatyka z okolic San Francisco. Tom zaprasza ją, aby zajęła się jego autystycznym synem, ale przyjazd Nataszy zbiega się z przełomowym odkryciem dotyczącym komputerów kwantowych, co wyzwala kaskadę niespodziewanych wypadków – które obejmą cały świat. Okładka – cudo. Natomiast jeśli chodzi o styl pisania to jest on niesamowicie chaotyczny, książka powstała jakby na kolanie – ewidentnie zabrakło tu chwili namysłu, oddechu, przemyślenia w temacie ‘co chcę przekazać za pomocą tej historii’. Trochę nie rozumiem kreowania Gretkowskiej na polskiego Houellebecqa – czyli po prostu dorabiania do bardzo przeciętnej obyczajówki jakiś genialnych teorii, idei – no przepraszam, ale czytelnik aż tak głupi nie jest - gołym okiem widać, że to jednak zupełnie nie ten poziom, nie ta liga. W rezultacie blurb na okładce wygląda kpiąco, ironicznie, niemal prześmiewczo... Jednak najbardziej irytujące było dla mnie mieszanie fizyki kwantowej z metafizyką – w momentach, w których autorka albo nie chciała, albo nie potrafiła wyjaśnić czytelnikowi o co tak naprawdę z tymi komputerami kwantowymi chodzi. Takie omijanie tematu, owijanie go w bawełnę, pisanie o jakimś ‘kwantowym zbawieniu’ - jakby wystarczyło napisać słowo ‘kwantowy’ i można od razu wcisnąć czytelnikowi każdą bajkę o paranormalnych wszechświatach, ożywających zmarłych itd. Jako, że męczyłam się z mechaniką kwantową pół roku na studiach, a także mój mąż zna się na tym zagadnieniu naprawdę dobrze i często opowiada mi ciekawostki na ten temat, to po prostu nie jestem w stanie przełknąć takich bredni – nawet pod płaszczykiem literackiej fikcji. W rezultacie po lekturze miałam wrażenie jakby ktoś mój mózg przeciągnął przez wyżymaczkę, zmiął go, wymęczył... Jakieś psychodeliczne wizje, skakanie po wątkach - nie wiem co autorka brała, ale nie powinna po tym siadać do pisania. Ufff, męczarnie.

                      "Na linii świata" to książka słaba - lektura tylko dla tych, którzy Gretkowską i jej styl pisania już lubią oraz chętnie czytują, dla wiernych (a najlepiej bezkrytycznych ;)) fanów - bo wątpię, żeby tą powieścią była w stanie przekonać kogokolwiek nowego do swojego pisarstwa. Moim zdaniem jest to pozycja przede wszystkim niedopracowana – to mój główny zarzut, mimo całkiem fajnego klimatu oraz intrygującego pomysłu. Akurat miałam ochotę na coś obyczajowego, byłam również wygłodniała tego typu prozy, więc w zasadzie zadowoliłoby mnie 'byle co', ale jednak uczucia względem tej książki mam bardzo, bardzo letnie…


czwartek, 31 sierpnia 2017 | By: Annie

"Kocha, lubi, szpieguje" - Joanna Szarańska

                       Guilty pleasure, słodki relaks, beztroskie czytadło. Miała to być moja papierowa książka ‘do wanny’ (nadal się boję, że utopię Kindla ;)), ale tak mnie wciągnęła, że czytałam ją również wieczorem w łóżku, następnego dnia do śniadania i także podczas spaceru z mężem – aż skończyłam. „Kocha, lubi, szpieguje” to druga część serii o uroczej, ciągle wpadającej w tarapaty Kalinie (w malinach ;)). Pierwszą część polecałam entuzjastycznie tutaj i w zasadzie nie ma co sięgać po jej kontynuację właśnie bez znajomości „I że ci nie odpuszczę”. Nie dlatego, że nie złapiecie zawiłości fabuły, ale po prostu zepsujecie sobie przyjemność poznawania tej serii od początku – a jeśli szukacie beztroskiej, nieprzesłodzonej i nietuzinkowej rozrywki to naprawdę warto. "Kocha, lubi, szpieguje" to bowiem lekkie, zabawne i z humorem oraz polotem napisane czytadło - wątek kryminalny i dworkowo-wiejskie klimaty dodają mu smaku. Oczywiście żadne to arcydzieło, ale czasami głowa potrzebuje odpoczynku i przewietrzenia, a wtedy właśnie takie powieści przychodzą z pomocą. Wiem jak ciężko w tłumie podobnych, ładnych okładek wyłowić coś naprawdę fajnego, nieogłupiającego - ja osobiście jestem tą serią zauroczona, polecam gorąco i już zacieram rączki na myśl o tomie trzecim (i ostatnim… chyba?).
wtorek, 29 sierpnia 2017 | By: Annie

"Prezent" - Louise Jensen

                      Dawno nie trafiłam na żaden naprawdę słaby thriller, więc podświadomie trochę się boję i czekam na ten moment, kiedy wreszcie się sparzę na którejś ze świeżynek. Na szczęście „Prezent” – pachnąca nowość wydawnicza - spodobał mi się. Co prawda nie jest to taki zachwyt, jak w przypadku kilku moich ostatnich thrillerowych lektur, ale spędziłam w towarzystwie tej książki całkiem miły czas. 

                    Owa pozycja to historia Jenny, która dzięki przeszczepowi dostaje szansę na nowe życie. Niestety, wraz z nowym sercem otrzymuje również niepokojące wspomnienia zachowane w pamięci komórkowej – okazuje się, że śmierć jej dawczyni jest bardziej tajemnicza, niż mogłoby się z początku wydawać... Trochę gryzł mnie ten wątek paramedyczno-paranormalny (zboczenie zawodowe ;)), niemniej kiedy go zignorować, otrzymujemy naprawdę solidny thriller – może ciut rozwleczony i z za dużą ilością bocznych rozgałęzień fabuły – przyznam, że moja uwaga uleciała gdzieś w bok w pewnym momencie – ale też dopracowany, wciągający i ciekawy. Nie arcydzieło, ale też daleko tu do jakiegokolwiek zawodu czy rozczarowania. Podobało mi się i myślę, że sięgnę również po inne książki tej autorki.
czwartek, 24 sierpnia 2017 | By: Annie

"Wezbrane wody" - Danielle Steel

                  Po ostatnim maratonie horrorowo-thrillerowym zapragnęłam lektury miłej i słodkiej. Odmóżdżającej. Na ratunek ochoczo przybiegła mi Danielle Steel – może nie uwierzycie, ale to moje pierwsze spotkanie z tą autorką w życiu! Owiana legendą, obśmiewana jako symbol kiczu i romansu – od dawna chciałam się przekonać czy naprawdę jest aż tak źle. ;) Jedno jest pewne – ta pani jest od dziś moją idolką – urodzić 9 dzieci, jednocześnie napisać 120 książek… wow!

                  Na „Wezbrane wody” zdecydowałam się z dwóch względów – po pierwsze Nowy Jork (ta okładka!). Po drugie huragan – uwielbiam takie katastroficzne klimaty, co idealnie zgrało mi się z falą burz i ochłodzeniem nadciągającym nad Warszawę w ostatnich dniach. Jestem zaskoczona, że stosunkowo mało tu romansu, a dużo obyczajowości – owa powieść to ukazane losy kilku przebywających w Nowym Jorku osób w obliczu nadciągającego kataklizmu. Oczywiście nie jest to obyczajowość w wydaniu McEwana czy Oates, ale taka mocno ugładzona, uproszczona, serialowa. Początek podobał mi się baaardzo, niestety ostatnie 100 stron było już raczej mocno przegadane, rozwleczone, choć jednocześnie miało to swój cel – zżyłam się z bohaterami. Język prosty, sporo powtórzeń. Niemniej chciałam lekkiego, niewymagającego, optymistycznego czytadła – i właśnie takie otrzymałam, więc nie zamierzam narzekać i pisać jaka to mało ambitna literatura itd. Uważam, że jeśli ktoś świadomie sięga po prozę pani Steel, czy jakikolwiek inny romans lub kobiece czytadło, to nie ma prawa oczekiwać literatury godnej Nobla, a następnie marudzić, psioczyć, obśmiewać jakie to 'płytkie' i 'przewidywalne'. W swojej kategorii ta powieść jest naprawdę niezła, otula ciepłem, krzepi, relaksuje - wszystko to kwestia oczekiwań co do roli książki - ta na pewno spełniła swoje zadanie i ja pani Steel uwierzyłam. Co prawda na razie nie planuję sięgać po kolejne książki jej pióra – ale wiadomo, skoro tak napisałam, to pewnie zrobię na opak .;) W każdym razie pierwsze spotkanie zaliczam do bezbolesnych i całkiem przyjemnych. Odwiedziłam krainę romansu, zapuściłam się na rejony dotychczas mi nieznane, ale wróciłam cała, zdrowa, a nawet uśmiechnięta i zadowolona (co z tego, że trochę obsypana różem i z lekko otumanionym mózgiem). A teraz pora na kolejny thriller. Ufff!
środa, 23 sierpnia 2017 | By: Annie

"Czarna Madonna" - Remigiusz Mróz

                   Zawsze fascynowała mnie tematyka samolotów – czy to wszelkie wspomnienia stewardess, wyznania pilotów, czy też kryminały dziejące się na pokładzie – specjalnie zachęcać mnie nie trzeba – wystarczy samolot na okładce, a ja już biegnę czytać. Tym samym z wielką radością odkryłam w skrzynce pocztowej najnowszą książkę Remigiusza Mroza - horror - niespodziankę od wydawnictwa. Specjalnie odłożyłam jej lekturę na powrót ze Stanów – nie chciałam trząść się ze strachu podczas lotu. ;) Jak się okazało, niepotrzebnie czekałam, bo choć strachliwa jestem okropnie, to czytając "Czarną Madonnę" nie bałam się ani chwili.

                      Przyznam, że początkowo spodziewałam się czegoś bardziej w stylu lotniczego thrillera (łącznie z kradzieżą obrazu z Jasnej Góry - tak to sobie wyobrażałam ;)), a otrzymałam natomiast satanistyczne wizje, plucie smołą, opętania, podróże w czasie, religijne śledztwo itd. Taki trochę paranormalny Dan Brown – czyta się super, sprawnie, ale wiadomo – ambitna literatura to nie jest ;). Daję plusa za oryginalność - bowiem czegoś takiego jeszcze w swojej karierze nie czytałam. Natomiast minus za zakończenie - trochę zbyt dziwne jak na mój gust, przekombinowane. Ogólnie szału nie ma, ale też czytałam bez bólu – ot, ciekawa byłam co to za książka (reklama zrobiła swoje) i miałam rozrywkę na parę godzin. Ani zachwyt, ani wielkie rozczarowanie – mam nijakie odczucia. Można przeczytać, ale zdecydowanie nie trzeba – ot, cała prawda o tej książce.
wtorek, 22 sierpnia 2017 | By: Annie

"Bad Mommy. Zła mama" - Tarryn Fisher

                    Kolejny smakowity thriller ze stosika pochłonięty – chyba muszę trochę przyhamować, bo zabraknie mi czytania na jesienne wieczory. ;) W każdym razie „Bad Mommy” to była naprawdę wyjątkowa, niepowtarzalna lektura - aż żal, że już za mną... Na bazie prostego schematu, czyli miłosnego trójkąta w konfiguracji mąż-żona-nowa sąsiadka, autorka stworzyła niesamowitą, podszytą niepokojem historię – sieć wzajemnych powiązań, intryg i brzydkich tajemnic ukrytych za fasadami kłamstw i pozorów. Bowiem nowa sąsiadka nie wprowadziła się na to osiedle przypadkiem… nie przypadkiem zależy jej również na nawiązaniu przyjaźni… nie przypadkiem maluje ściany na ten sam kolor, nie przypadkiem kupuje w tym samym sklepie... 

                   „Bad Mommy” to opowieść o cienkiej granicy między fascynacją a stalkingiem, między inspiracją a obsesją naśladownictwa. O tym, że trzeba uważać kogo wpuszczamy do naszego życia… Trzyma w napięciu już od pierwszej strony, trudno się oderwać. Jest coś fascynującego, a zarazem przerażającego w tej relacji i stopniowo odkrywanych kolejnych warstwach sekretów… W trakcie lektury tylko jedna rzecz mi zazgrzytała – ale od razu zaznaczam – nie wiem czy to ja nieuważnie czytałam, zaaferowana wyjazdem, pakowaniem itd., czy też faktycznie w książce nie wszystko zostało do końca wyjaśnione – w każdym razie czuję leciutki niedosyt w temacie sytuacji z mężem Fig. Ale to z mojej strony tylko i wyłącznie czepialstwo, drobny detal. Ogólnie książka jest rewelacyjna – trzy różne wersje historii, trzy różne spojrzenia na tę samą relację, które obnażają brud i zepsucie ludzkiego umysłu. Zakończenie – rewelacja. Opadła mi szczęka. Nie jestem zadowolona z tej notki, jakoś ciężko mi się pisze o tej książce – w każdym razie chciałabym ją wszystkim gorąco polecić - to jeden z lepszych thrillerów psychologicznych na rynku!!!
sobota, 19 sierpnia 2017 | By: Annie

"Lokatorka" - JP Delaney

                 Jak widać faza na thrillery psychologiczne osiągnęła swoje apogeum. Pochłaniam książkę za książką – ciągle mi mało. A jaką mam frajdę w wyszukiwaniu kolejnych świeżynek i układaniu thrillerowych stosików! Bookworm podsunęła mi fajny pomysł stworzenia wpisu z listą najlepszych thrillerów – zrobię to z wielką przyjemnością pod koniec wakacji. Tymczasem nasycam umysł i oczy kolejnymi historiami. 

                  Tym razem sięgnęłam po pozycję mocno rozreklamowaną – może stąd moje wysokie oczekiwania i w związku z tym czuję lekkie rozczarowanie co do wyjaśnienia zagadki. Niemniej sama historia – czyli prowadzona na dwóch płaszczyznach czasowych opowieść o dwóch kobietach mieszkających w pewnym minimalistycznym, ekstrawaganckim domu w Londynie – była bardzo ciekawa. Uwielbiam gdy niewielka, zamknięta przestrzeń stanowi scenę dla rozgrywających się wydarzeń. Gdy klimat odosobnienia, zagrożenia i tajemnicy przenika karty książki... Jak wyczytałam na koniec – i co bardzo mnie zaskoczyło – autorem tej książki jest mężczyzna, co więcej, jest to znany pisarz skrywający się pod pseudonimem. Byłam przekonana, że autorką jest kobieta – tak napisać o kobiecej naturze, jej dylematach, rozterkach… a tu proszę - spore zaskoczenie. Ogólnie książka bardzo na plus, fajnie poprowadzona jest ta historia, przeszłość zgrabnie przeplata się z teraźniejszością - czysta się to wyśmienicie, trudno się oderwać. Gdyby tylko nieco lepsze, ciut bardziej dopracowane zakończenie – można by mówić o thrillerowym majstersztyku. A tak tylko skutecznie i przyjemnie zabiłam czas podczas długiego, transatlantyckiego lotu. ;)
czwartek, 17 sierpnia 2017 | By: Annie

"Widzę Cię" - Clare Mackintosh

                  Smaczek, cudna perełka wyłowiona w morzu nowości thrillerowych. Wyobraź sobie zimny, deszczowy listopad i wyczekany powrót do ciepłego, przytulnego domu. Jedziesz metrem, udało Ci się nawet usiąść – odprężasz się, tracisz czujność. Bo przecież co może Ci grozić w tłumie przysypiających podróżnych? Czytasz książkę, a może surfujesz po internecie? Nagle czujesz czyjś wzrok na karku, zimny dreszcz przechodzi wzdłuż kręgosłupa – jesteś obserwowana... Czy ten mężczyzna przypadkiem nie jechał z Tobą wczoraj? A może też i przedwczoraj..? Tłum ludzi, ale nagle czujesz się bardzo samotna… 

                 Uffff co to były za emocje. ;) Na pewno jest to jeden z lepszych i bardziej zaskakujących thrillerów, które przeczytałam w tym roku. Trzyma w napięciu, a zakończenie wbija w fotel – czyli jest dokładnie tak, jak lubię. Dodatkowy smaczek to fajnie, wyraziście zarysowane kobiece bohaterki i Londyn w tle. Gorąco polecam!!! Niezapomniana lektura, szczególnie dla osób, które jeżdżą metrem na co dzień. ;)
niedziela, 13 sierpnia 2017 | By: Annie

"Dziewczyna z Brooklynu" - Guillaume Musso

                       Musso – mój stary znajomy, papierowy partner, z którym od wielu lat łączy mnie burzliwy związek literacko-emocjonalny. Kochamy się, a potem kłócimy i  rozchodzimy, by jednak zawsze koniec końców odnaleźć się gdzieś między księgarnianymi regałami. Jedno przelotne spojrzenie, muśnięcie ręką i znów wpadam w jego sidła – daję nam kolejną szansę, bo jedno jest pewne – na pewno będzie ciekawie i niebanalnie. Wiem, że godziny w jego towarzystwie miną błyskawicznie, wiem również, że porwie mnie w nowojorsko-paryski świat intryg i wciągających zagadek. Owszem, zdarzyło się, że zostawił mnie z literackim kacem i myślą ‘nigdy więcej’, ale jednak nie tym razem – jego najnowsza powieść, „Dziewczyna z Brooklynu”, podobała mi się. I choć może nie jest to najlepsza czy najbardziej wciągająca książka jego pióra, to spędziłam w jej towarzystwie bardzo przyjemne popołudnie. Musso tym razem napisał pozycję poważniejszą i trochę nie w swoim stylu, bo bez wątku realizmu magicznego. To thriller. Co prawda porównując go do smaczków z tego gatunku, które ostatnio maniakalnie połykam jeden za drugim, to raczej szału nie ma – szczególnie jeśli chodzi o wyjaśnienie intrygi. Ale to wciąż Musso. A bez niego nie zaliczam wakacji. ;) 
sobota, 5 sierpnia 2017 | By: Annie

Nowy Jork... Miasto z marzeń.

Manhattan. Piąta rano
                       Od kilkudziesięciu godzin jestem już z powrotem na polskiej ziemi i na nowo próbuję oswoić przestrzeń naszej warszawskiej codzienności. Ciężko jednak wejść w wakacyjnie leniwy i nieco senny klimat zielonego Ursynowa, kiedy stopy wciąż myślą, iż chodzą po tętniących energią nowojorskich ulicach, a serce bije szybko i intensywnie w rytmie przejeżdżających pod stopami pociągów oraz klaksonów żółtych taksówek. Nowy Jork poraził mnie i oczarował – skradł mi serce w momencie gdy wysiadłam po raz pierwszy z metra i zadarłam głowę wprost na wieżowce Midtown. I poczułam to – nagły przypływ radości i energii, uśmiech od ucha do ucha na twarzy i jasna myśl: ‘to jest to’. Spodziewałam się, że zostanę onieśmielona, że będę czuła dystans miasta wobec małej, nic nie znaczącej przyjezdnej z prowincjonalnej Warszawy. Nic z tych rzeczy - poczułam się tam jak odwiedzając starego, dobrego przyjaciela - niemalże jak w domu – lekko i swobodnie. Zero dystansu, zero obcości, zero barier. Może dlatego, iż w Nowym Jorku jest absolutnie wszystko – to miasto imigrantów, przyjezdnych. Tak różnorodne, kolorowe, wielobarwne, że znajdzie się w nim miejsce dla każdego – odmienność jest tu w zasadzie standardem i nie budzi niczyjego zdziwienia. Łatwo można wniknąć w tłum nowojorczyków i choć przez chwilę poczuć się mieszkańcem tego wyjątkowego miasta, które z otwartymi ramionami wita nowe, chłonne umysły – w odróżnieniu np. od Paryża, gdzie co by nie robić, wciąż na kilometr pachnie się ‘tym obcym’ - turystą. 

Manhattan u stóp. Widok z Empire State Building.
                  W Mieście spędziłam w sumie 6 pełnych, intensywnych dni, wypełnionych pieszymi wędrówkami od świtu do późnej nocy. Przeszliśmy Manhattan wzdłuż i wszerz, jak również kawałek Brooklynu – odpuściliśmy natomiast Met, odpuściliśmy MoMA, odpuściliśmy Statuę Wolności, Coney Island i parę innych atrakcji – to zostawiamy sobie na następny raz. Bo nie mam wątpliwości, że taki wkrótce nastąpi. Zamiast tego skupiliśmy się na drobnych detalach miasta, którego tworzą jego duszę i klimat, a często są przegapiane przez zabieganych turystów z nosem w przewodniku. I tak oto odwiedziliśmy malutkie ludziki mieszkające na stacji metra 14St/8 Av, odbyliśmy długi spacer po East Village odkrywając przy okazji cudny antykwariat, spędziliśmy niezliczone godziny szperając w Strandzie (o tym innym razem!) oraz leniwe popołudnie w Washington Square. 30 lipca świętowaliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu – z tej okazji urządziliśmy sobie piknik w Central Parku oraz wjechaliśmy wieczorem na Empire State Building. Jeszcze innego dnia doświadczyliśmy bezbrzeżnego smutku wokół wciąż krwawiącej rany miasta – Ground Zero. Dzięki temu poczułam Nowy Jork – jego energię, pragnienia, różne odcienie i oblicza. Eleganckie Upper West Side i artystyczne, modne Soho. Pełne białych kołnierzyków Downtown i położone tuż obok, wyrwane jakby z zupełnie innej bajki Chinatown. Zamieszkały przez ortodoksyjnych Chasydów południowy Williamsburg i liberalne, stanowiące źródło ruchu LGBT Greenwich Village. I choć Nowy Jork nie był jedynym celem naszej wycieczki - wcześniej zwiedziliśmy również między innymi Boston i Waszyngton – to jednak ich wspomnienie blednie w obliczu myśli o Tym mieście... 

                     Zakochałam się. Bezrozumnie, bo wiem, że będę strasznie tęskniła i nie będzie mi z tą tęsknotą łatwo. I boję się nawet myśleć o tej minimalnie realnej szansie na zamieszkanie w okolicy NY, która majaczy gdzieś na horyznocie przyszłości... Ale właściwie czemu się boję? Przecież to miasto powstało z odważnych marzeń właśnie… I jest dla nich również najlepszą inspiracją.

Central Park. Widok na Upper West Side.
Turystyczne, głośne Times Square.
Greenwich Village
Uliczka w East Village.
Poranny spacer po Brooklyn Bridge.
Na promie... East River.
Chinatown
Ludziki zamieszkujące stację metra 14 St/8 Av
Widok z okna w naszym hotelowym pokoju. Ciężko było oderwać wzrok...
piątek, 21 lipca 2017 | By: Annie

American dream

                  Walizka spakowana. Już jutro lecę stęskniona przez ocean prosto w ramiona męża i zaczynamy nasze długo wyczekiwane, amerykańskie wakacje! Wątpię, żebym w trakcie podróży miała możliwości oraz skupienie do pisania na blogu, natomiast planuję wygospodarować czas na czytanie – w samolocie, na wydmach Cape Cod, w drodze podczas jazdy, w parku Boston Common, w Central Parku i gdzie tylko nadarzy się okazja. W walizce mam 9 sukienek i zero powieści – po raz pierwszy w życiu. Nastała u mnie era Kindla - co prawda nie pachnie papierem, ale jednak doceniam jego niesamowitą wygodę. ;) Planuję natomiast poszaleć po amerykańskich księgarniach – ciekawe co tam na półkach króluje. Oczywiście pokażę stosik po powrocie. Mąż zapowiedział, że będzie mnie rozpieszczał, więc zamierzam korzystać, hihi. Przy okazji spędzimy w Nowym Jorku naszą pierwszą rocznicę ślubu - can't wait. :) Oczywiście przedwyjazdowy plan czytania przewodników i samych książek o Ameryce spalił na panewce, ale nie przejmuję się - na co innego miałam akurat smaka. Jestem natomiast dumna z kilku zmian, które udało mi się wprowadzić w moim życiu w lipcu, i oby tak dalej... :)

                   Ciekawa jestem jak spodobają mi się Stany, jak odbiorę Nowy Jork... To ma być początek dłuższej znajomości, więc mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.. ;)

Do napisania w sierpniu!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...