czwartek, 8 grudnia 2016 | By: Annie

"Jak pokochać centra handlowe" - Natalia Fiedorczuk

                           Będąc już ponad trzy miesiące po ślubie poczyniłam pewną ciekawą obserwację. Otóż, z drobnymi wyjątkami, ale niemal każdy – znajomy bliski lub dalszy, rodzina, obca pani na uczelni – czuje się zobligowany do wyrażenia swojej opinii w temacie posiadania przez nas dzieci. Niektórzy na głos już przemeblowują nasze mieszkanie tak, aby zamiast następnych regałów(!) zmieściła się kołyska. Jeszcze inni oferują swoją pomoc w wychowaniu, choć są też tacy, którzy gorąco odradzają nam posiadanie dzieci, niemniej co zaskakujące - każdy czuje się zaproszony do wypowiedzi w tym temacie. Nikt natomiast nie pyta się nas jakie faktycznie mamy plany, nikt nie myśli również o tym czy w ogóle chcemy mieć dzieci – ale za to nieustannie i niestrudzenie oferowane są nam przeróżne komentarze oraz wszelkiej maści porady. Nie irytuje mnie to (na razie ;)), raczej śmieszy i dziwi. Patrzę na to jak na zjawisko socjologiczne - jakby wraz ze ślubem runęły w tym obszarze dotychczas niewidzialne mury konwenansów czy dyskrecji – i dopiero gdy zniknęły, zauważyłam ich brak. Jakby teraz to była jakaś ogólnopolska debata, w której każdy ma prawo wypowiedzieć się i wyrazić swoje zdanie. Czekam już zatem tylko na rozstrzygające głosowanie. ;) A ja jestem na tym etapie życia, że na ludzi posiadających dziecko patrzę na poły z przerażeniem, na poły z fascynacją. Jest to temat tak abstrakcyjny i pozostający na razie w sferze tak odległej przyszłości, że czytając książki o macierzyństwie czuje się niemal jakbym czytała o kosmitach czy innym gatunku w zoo.;)

                        Mam wrażenie, że ostatnio na polskim rynku wydawniczym pojawił się prawdziwy wysyp pozycji, które niejako właśnie odczarowują macierzyństwo - widocznie jest taka potrzeba, a to już samo w sobie mówi wiele. Że macierzyństwo to nie róże i fiołki. Nie reklama pampersów i bobofruta. I książka „Jak pokochać centra handlowe” również wpisuje się w ten nurt. Na lekturę składa się wiele krótkich rozdziałów i jeszcze więcej ciekawych obserwacji oraz spostrzeżeń – to jak rozmowa przy kawie z bliską koleżanką - bez owijania w bawełnę, do bólu szczerze, kobieco, prawdziwie. O znojach codziennego życia i zmianach, na które nie da się przygotować. O ogromie miłości, o izolacji i przemęczeniu wczesnego rodzicielstwa. O bańce oczekiwań, którym nie sposób sprostać. O ciągłym i nigdy niezaspokojonym pędzie do perfekcji, o wymaganiach stawianych młodym mamom przez opacznie rozumiany feminizm - tym biednym kobietom, które muszą jednocześnie robić karierę, być eko i fit, spędzać mnóstwo czasu z dzieckiem, być super-mamą, a w tym wszystkim znaleźć jeszcze czas na własny rozwój intelektualny. O wiecznym przedzieraniu się przez gąszcz porad i krytyki ‘życzliwych’ obcych. O rutynie, która uwierzytelnia i daje ułudę sensu. O depresji. O wizytach w sklepach, w których "każdy z tych pozornie bezosobowych, produkowanych na masową skalę przedmiotów zawiera w sobie jakiś nieokiełznany potencjał szczęścia." To również książka o tym jak łatwo i niepostrzeżenie można w tym wszystkim stracić z oczu siebie… To ważna pozycja - odczarowuje, demitologizuje, ale mam też nieznośne wrażenie, że te kobiety, które naprawdę powinny, pewnie i tak jej nie przeczytają – będą w tym czasie zajęte pieluchami i walką z nigdy niekończącą się górą obowiązków…

                        Sięgam po tego typu lektury bez większego planu, ot z czystej ciekawości. A może ciągnie mnie do nich podświadoma potrzeba, aby z bezpiecznej perspektywy fotela zajrzeć w swoją przyszłość, zobaczyć jej alternatywne wersje i to, jakie potencjalne formy może przybrać? Nie zawiodłam się, a przekorna i oryginalna narracja, która zabiera nas w podróż po warszawskich centrach handlowych i innych punktach usługowych, sprawiła, że będąc ostatnio w pewnej mokotowskiej galerii w godzinach okołopołudniowych zwróciłam szczególną uwagę na młode matki – i faktycznie jest ich mnóstwo. Zamglony wzrok, wolny krok. Jednak tym razem spojrzałam na nie jakoś inaczej - z większym szacunkiem i wyrozumiałością. Niemal jak na bohaterki...

9 komentarzy:

Sylwia pisze...

Wiesz co? Jeśli zdecydujecie się na dzieci, to będzie jeszcze gorzej... Wtedy nawet obce osoby będą myślały, że mają prawo zapytać Cię o stan Twojej waginy, sutków podczas karmienia piersią i tym podobne cuda. Ja tam nie pytam nawet rodziny, jakie mają dzisiaj majtki na sobie, a tutaj obcy zadają mi takie pytania... Szok. ;-) Po tę książkę sięgnę na pewno - jestem mamą i od zawsze wiedziałam, że macierzyństwo to nie bułka z masłem. To ciężka harówa, ale... warta wszystkiego. :)

Annie pisze...

Sylwia - przeraza mnie to... najgorsze wydają mi się starsze panie, które (co obserwuję niemal codziennie) zaczepiają dzieci, biorą je bez pytania na kolana w autobusie, poprawiają im ubranka, poprawiają kołderkę w wózku, komentują, że dziecko jest za cieplo/zimno ubrane itd... nawet obcego psa nie należy dotykać bez pozwolenia wlaściciela.. a czyjeś dziecko można? wiem, że mnie wkurzałoby to na maksa ;/

Sylwia pisze...

Och, nie masz pojęcia, jak mnie to drażni... Nieraz zaglądałam kobietom do wózka, ale dyskretnie, aby popatrzeć tylko na maluszka, jednak nigdy nie zdobyłabym się na to, aby je dotykać itd. A nieraz już różni ludzie podchodzą i dotykają Jasia za rączki (przecież takie dziecko od razu pakuje je do buzi :/), ciągają za ubranie, głaszczą po głowie... No ludzie, gdzie z tymi łapami? A mojemu synowi to zawsze zimno według innych - nawet przy 35-stopniowym upale. ;-) Nieraz rzucano we mnie różne słowa, bo jak kilkumiesięczne dziecko może latem przebywać bez czapki w cieniu lub w wózku? A w ogóle jak mogę wychodzić z nim bez spodni, tylko w bodziakach i bez skarpet? Nie no, najlepiej, żebym mu puchową kurtkę nakładała...

Annie pisze...

Sylwia - o rany... szału bym dostała, gdybym musiała na co dzień stykać sie z takimi zachowaniami. Ostatnio widziałam w sklepie taką oto sytuację: mama nie chciała kupić dziecku jakiś tam słodyczy, tłumaczyła spokojnie, wychowawczo, że w domu są batoniki, ale najpierw obiad itd. Na co starszy, obcy pan stojacy za nimi w kolejce mówi do tego dziecka, że jak mama nie chce to on mu kupi batonika... Brak słów :/

Sylwia pisze...

Niestety ludzie strasznie lubią się wpieprzać w takie sprawy... Ja trąbię wszem i wobec, że najpierw chcę zadbać o to, aby Jaś polubił warzywa, owoce, owsianki i tym podobne rzeczy, a na słodycze przyjdzie czas, jak będzie miał ze 3 lata, bo do tej pory kształtują się nawyki żywieniowe. Oczywiście jestem od razu ochrzaniana albo wyśmiewana, że jak to tak zabraniać dziecku, a poza tym i tak wszyscy mu dadzą czekoladę za moimi plecami. Szlag mnie trafia w takich sytuacjach. W końcu kiedyś zje też coś z McDonalda, to może dam mu hamburgera już teraz, skoro i tak to go nie ominie? Żenada :)

Radosław Gabinek pisze...

Przyznam, że przypadkiem do Ciebie trafiłem :) Czytałem trochę recenzji na temat tej książki, bo " Jak pokochać centra handlowe" sam właśnie skończyłem czytać i ta zdecydowanie jakoś tak jest mi najbliższa.Pozdrawiam :)

Annie pisze...

Radosław - bardzo mi miło, pozdrawiam! :) i cieszę się, że po tego typu książki siegają również mężczyźni :)

Przemysław Pufal pisze...

No jest Paszport „Polityki” dla „Jak pokochać…”. Sądzę, że całkiem zasłużenie. Teraz Natalia Fiedorczuk nie ma wyjścia, jak pisać dalej :)

Annie pisze...

Przemysław - bardzo ucieszył mnie ten Paszport, choć w głębi serca nie jestem do końca przekonana czy to aby jednak nie za wcześnie na tak dużą nagrodę... :) niemniej czekam na nastepne książki Natalii, mam nadzieję, że nie bedzie miała teraz jakiejś blokady twórczej pod wpływem presji oczekiwań ;)

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...