poniedziałek, 2 maja 2016 | By: Annie

"Poza czasem szukaj" - Katarzyna Hordyniec

                 Za sprawą tej książki po raz pierwszy zetknęłam się z podobnym moralno-notkowym dylematem. Bo jak tu napisać szczerą recenzję książki, kiedy Katarzyna Hordyniec to nasza blogowa koleżanka..? Co więcej, mam świadomość, że „Poza czasem szukaj” (nawiasem mówiąc – piękny tytuł) to pozycja już z samego założenia raczej nie dla mnie... ja natomiast umyślnie zignorowałam ostrzeżenie, jakie stanowi okładka, a następnie z czystej ciekawości przeczytałam. I tym samym wyrządziłam nam obu krzywdę - sobie, bo książka mnie zirytowała i zabrała kilka godzin życia, a Kasi, bo teraz nie mam innego wyjścia i muszę szczerze napisać, co myślę... A potrzebę ulokowania swoich przemyśleń mam ogromną.

                 „Poza czasem szukaj” to historia miłości nie zważającej na wiek. Miłości wielkiej, spalającej i romantycznej. Ona – zahukana, ale piękna 35-latka, która właśnie kończy długoletni związek i pełna nadziei wyrusza na podbój stolicy. On – 60-letni mężczyzna z przeszłością... Łączy ich płomienny romans. Z tego, co wyczytałam na okładce, to właśnie o tym jest ta książka. Co ja w niej znalazłam? Na pewno coś nieco innego... ;)

                   Z przykrością stwierdzam, że tekst roi się od błędów i nielogiczności. Czytając szybko, jednorazowo, do strony 63 wychwyciłam ich pięć czy sześć, później przestałam liczyć. Dla przykładu: na jednej stronie główna bohaterka w ogóle się nie maluje, rozdział później jest już długoletnią fanką i wielbicielką makijażowych eksperymentów. Raz opis, że jest nieśmiała, chwilę później zostaje przedstawiona jako przebojowa dusza towarzystwa. Jeden moment opisywany z dwóch perspektyw – raz słońce świeci, a zaraz ewidentny opis, że nie świeci. Czytam dalej... "po studiach wróciła do Koszalina. W czasie kryzysu nie miała odwagi zaczynać w obcym mieście" - z tekstu wynika, że mieszkała tam aż do chwili obecnej. Pod koniec książki okazuje się nagle, że jednak nie! nasza (wcześniej zahukana i tak bardzo małomiasteczkowa) bohaterka spędziła rok w Londynie i ma tam nawet ulubionych fryzjerów-gejów! Itd., itp. A to tylko przykłady, jedne z wielu, które mogłabym tu przytoczyć... Może się czepiam się, może marudzę, ale nie znoszę jak mi takie nielogiczności zgrzytają w zębach, szczególnie gdy natykam się na nie z taką intensywnością, raz za razem. Naprawdę, bardzo się dziwię, że nikt w wydawnictwie, podczas redakcji czy korekty, nie wychwycił tak ewidentnych i rzucających się w oczy błędów... ;/

                   Pomijam fakt, iż obraz życia w Warszawie jest tu całkowicie odrealniony i baaardzo naiwny – przymykam na to oko, gdyż książkom z kategorii 'babskie czytadła' wolno (podobno, a właściwie czemu?) więcej. I w takiej właśnie kategorii zamierzam tę książkę ocenić – jako chick-lit. Jednak nawet przy tak zaniżonych wymaganiach wypada ona naprawdę średnio, co przyznaję ze szczerym smutkiem. W kategorii literatura piękna nie ma nawet co startować - tu odpada w przedbiegach, zmiażdżona butem pani Oates, Waters czy Ferrante. Literacki snobizm? Nie sądzę - po prostu szacunek do własnego czasu oraz wzroku. Bo ja aż nie wiem od czego zacząć narzekanie – od żenujących opisów seksu, czy od braku fundamentów powieści? - ot ledwie kilka stron o zerwaniu trwającego 17-lat związku i rewolucji życiowej, byle szybciej przejść do clou – czyli romansu, targów książki i wizyt w Inglocie. A może pomarudzę na sztucznych bohaterów? Skupię się tu na samym Juliuszu, 60-letnim bogu seksu, który ma co stronę wzwód, przez co książka często przypomina porno, połączone w pensjonarskimi marzeniami o księciu na białym koniu. Zupełnie nie rozumiem też idei wplatania fragmentów, które przedstawiają tę sama sytuację, tyle, że z perspektywy Jula. W rezultacie przeważnie czytamy dwa razy to samo, szczególnie na początku książki... A jest tym gorzej, bo właśnie te 'męskie' fragmenty uwidaczniają jeszcze silniej słabe strony powieści – to, co ma w głowie Juliusz... To jest po prostu pretensjonalny misz-masz – infantylny, nielogiczny, histeryczny, egzaltowany – i bardzo niemęski. P.S. To, że ktoś nie może znaleźć partnera, niekoniecznie jest winą wszystkich mężczyzn świata i ich rzekomej zniewieściałości – warto o tym pamiętać, gwoli ścisłości. ;)

                  Jednak, co najbardziej mnie irytowało, mierziło i męczyło, to brak jakiegokolwiek logicznego ciągu przyczynowo-skutkowego – po prostu ani przez chwilę nie uwierzyłam w tę historię. Logika nie mieszka na kartach tej książki. Mamy tu jakieś dziwne zwątpienia, wynurzenia 'kocha-niekocha', facet wyznaje miłość po pierwszej randce, non stop myśli o seksie, a kiedy piękna Helena się wreszcie zgadza, on przypomina sobie, że nie – jednak umówił się na seks ze znajomą i idzie na niego, olewając Helenę, za którą poniekąd tak szaleje. Potem ona przez cały wieczór, noc i pół dnia nie sprawdza telefonu, co nie przeszkadza jej narzekać, że on nie dzwoni – twierdzi, że na pewno mu nie zależy, choć przychodzi do niej z kwiatami i prezentem. Całość jest mocno jękliwa i melodramatyczna, a bohaterowie za wszelką cenę utrudniają sobie życie, w kółko nurzając się w swoich niewiarygodnych rozterkach. Brakuje spójności, podstaw psychologicznych - nie ma autentyzmu w tych dylematach i emocjonalnym budyniu  – ja, wielka romantyczka, zwyczajnie w to nie uwierzyłam, ani przez chwilę. Miałam też wrażenie jakby książka była posklejana z fragmentów – te wszystkie scenki nie grają, szczególnie pierwsze 100 stron - coś nie styka... może stąd te błędy... I do tego ta ciągła, nachalna i tak mało subtelna reklama Inglota... Ech.

                      Nie wiem, może nie powinnam oczekiwać od książki wiarygodności i autentyzmu? Może za bardzo szukam w niej odbicia życia, a zamiast tego powinnam po prostu delektować się wyidealizowaną, romansową bajeczką? Beztrosko odlecieć do krainy marzeń i jednorożców? I choć chciałabym, to niestety – już nie potrafię! Zostałam rozpieszczona i przyznam bezwstydnie – od obyczajówek żądam emocji, dobrej psychologii i motywów - wiarygodnej, pełnokrwistej prozy, która choć trochę rozjedzie mnie emocjonalnie, wciągnie, zmieni i pochłonie. Odkryłam, że bezmyślne 'śledzenie' tekstu już mi nie wystarcza... Możecie skreślić połowę tych określeń, jeśli chcecie dowiedzieć się, co czytam dla rozrywki - to dotyczy także lekkiej prozy kobiecej. Nic z powyższych nie znalazłam jednak w "Poza czasem szukaj"... Pewnie znajdą się czytelnicy zachwyceni tą książką, do których historia Jula i Heleny przemówi, zaczaruje ich wyobraźnię wielkim romansem - być może będą to osoby sporo starsze ode mnie (a może i młodsze?), ewentualnie marzące o wielkiej miłości i podboju stolicy - osoby, które gotowe są poświęcić logikę i rozsądek w zamian za banalne 'i żyli długo i szczęśliwie' - jednym słowem: złożyć je w brutalnej ofierze na ołtarzu miłosnego kiczu. Tak, wiem, że to właśnie dla pięknych złudzeń sięga się po tego typu książki. P
ulp jest ok, pulp jest potrzebny, ale musi być też strawnie zaserwowany - myślę, że jest to, wbrew pozorom, bardzo trudna sztuka. Subtelnie zaczarować czytelnika - ale tak, żeby mimo nierealności historii, on uwierzył w nią bezkrytycznie (to potrafi dobra literatura obyczajowa) lub w ogóle nie chciał dopuścić do siebie myśli (świadomie wyparł ją, zignorował - to właśnie powinien wywoływać dobry chick-lit), że na jego oczach odbywa się właśnie wielkie literackie oszustwo - to wyzwanie! Dla przykładu pani Bushnell, która pisze lekko, banalnie i nierealnie - ale przez którą za każdym razem CHCĘ być pięknie oszukana. Jednak tę chęć uczestniczenia w zbiorowym kłamstwie trzeba umieć wpierw wywołać - czytelnik chick-litu musi świadomie dać się oszukać. I tu własnie pisarz musi się wykazać, pozwolić na zachowanie choć odrobiny iluzji realności - bo jak marzyć, jak utożsamiać się z historią, w którą się ani trochę nie wierzy (lub nawet nie można się oszukiwać, że się jednak wierzy)? Ja nie potrafię rozkoszować się tak świadomym i jawnym praniem mózgu, więc od prozy oczekuję subtelności - kłamstwa możliwie zakamuflowanego lub na tyle umiejętnego, że sama z chęcią przyjmę je za prawdę. I właśnie dlatego walnięcie w łeb tak niedelikatnym i mało wiarygodnym obuchem miłości, kiczowatych scen łóżkowych, wielkomiejskiego życia oraz spełnionych marzeń na mnie nie działa. Dlatego nie kupuję tej historii - sorry.

                     Do zalet – książkę czyta się szybko, sprawnie, autorka zgrabnie operuje piórem. Pod koniec, przez ostatnich kilkadziesiąt stron, mam wrażenie, że coś wreszcie zaklikało, może dlatego, że rozgrywające się wydarzenia przejęły kontrolę nad lawiną emocji i rozterek bohaterów – to na pewno z korzyścią dla powieści...

                     Notka jest szczera, brutalna i, o ile w ogóle może być (a taką mam nadzieję), obiektywna. Zrobiłam rachunek sumienia i wiem, że nie mogłabym skłamać, nasmarować laurki tylko dlatego, że lubię i czytam bloga autorki – przekreśliłabym tym swoją wiarygodność, a przede wszystkim szacunek do samej siebie. Nie mogę też milczeć – to także byłoby nie w porządku wobec innych książek, które oceniłam negatywnie w przeszłości. Po prostu nie uważam, że prowadzenie bloga książkowego powinno stanowić taryfę ulgową na recenzje innych blogerów – tyle. Kasi oczywiście życzę powodzenia w dalszych próbach pisarskich - ma niezły warsztat, jeśli chodzi o zgrabność formowania zdań. Tylko ta treść...

               I na koniec... samo nasuwa mi się pewne zdanie, cytat z genialnego pisarza, Mario Vargasa Llosy:
...każda dobra powieść mówi prawdę, a każda zła powieść kłamie. Bo dla powieści >mówić prawdę< oznacza sprawić, by czytelnik przeżył pewną iluzję, a >kłamać< - to oszukiwać nieudolnie."
Jako puenta - do rozważenia.

7 komentarzy:

Monika Podpała pisze...

Bardzo dobra i wyczerpująca recenzja. Cieszę się, że ktoś szczerze napisał, co o tej książce myśli. Wcześniejsze zachwyty nad nią (jak się okazuje nieco na wyrost)spowodowały, że i ja lada dzień miałam ją kupić i przeczytać. Teraz z tego zrezygnuję. Dzięki za tę opinię :)

Alicja Szerment pisze...

Kilka spraw:
1. Napisać, że czytam wszystkie Twoje recenzje czy też notatki... w sensie, że jestem na bieżąco z tym co piszesz byłoby wielkim kłamstwem. Ale... chyba jeszcze nigdy nie trafiłam u Ciebie na tak długi post (a zaglądam tu przez ostatnie pięć lat! :D)
2. A teraz tak na poważnie - recenzję czytało mi się super, szczera, wnikliwa... i jeszcze raz: szczera. To piękne, że nie owijasz w bawełnę. Konstruktywna krytyka nigdy nie jest zła. (Choć czasami może być dla kogoś niemiła...)
3. Co do samej powieści - słyszę o niej po raz pierwszy i raczej nie zamierzam jej czytać. Obawiam się, że te wszystkie błędy logiczne ogromnie by mnie irytowały. I lokowanie produktu? Fuj! Jeśli jednak wpadnie w moje ręce... sama nie wiem. Może będę chciała porównać swoją opinię z Twoją? Szkoda, że ta książka ma więcej minusów niż plusów... Ale piękne jest to, że napisałaś o tym szczerze.

Sylwia pisze...

Mam tę książkę na czytniku, ale teraz jednak nie wiem, czy sięgnę po nią. Cenię tak szczere recenzje!

Annie pisze...

Monika Podpała - dziękuję! paradoksalnie to chciałabym, żeby po książkę sięgnęło jak najwięcej czytelników - jestem bardzo ciekawa czy moje zdanie podzieli szersze grono osób, czy będę w nim odosobniona. ;) Na razie niemal same notki 'och i ach' widziałam, dlatego tym bardziej czułam sie w obowiazku, aby innych czytelników niejako 'ostrzec' przed tą pozycją. ;)

Annie pisze...

Alicja Szerment - jak miło, ze już tyle lat do mnie zaglądasz, niewyobrażalny kawał czasu :))) to prawda, notka jest wyjatkowo długa... róznie to bywa - czasami ciężko jest mi chociaż kilka sensownych zdań napisać o ksiażce, a czasami mogłabym pisać i pisać bez końca, bo przemyślenia są tak intensywne i liczne - tak było w tym przypadku. :) I bardzo dziękuje za miłe słowa! Postawiłam na szczerość, bo mam takie wewnętrzne poczucie, że moment, w którym na własnym blogu zaczęłabym kłamać, powinien być momentem, w którym powinnam go skasować - całkowicie zaprzeczyłoby to idei pisania książkowego pamiętnika, przynajmniej w mojej definicji. Brzmi to strasznie szlachetnie i patetycznie, ale tak czuję - bo gdzie indziej nogłabym pisać szczerze i od serca o przeczytanych książkach, jak nie tu właśnie? w zeszycie zamykanym na kłódkę? hihi ;) Zgadzam się - konstruktywna krytyka jest moim zdaniem baaardzo ważna, niamal niezbędna i cieszę się, że tak właśnie postrzegasz moja notkę ;))) W sumie ciekawa jestem, jak Ty odebrałabyś tę książkę, no ale nie będę Cię zachęcać (z resztą myslę, że recenzja zrobiła swoje ;)) - nie ma się co męczyć, kiedy tyle lepszych książek czeka swój czas... Pozdrawiam! :)

Annie pisze...

Sylwia - dziękuję :) tak jak pisałam wcześniej dziewczynom - z jednej strony ciekawa jestem opinii innych odnośnie tej książki, a z drugiej ostrzegam przed nią jak mogę, w sumie po to ta notka - taki paradoks, haha. ;)

Czarne Espresso pisze...

Widziałam dziś jedną pozytywną i jedną negatywną recenzję tej powieści. Ale chyba jednak nie jest dla mnie sądząc z opisu...

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...