środa, 28 października 2015 | By: Annie

O życiu w Warszawie, przy okazji książki "Zaduch" Marty Szarejko

                   Gdy stanę na palcach na balkonie w moim nowym mieszkaniu i spojrzę w kierunku północnym, widzę w oddali Pałac Kultury oraz pozostałe wieżowce centrum. Nocą oświetlone kolorowymi światełkami, w dzień statecznie szare i często przymglone odległością. Ten widok napawa mnie spokojem – czuję ogrom czekających możliwości, perspektywę wielkomiejskiego gwaru, bliskość świata na wyciągnięcie ręki, w zasięgu 10-minutowej jazdy metrem, ale jednocześnie wciąż mogę pozostać bezpiecznie w domowym zaciszu. Lubię Warszawę, choć nie jest to łatwa i prosta znajomość. Uwielbiam odkrywać wciąż nowe kawiarnie, doceniam bliskość kin, teatrów, ciekawych spotkań kulturalnych, bacznie obserwuję tłum fascynujących, kolorowych ludzi. Ogrom możliwości – co sobie tylko wymarzysz. Chcesz się uczyć suahili? Proszę bardzo! Szukasz ekologicznej owsianki jabłkowej? Znajdziesz w sklepie za rogiem. Jednak Warszawa to też miasto, które niczym wielki, wiecznie głodny potwór bezlitośnie pożera Twój czas. Dojazdy, korki, tłum, odległości... Irytuje mnie też wieczne niezadowolenie ludzi, narzekanie, negatywne nastawienie do życia, brak uśmiechu (choć to się ostatnio coraz bardziej zmienia!) i agresja w komunikacji miejskiej. Nie znoszę cebulactwa, będącego cechą nie przyjezdnych, ale również (a może właśnie przede wszystkim) warszawiaków – dają darmowe koreczki z sera? Wezmę wszystkie, do kieszeni! Warszawa to miasto, które niekiedy razi swoją brzydotą, choć można również znaleźć miejsca-perełki, do których aż chce się wracać raz po raz. Takie to oto właśnie nierówne, niebanalne miasto – moja Warszawa.

Urodziłam się w Warszawie i być może urwałam się z innej bajki, ale nigdy, przenigdy nie przyszło mi do głowy, aby postrzegać osobę spoza stolicy jako kogoś gorszego – jeśli mam być szczera, to przyznam, że zawsze byłam raczej ciekawa delikatnej 'inności' takich osób, ale na zasadzie ciekawostek w wymowie, w zwyczajach – nie jak okazu w zoo. Nie raz śmiałyśmy się z koleżankami z naszych różnic językowych – strugaczka czy temperówka? Na pole czy na dwór? Jednak zawsze tylko w sympatycznym tonie. Ja też nie raz popisałam się błyskotliwością – np. gdy nie załapałam, że mleko można na co dzień pić skądś indziej niż z kartonu i przyczyniłam się tym do kilkuminutowego ataku śmiechu u koleżanki, której rodzina ma własne krowy. Często nawet zazdrościłam gdy znajome opowiadały o swojej codzienności w rodzinnym domu – o zwierzętach, o pięknej przyrodzie. Może to dzięki podróżom z rodzicami – dzięki pewnej tolerancji, otwartości na świat, która była mi od dziecka wpajana? Może dlatego, że często jeździłam do mniejszych miejscowości w wakacje? A może dlatego, że przez kilka lat mieszkałam na warszawskich przedmieściach, prawie 'na wsi'? Wieś, małe miasteczka zawsze kojarzyły mi się w wakacjami, błogim nicnierobieniem – coś między "Małomównym i rodziną" a "Dziećmi z Bullerbyn" – jednam słowem same pozytywne rzeczy, których można tylko zazdrościć. Nie chcę się tu przedstawiać jako nieskazitelna osoba, krystalicznie czysta - wiadomo, czasami pojawia się próżna duma, czasami irytacja, zdecydowanie uważam się za 'miejską' dziewczynę i nie chciałabym mieszkać nigdzie indziej. Nie przeczę - widzę różnice - w sposobie mówienia, w wykształceniu, w obyciu kulturalnym - z niektórymi ciężko znaleźć wspólny język. Ważne jednak kim jesteś, jaki jesteś, a nie skąd pochodzisz - staram się tylko tą zasadą kierować w moim codziennym życiu, przy ocenie nowo poznanych osób. Przyjaźnię się zarówno z osobami z, jak i spoza Warszawy - nie dzielę przyjaciół na kategorie - naprawdę, jest mi obojętne, gdzie się kto urodził. 

Pałac Kultury nocą...
Zaskoczyła mnie ta książka – nie sądziłam, że osoby mieszkające w Warszawie od kilku lat wciąż mogą się tu czuć obco, nie u siebie – oczywiście, pojedyncze egzemplarze tak, ale nie na taką skalę. Że to wyobcowanie wynika nie ze społecznego odrzucenia, ale przede wszystkim z własnej psychiki. Nie sądziłam, że jest tyle osób, które wypierają się swojej tożsamości, pochodzenia i przez to same zamykają się w pułapce kompleksów i niedowartościowania. Nie sądziłam, że jest im tak trudno... Nie sądziłam również, że rodowici mieszkańcy Warszawy mogą kogoś przyjezdnego, kto skończył tu studia i pracuje, traktować jako mieszkańca drugiej kategorii - nigdy nie spotkałam się z takim zachowaniem, jeśli mam być szczera, w książce jest ono opisane, ale na szczęście na małą skalę, w porównaniu z ograniczeniami umysłu narzucanymi sobie przez samych bohaterów. Ta książka otworzyła mi oczy. Wzbudziła szacunek i podziw dla przyjezdnych - dla ich siły, determinacji, dzielności. Sprawiła też, że doceniłam okoliczności - miejsce i rodzinę - w których się urodziłam. O ile mam łatwiejszy start... 

Większość osób, które znam (nie licząc rodziny) jest właśnie spoza Warszawy, przyjaciele także, nie ma się co oszukiwać – Warszawa to miasto przyjezdnych – parkingi pustoszeją w weekendy, a w każdy niedzielny wieczór w stronę stolicy sunie korek utworzony z samochodów o 'obych' rejestracjach. To tak jakby imigrant czuł się źle w Londynie – mieście gdzie czasami ciężko spotkać rodowitego Anglika. Warszawa to miasto skolonizowane przez 'słoiki' – taki jej urok, są tu u siebie. Ja tak to widzę, dlatego zaskoczyła mnie to poczucie 'wyobcowania'. Słowa słoik używam, ale dlatego, że podoba mi się jego żartobliwy charakter, nie widzę w nim nic złośliwego czy obraźliwego.

Pola Mokotowskie - moja droga na zajęcia
Moje spojrzenie pochodzi jakby z drugiej strony 'barykady'. Wyobcowanie? Może faktycznie, ale bardzo często na własne życzenie – ogranicza Cię Twój własny umysł, fikcyjny kompleks, o którym wiesz tylko Ty, o czym opowiada jedna z bohaterek książki ("Nikt mi nigdy nie powiedział, że to mezalians. Ani matka Franciszka, profesorka, ani ojciec profesor. - Ale ja sama od początku o tym wiedziałam."). Mam możliwość porównania jak różnie przystosowują się ludzie, na przykładzie koleżanek ze studiów (w 10-osobowej grupie byłam jedyna z Warszawy)– jedne korzystają całą sobą, zawstydzając mnie przy okazji znajomością tego miasta, choć przecież to ja jestem ta 'rodowita'. Inne, przez 4 lata mieszkania, nigdy nie były w żadnym muzeum, na Starym Mieście czy w Łazienkach na spacerze. Ich zwiedzanie ograniczyło się natomiast do najbliższego centrum handlowego. Narzekają, odrzucają miasto, nie dając mu wcześniej szansy na pokazanie się z lepszej strony. Czy rzucasz się w wir czy hibernujesz się w stanie zawieszenia między wsią a miastem - wszystko jest kwestią wyboru. A wybór wynika z charakteru... I w rezultacie nic nie jest takie proste.

Autorka ubiera w słowa, nazywa po imieniu zachowania i zjawiska gdzieś z pogranicza świadomości – niby nam wszystkim dobrze znane, ale nie do końca uświadomione i zdefiniowane. Na przykład: „Osoby z Warszawy inaczej zachowują się w stosunku do swoich rodziców. Na wsi to nigdy nie jest partnerskie; dziecko zawsze pozostaje dzieckiem. W Warszawie dziecko jest partnerem.” "Zaduch" to mądra, bardzo ważna książka, dotykająca istotnego tematu - 30-latkowie, którzy przenieśli się do stolicy w poszukiwaniu lepszego życia, szerszych perspektyw. Wciąż obcy w Warszawie, ale obcy też w swoich rodzinnych miasteczkach i wsiach. Dużo zyskali, dużo stracili – jak postrzegają wieś, a jak miasto – kompleksy, wyobcowanie, tęsknota, zmiany. Pięknie napisane, bardzo ludzkie, 'bliskie' historie, opowiedziane prosto z serca. Nie chcę tu ferować wyroków, wyciągać wniosków. Ten reportaż wywołał u mnie lawinę przemyśleń, zmienił mój sposób postrzegania osób przyjezdnych – stąd ta wyjątkowo długa i osobista notka.

5 komentarzy:

MONIKA SJOHOLM pisze...

Widac, ze ksiazka mocno cię dotknęła, bo notka jest przepiekna, mocna, prawdziwa, taka od serca totalnie. Zachwyt nad miastem w innych ludziach nie z Warszawy znasz...raz w miesiącu widzisz przy kawie z taka jedna z Irlandii ;) Hihihih

MONIKA SJOHOLM pisze...

Marta Szarejko pisze niezwykle reportaże.

Monika Podpała pisze...

Od jakiegoś czasu mam tę książkę w schowku, wśród pozycji obowiązkowo do kupienia. Ten wpis tylko to ugruntował. A cały post, Twoje obserwacje i refleksje zwyczajnie mnie zachwyciły. Stąd nie mogłam się powstrzymać, żeby tego nie napisać. Wspaniały wpis! Pozdrawiam :)

Annie pisze...

Dziękuję! Cieszę się, że przypadl do gustu, bo takie długie wpisy, wynurzenia, to u mnie bardzo rzadko... :))))

Fiolka K pisze...

Wyjątkowy tekst! Najbardziej zachęca do książki właśnie głębia Twoich przemyśleń :)

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...