piątek, 9 maja 2014 | By: Annie

"Arlington Park" - Rachel Cusk

             Książka niełatwa w odbiorze i zmuszająca do przemyśleń. Pozycja, której się nie pochłania – należy ją raczej powoli strawić. Mogąca budzić kontrowersje, bo uderzająca w czuły punkty naszego społeczeństwa – w kobiety, które zrezygnowały ze swojej pracy, ze swoich marzeń, ambicji i pasji na rzecz prowadzenia domu, wychowywania dzieci, dbania o męża. „Arlington Park” opisuje jeden dzień z życia pięciu zamożnych, wykształconych kobiet, które porzuciły miasto i pracę na rzecz prowadzenia domu.

              Rachel Cusk twierdzi, że „kiedy stajemy się matkami, to umieramy” - obdziera macierzyństwo i bycie gospodynią z lansowanego przez media, wymuszanego przez społeczeństwo idealnego wizerunku szczęśliwej, zadowolonej 'pani domu z przedmieścia'. Prozie Cusk można zarzucić, że kiedy ma się w życiu zbyt dobrze zaczyna się szukać czegoś, na co można by ponarzekać. Ja jednak postrzegam tę sprawę inaczej – przedmieście to taka współczesna pułapka na kobiety – obiecuje wiele, kusi spokojem i sielskim, rodzinnym życiem - a w rzeczywistości wielu kobietom nie daje nic prócz frustracji, poczucia bezsensu, utraty osobowości i marzeń. Dopiero kiedy jest za późno – kiedy utknęłaś w domu z trójką małych dzieci, a mąż nie odróżnia cię od kanapy w salonie – wówczas okazuje się, że zostałaś oszukana, że to wcale nie jest to, czego chciałaś, że to nie tak miało być. Ktoś wcisnął Cię w utarty, przyjęty przez społeczeństwo schemat, sen o idealnej pani domu – a to wcale nie jesteś ty. Rachel Cusk przedstawia tu naprawdę skrajny punkt widzenia – bardzo negatywnie ocenia życie na przedmieściach – z pozoru sielskie, a pod perfekcyjną przykrywką skrywające udręczone kobiety. Oczywiście nie twierdzę, że każda kobieta zajmująca się domem jest w głębi serca nieszczęśliwa. Wierzę i chcę wierzyć, że są kobiety naprawdę szczęśliwe i spełnione wiodąc takie, a nie inne życie. Wierzę również, że prowadząc takie życie, wciąż można mieć swoje pasje i je realizować – takie kobiety podziwiam. Nigdy nie uwierzę natomiast, że zgodnie z lansowanym stereotypem bycie matką i zajmowanie się domem może być tylko i wyłączenie wspaniałe, cudowne i w pełni satysfakcjonujące. „Arlington Park” postrzegam jako przeciwwagę do literatury 'chick-lit', gdzie w większości przypadków bycie matką i żoną jest spełnieniem wszelkich marzeń i ambicji kobiety. Gdy któraś z moich przyjaciółek zapragnie porzucić swoją pracę na rzecz prowadzenia domu z pewnością podsunę jej powieść Rachel Cusk – niektóre decyzje warto przemyśleć dwa razy...

               Czy podobała mi się ta pozycja? Nie potrafię jej ocenić w takich kategoriach. Na pewno skłoniła do wielu przemyśleń, nieco odmieniła mój sposób myślenia, wymusiła na mnie zajęcie pewnego stanowiska, ustosunkowanie się do sprawy. Uważam jednak, że forma, styl w jakim została napisana ta książka powinien być przystępniejszy – wówczas mogłabym bardziej skupić się na istocie czytanej treści, a mniej na dociekaniu „co autorka miała na myśli”. A może to kwestia tłumaczenia? Niemniej jestem zaintrygowana tą pisarką – w Londynie zakupiłam jej kolejną powieść - „The Bradshaw Variations” - wkrótce zamierzam przeczytać...


Bardziej dociekliwym polecam wywiad z Rachel Cusk zamieszczony w Wysokich Obcasach: TUTAJ

10 komentarzy:

Ewa Rudnicka pisze...

Dla nas, kobiet, taki temat jest bardzo ważny, bo tak naprawdę dotyczy decyzji, które rzutują na całe życie. Chętnie zapoznałabym się z tą pozycją, by zobaczyć, jak to wszystko wygląda w opinii autorki. Chociaż myślę, że w takich sytuacjach wszystko zależy od osobowości kobiety...

rr-odkowa pisze...

Zaczęłam kiedyś czytać tę książkę, ale nie potrafiłam się wciągnąć. Teraz nie wiem czy to po prostu nie mój klimat, czy może w tamtym momencie potrzebowałam czegoś zgoła innego, bo początek wydawał się obiecujący. No i Twoja recenzja sprawia, że znowu nabrałam ochoty na "Arlington Park" :)

myslownicelife.blogspot.com pisze...

O rany, jak to dobrze, że Mój jeszcze:) mnie odróżnia od kanapy w salonie! Ale może to dzięki temu, że z tą naszą trójką nie mieszkamy na przedmieściach, tylko w samym centrum - w domu z widokiem na las - nasz prywatny Central Park:).
Książkę sobie kupię na pewno. Ponieważ sądzę, że jest ciekawa, mimo że wpisuje się w modny dziś nurt "odbrązawiania" i "odlukrowywania" różnych pozornych sielskości.
Ponieważ pamiętam, że kiedy byłam na studiach i tuż po, wyobrażałam sobie, że dzień pełen obowiązków, z których każdy "na wczoraj", dzień zagoniony, że dzień z obiadem (sorry - z "lanczem") w biegu i z lurowatą kawą w kartonie za dychę, to jest to, co daje frajdę. A okazało się, że obowiązki "na wczoraj" i ryzyko utraty dochodów w razie wpadki generują permanentny stres. Że obiad połykany w biegu staje w gardle, a jego smaku w ogóle się nie czuje. Że prawdziwa filiżanka kawy wypita dla relaksu na kanapie z książką w dłoni to nieziszczalne marzenie. Jaka kanapa? Jaka książka? Kiedy?
Marzyłam o czasie na spokojne "obrobienie" domu i o fajrancie po południu, kiedy będę mogła spokojnie "poobcować" z kulturą, o czasie na spacer, na rozmowę.
Uważam, że tak naprawdę o posiadaniu lub o braku osobowości nie decyduje miejsce zamieszkania czy fakt codziennego wychodzenia do pracy. Decyduje o tym wyłącznie to, co ma się w głowie. Mnie tam lepiej na rodzicielskim, kiedy mam czas prowadzić blog, czytać sobie, kiedy mam chęć na ambitny film, a nie tylko na odmóżdżający serial, bo praca stresująca i pełna ludzkich problemów, których nie mogę już oglądać na ekranie, bo to grozi wariactwem.
Jak ktoś nie ma zainteresowań, nie stać go na żadną wewnętrzną refleksję i nigdy nie ma nic ciekawego do powiedzenia, to sam fakt chodzenia do pracy nie uczyni go ciekawym i wartym zainteresowania człowiekiem. Będzie zwykłym robotem, który poza pracą nie ma nic. A i o pracy też nic ciekawego nie powie, bo tego w niej po prostu nie dostrzeże. Zaś człowiekowi interesującemu z natury praca, jeśli zbyt wyczerpująca, będzie tylko utrudniać.
Się rozpisałam w tych gościach, ale mnie naszło, bo na własnym poletku dawno nie miałam czasu się wyżyć, więc z góry przepraszam. Pozdrowionka!

Esa Czyta pisze...

Ciekawa książka - na ten moment jestem zainteresowana ;) Pozdrawiam!

tanayahczyta pisze...

Ooo, muszę przyznać, że mnie zaintrygowałaś, zwłaszcza, że model pt. "siedzenie w domu i zajmowanie się dzieckiem" nigdy nie wydawał mi się ciekawy. Chyba muszę poszukać tego tytułu :)

Annie pisze...

Ewa Rudnicka - oczywiście, wszystko zależy od osobowości kobiety - autorka mocno generalizuje, trzeba mieć tego świadomość. Choć również dzięki tej swojej kontrowersyjności i tendencyjności zwraca uwagę na ważne, pomijane często tematy :)

Annie pisze...

rr-odkowa - moim zdaniem nie da się za bardzo wciągnąć w tę książkę w typowym tego słowa rozumieniu - tzn. czytać z wypiekami, nie mogąc się oderwać itd. Na takie czytanie ta książka jest napisana zbyt abstrakcyjnym, zwyczajnie trudnym i nieprzystępnym językiem. Na jej lekturę trzeba mieć odpowiedni nastrój, uwagę i skupienie. :) Mnie ta książka "wciągnęła" na nieco innej płaszczyźnie - byłam po prostu ciekawa opinii i przemyśleń, co motywowało mnie w niektórych momentach do przebrnięcia przez nieco niezrozumiałe opisy autorki. :) Mam nadzieję, że jeśli zdecydujesz się sięgnąć po raz drugi po "Arlington Park", to tym razem nie przyniesie Ci on rozczarowania :)

Annie pisze...

My slow nice life – dziękuje za tak długą wypowiedź :)

Od razu przejdę do rzeczy. :) Otóż w tej książce kobiety miały dość właśnie takiego zabieganego, stresującego stylu życia i na przedmieścia zwabiła je wizja spokoju, odpoczynku. Ale dla bohaterek przedmieście okazało się być jedynie zamianą jednej pracy na drugą – tyle, że tym razem zupełnie niedocenianą, jeszcze bardziej stresującą, bez chwili wolnego, nie mówiąc nawet o weekendzie czy urlopie. Zostały pełnoetatowymi sprzątaczkami, kucharkami, służącymi i opiekunkami do dzieci. I wcale nie mają czasu (ani chęci) na „slow life” - czytanie, kulturę itp. Czują się ogłupione, pozbawione swojej wartości - inteligencji i wiedzy, którą zdobywały latami – bo przecież jakie mają one znaczenie przy codziennym prasowaniu, wożeniu dzieci, praniu, odkurzaniu... Są dogłębnie nieszczęśliwcze i być może przyczyna ich nieszczęścia nie leży wcale w byciu panią domu z przedmieścia. W książce doszukałam się m.in. opisów nieszczęśliwych relacji z matką - być może macierzyństwo i opieka nad domem stały się jedynie katalizatorami złych emocji, poczucia bezsensu... Mężowie również są tu w większości przypadków przedstawieni jako tacy stereotypowi, źli faceci nierozumiejący kobiet...

W 100% zgadzam się z Tobą, że o posiadaniu osobowości abvsolutnie nie decyduje miejsce zamieszkania czy praca. Nie jestem w stanie ocenić przekrojowo osobowości bohaterek, bo jakby nie patrzeć, to jednak są postacie papierowe. ;) Mam jednak wrażenie, że przecież można mieć osobowość, ale niekoniecznie silną, potrafiącą się przebić przez wszystkie niedogodności? Wówczas zostaje ona stłamszona. Wydaje mi się, że chodzi tu bardziej o nagłe przewartościowanie życia, jakie te kobiety przeżyły przy przeprowadzce na przedmieścia – zamieniły pracę, gdzie miały wyznaczane konkretne, sensowne zdania na monotonię dnia codziennego (z pozoru bezsensowną, bo po co codziennie sprzątać skoro zaraz i tak zrobi się bałagan? ;)) Wydaje mi się, że człowiek, nawet ten o najciekawszej osobowości, pełen zainteresowań (no chyba, ze ma naprawdę bardzo silną, ułożoną osobowość) nie zniesie takiej gnuśności, ciągłego siedzenia w domu i sprzątania... Szczególnie (a przynajmniej ja tak mam), że czuje się w pełni zrelaksowana i poświęcam się całkowicie czytaniu czy oglądaniu czegoś ambitniejszego dopiero jak wypełnię wszystkie obowiązki – a przecież praca w domu, np. przy trójce małych dzieci prawie nigdy się nie kończy... Wydaje mi się, że to może być przygniatające... Jedna z bohaterek prowadzi kółko literackie w szkole – i ta jedna godzina raz na kilka tygodni jest dla niej wytchnieniem, nadzieją. Jednak w większości bohaterki tej książki są tak nieszczęśliwe i zgorzkniałe, że nawet kiedy mają czas wolny, to nie mają żadnej pasji, którą mogłyby go wypełnić (być może to właśnie świadczy o ich braku osobowości, albo o jej utracie, stłamszeniu) – trzy z nich spędzają pół dnia na depresyjnych zakupach w wielkim centrum handlowym, gdzie jedynie dogryzają sobie i narzekają na swój wiek. I bardzo prawdopodobne, że gdyby te bohaterki wróciły do pracy, to byłyby równie nieszczęśliwe i samotne jak w domu...

Jak pisałam w recenzji – książka przedstawia naprawdę skrajne postawy, zachowania – jednak myślę, że nie wzięły się one znikąd, sądzę, że naprawdę są gdzieś takie nieszczęśliwe, rozczarowane kobiety...

Cieszę się natomiast, że Ty odnajdujesz się w domowych pieleszach – czego dowodem jest Twój blog, który nieraz podczytuję. :) Nieraz zastanawiam się w jakiej roli ja odnajdę się w przyszłości – czas pokaże... Czasami, kiedy mam tak dość swoich studiów marzę sobie o takim niespiesznym domowym zaciszu – jednak obawiam się, że szybko przestałabym doceniać jego uroki, zaczęło by mnie nosić... :)

My Slow Nice Life pisze...

Dzięki! Nie spodziewałam się odpowiedzi na wywód długości tasiemca:) A tu pięknym za nadobne:) Czyli liczy się posiadanie osobowości i "niedanie się". A teraz powiem coś okropnego, coś z perspektywy wiekowej czterdziestolatki: nie daj sobie wmówić, że domowe obowiązki nigdy się nie kończą. Jak przyjmiesz takie myślenie za prawdę i w nie uwierzysz, to po Tobie. A przecież nigdy się nie wie, co nam życie przyniesie. Może czasem coś kompletnie na przekór naszym planom. Może właśnie konieczność "utknięcia" w domu? A wtedy warto umieć się odnaleźć i nie dać pogrążyć w każdych warunkach. Tak myślcie, młode dziewczyny! Książki JESZCZE nie czytałam, ale sądzę, że właśnie tej umiejętności brakuje bohaterkom. Koniec końców, dobrze, że ktoś taką powieść napisał, bo może ktoś z niej zaczerpnie dla siebie trochę siły.

Paulina (invissible) pisze...

Chętnie przeczytam za jakiś czas, zwłaszcza, że temat jest dosyć ciekawy i nie tylko w kontekście amerykańskich realiów. :)

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...