piątek, 20 grudnia 2013 | By: Annie

"Siódmy sekret szczęścia" - Sharon Owens

                Powoli wracam do świata żywych – rodzice przylecieli wczoraj z dalekich podróży, a i ja wreszcie doczekałam wolnego na uczelni. Przede mną 18 wspaniałych dni wypełnionych po brzegi książkami, filmami i spotkaniami z najbliższymi - chwila na wyciszenie i odetchnięcie domowym klimatem – jednym słowem świąteczne lenistwo. :) A w planach mam także nadrobienie nawału zaległości recenzenckich, które koniecznie chcę uwiecznić na blogu jeszcze przed końcem roku... także mam nadzieję, że moja aktywność wzrośnie. :)

                W przedświątecznym okresie zawsze staram się wybierać lektury nieco lżejsze, wprowadzające w odpowiedni nastrój – nic przygnębiającego czy zbyt ambitnego. W tym roku zdecydowałam się podarować czas pozycji, która już od dawna cierpliwie czekała w mojej biblioteczce, odkładana „na zapas”, jako ostatnia nieprzeczytana książka bardzo lubianej przeze mnie autorki. „Siódmy sekret szczęścia” to historia Ruby, która w Wigilię traci męża w wypadku samochodowym, a następnie szyje 7 aksamitnych torebek i za ich sprawą odkrywa siedem sekretów szczęścia...

                 Mimo całego mojego wieloletniego uwielbienia do Sharon Owens muszę niestety przyznać, że początek tej książki, czyli pierwsze chwile po śmierci męża Ruby, to chyba jedna z najbardziej nierealistycznych scen jakie miałam okazję przeczytać – no po prostu tragedia. Banał za banałem, sztuczność aż odrzuca. Styl Sharon Owens doskonale sprawdza się w opisach romantycznych spacerów, popołudniowych herbatek i pięknych wnętrz. Natomiast jeśli chodzi o poważniejsze tematy to niestety wychodzą wszelkie jego mankamenty i płytkość... Na szczęście po przebrnięciu przez początek było już tylko lepiej.

                  „Siódmy sekret szczęścia” to sympatyczna lektura, bardzo lekka i optymistyczna. Może się podobać, ja nie umiem ocenić jej obiektywnie, bo mam spory sentyment do tej autorki – towarzyszy mi od lat. Nieco mnie rozczarowała, szczególnie początkiem, ale nie wiem czy to kwestia tego, że ta rzeczywiście powieść jest duża słabsza od innych pozycji autorki, czy być może pewnej już mojej wykształconej dojrzałości czytelniczej, której nabrałam przez lata - nie wierzę już bezkrytycznie w każde słowo autora – weryfikuję, oceniam, porównuję -  więcej wymagam. Mi się w miarę podobało, ale szczerze mówiąc oczekiwałam ciut więcej. Jest bardzo lekko, trochę świątecznie, ale bardzo zachwalać też nie będę. Jedna z słabszych książek autorki, a czytałam wszystkie, nie została mi już żadna... :( Polecam Wam za to gorąco wcześniejsze powieści Sharon Owens, takie jak „Tawerna przy Klonowej”, „Herbaciarnia pod Morwami”, „Dyskoteka przy Magnoliowej” – bardzo dobrze wspominam te książki, ciekawe jak odebrałabym je teraz... Zazdroszczę tym, którzy ich czytanie mają dopiero przed sobą – to dobra, ciepła i klimatyczna literatura kobieca... :)

4 komentarzy:

cyrysia pisze...

18 dni wolnego? To rzeczywiście dużo. Fajnie masz. W takim razie wypoczywaj i racz nas tutaj ciekawymi recenzjami:)
Powyższa książka zapowiada się interesująco, więc dam jej szansę jak trafi w moje ręce.

Klaudia pisze...

Sympateczna lektura, z śliczną zimową okładką! Zdecydowanie mi się podoba! Bankowo przeczytam po nowym roku, w zimowy wieczór pod kocem ; )

Magda pisze...

o! a ja jeszcze nie czytałam żadnej książki tej autorki :) niestety w najbliższym czasie raczej nie dam rady zapoznać się z jej twórczością :)

Jędrzej J pisze...

Też nie czytałem żadnej książki tej autorki, a z chęcią to nadrobię. :)

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...