sobota, 19 sierpnia 2017 | By: Annie

"Lokatorka" - JP Delaney

                 Jak widać faza na thrillery psychologiczne osiągnęła swoje apogeum. Pochłaniam książkę za książką – ciągle mi mało. A jaką mam frajdę w wyszukiwaniu kolejnych świeżynek i układaniu thrillerowych stosików! Bookworm podsunęła mi fajny pomysł stworzenia wpisu z listą najlepszych thrillerów – zrobię to z wielką przyjemnością pod koniec wakacji. Tymczasem nasycam umysł i oczy kolejnymi historiami. 

                  Tym razem sięgnęłam po pozycję mocno rozreklamowaną – może stąd moje wysokie oczekiwania i w związku z tym czuję lekkie rozczarowanie co do wyjaśnienia zagadki. Niemniej sama historia – czyli prowadzona na dwóch płaszczyznach czasowych opowieść o dwóch kobietach mieszkających w pewnym minimalistycznym, ekstrawaganckim domu w Londynie – była bardzo ciekawa. Uwielbiam gdy niewielka, zamknięta przestrzeń stanowi scenę dla rozgrywających się wydarzeń. Gdy klimat odosobnienia, zagrożenia i tajemnicy przenika karty książki... Jak wyczytałam na koniec – i co bardzo mnie zaskoczyło – autorem tej książki jest mężczyzna, co więcej, jest to znany pisarz skrywający się pod pseudonimem. Byłam przekonana, że autorką jest kobieta – tak napisać o kobiecej naturze, jej dylematach, rozterkach… a tu proszę - spore zaskoczenie. Ogólnie książka bardzo na plus, fajnie poprowadzona jest ta historia, przeszłość zgrabnie przeplata się z teraźniejszością - czysta się to wyśmienicie, trudno się oderwać. Gdyby tylko nieco lepsze, ciut bardziej dopracowane zakończenie – można by mówić o thrillerowym majstersztyku. A tak tylko skutecznie i przyjemnie zabiłam czas podczas długiego, transatlantyckiego lotu. ;)
czwartek, 17 sierpnia 2017 | By: Annie

"Widzę Cię" - Clare Mackintosh

                  Smaczek, cudna perełka wyłowiona w morzu nowości thrillerowych. Wyobraź sobie zimny, deszczowy listopad i wyczekany powrót do ciepłego, przytulnego domu. Jedziesz metrem, udało Ci się nawet usiąść – odprężasz się, tracisz czujność. Bo przecież co może Ci grozić w tłumie przysypiających podróżnych? Czytasz książkę, a może surfujesz po internecie? Nagle czujesz czyjś wzrok na karku, zimny dreszcz przechodzi wzdłuż kręgosłupa – jesteś obserwowana... Czy ten mężczyzna przypadkiem nie jechał z Tobą wczoraj? A może też i przedwczoraj..? Tłum ludzi, ale nagle czujesz się bardzo samotna… 

                 Uffff co to były za emocje. ;) Na pewno jest to jeden z lepszych i bardziej zaskakujących thrillerów, które przeczytałam w tym roku. Trzyma w napięciu, a zakończenie wbija w fotel – czyli jest dokładnie tak, jak lubię. Dodatkowy smaczek to fajnie, wyraziście zarysowane kobiece bohaterki i Londyn w tle. Gorąco polecam!!! Niezapomniana lektura, szczególnie dla osób, które jeżdżą metrem na co dzień. ;)
niedziela, 13 sierpnia 2017 | By: Annie

"Dziewczyna z Brooklynu" - Guillaume Musso

                       Musso – mój stary znajomy, papierowy partner, z którym od wielu lat łączy mnie burzliwy związek literacko-emocjonalny. Kochamy się, a potem kłócimy i  rozchodzimy, by jednak zawsze koniec końców odnaleźć się gdzieś między księgarnianymi regałami. Jedno przelotne spojrzenie, muśnięcie ręką i znów wpadam w jego sidła – daję nam kolejną szansę, bo jedno jest pewne – na pewno będzie ciekawie i niebanalnie. Wiem, że godziny w jego towarzystwie miną błyskawicznie, wiem również, że porwie mnie w nowojorsko-paryski świat intryg i wciągających zagadek. Owszem, zdarzyło się, że zostawił mnie z literackim kacem i myślą ‘nigdy więcej’, ale jednak nie tym razem – jego najnowsza powieść, „Dziewczyna z Brooklynu”, podobała mi się. I choć może nie jest to najlepsza czy najbardziej wciągająca książka jego pióra, to spędziłam w jej towarzystwie bardzo przyjemne popołudnie. Musso tym razem napisał pozycję poważniejszą i trochę nie w swoim stylu, bo bez wątku realizmu magicznego. To thriller. Co prawda porównując go do smaczków z tego gatunku, które ostatnio maniakalnie połykam jeden za drugim, to raczej szału nie ma – szczególnie jeśli chodzi o wyjaśnienie intrygi. Ale to wciąż Musso. A bez niego nie zaliczam wakacji. ;) 
sobota, 5 sierpnia 2017 | By: Annie

Nowy Jork... Miasto z marzeń.

Manhattan. Piąta rano
                       Od kilkudziesięciu godzin jestem już z powrotem na polskiej ziemi i na nowo próbuję oswoić przestrzeń naszej warszawskiej codzienności. Ciężko jednak wejść w wakacyjnie leniwy i nieco senny klimat zielonego Ursynowa, kiedy stopy wciąż myślą, iż chodzą po tętniących energią nowojorskich ulicach, a serce bije szybko i intensywnie w rytmie przejeżdżających pod stopami pociągów oraz klaksonów żółtych taksówek. Nowy Jork poraził mnie i oczarował – skradł mi serce w momencie gdy wysiadłam po raz pierwszy z metra i zadarłam głowę wprost na wieżowce Midtown. I poczułam to – nagły przypływ radości i energii, uśmiech od ucha do ucha na twarzy i jasna myśl: ‘to jest to’. Spodziewałam się, że zostanę onieśmielona, że będę czuła dystans miasta wobec małej, nic nie znaczącej przyjezdnej z prowincjonalnej Warszawy. Nic z tych rzeczy - poczułam się tam jak odwiedzając starego, dobrego przyjaciela - niemalże jak w domu – lekko i swobodnie. Zero dystansu, zero obcości, zero barier. Może dlatego, iż w Nowym Jorku jest absolutnie wszystko – to miasto imigrantów, przyjezdnych. Tak różnorodne, kolorowe, wielobarwne, że znajdzie się w nim miejsce dla każdego – odmienność jest tu w zasadzie standardem i nie budzi niczyjego zdziwienia. Łatwo można wniknąć w tłum nowojorczyków i choć przez chwilę poczuć się mieszkańcem tego wyjątkowego miasta, które z otwartymi ramionami wita nowe, chłonne umysły – w odróżnieniu np. od Paryża, gdzie co by nie robić, wciąż na kilometr pachnie się ‘tym obcym’ - turystą. 

Manhattan u stóp. Widok z Empire State Building.
                  W Mieście spędziłam w sumie 6 pełnych, intensywnych dni, wypełnionych pieszymi wędrówkami od świtu do późnej nocy. Przeszliśmy Manhattan wzdłuż i wszerz, jak również kawałek Brooklynu – odpuściliśmy natomiast Met, odpuściliśmy MoMA, odpuściliśmy Statuę Wolności, Coney Island i parę innych atrakcji – to zostawiamy sobie na następny raz. Bo nie mam wątpliwości, że taki wkrótce nastąpi. Zamiast tego skupiliśmy się na drobnych detalach miasta, którego tworzą jego duszę i klimat, a często są przegapiane przez zabieganych turystów z nosem w przewodniku. I tak oto odwiedziliśmy malutkie ludziki mieszkające na stacji metra 14St/8 Av, odbyliśmy długi spacer po East Village odkrywając przy okazji cudny antykwariat, spędziliśmy niezliczone godziny szperając w Strandzie (o tym innym razem!) oraz leniwe popołudnie w Washington Square. 30 lipca świętowaliśmy naszą pierwszą rocznicę ślubu – z tej okazji urządziliśmy sobie piknik w Central Parku oraz wjechaliśmy wieczorem na Empire State Building. Jeszcze innego dnia doświadczyliśmy bezbrzeżnego smutku wokół wciąż krwawiącej rany miasta – Ground Zero. Dzięki temu poczułam Nowy Jork – jego energię, pragnienia, różne odcienie i oblicza. Eleganckie Upper West Side i artystyczne, modne Soho. Pełne białych kołnierzyków Downtown i położone tuż obok, wyrwane jakby z zupełnie innej bajki Chinatown. Zamieszkały przez ortodoksyjnych Chasydów południowy Williamsburg i liberalne, stanowiące źródło ruchu LGBT Greenwich Village. I choć Nowy Jork nie był jedynym celem naszej wycieczki - wcześniej zwiedziliśmy również między innymi Boston i Waszyngton – to jednak ich wspomnienie blednie w obliczu myśli o Tym mieście... 

                     Zakochałam się. Bezrozumnie, bo wiem, że będę strasznie tęskniła i nie będzie mi z tą tęsknotą łatwo. I boję się nawet myśleć o tej minimalnie realnej szansie na zamieszkanie w okolicy NY, która majaczy gdzieś na horyznocie przyszłości... Ale właściwie czemu się boję? Przecież to miasto powstało z odważnych marzeń właśnie… I jest dla nich również najlepszą inspiracją.

Central Park. Widok na Upper West Side.
Turystyczne, głośne Times Square.
Greenwich Village
Uliczka w East Village.
Poranny spacer po Brooklyn Bridge.
Na promie... East River.
Chinatown
Ludziki zamieszkujące stację metra 14 St/8 Av
Widok z okna w naszym hotelowym pokoju. Ciężko było oderwać wzrok...
piątek, 21 lipca 2017 | By: Annie

American dream

                  Walizka spakowana. Już jutro lecę stęskniona przez ocean prosto w ramiona męża i zaczynamy nasze długo wyczekiwane, amerykańskie wakacje! Wątpię, żebym w trakcie podróży miała możliwości oraz skupienie do pisania na blogu, natomiast planuję wygospodarować czas na czytanie – w samolocie, na wydmach Cape Cod, w drodze podczas jazdy, w parku Boston Common, w Central Parku i gdzie tylko nadarzy się okazja. W walizce mam 9 sukienek i zero powieści – po raz pierwszy w życiu. Nastała u mnie era Kindla - co prawda nie pachnie papierem, ale jednak doceniam jego niesamowitą wygodę. ;) Planuję natomiast poszaleć po amerykańskich księgarniach – ciekawe co tam na półkach króluje. Oczywiście pokażę stosik po powrocie. Mąż zapowiedział, że będzie mnie rozpieszczał, więc zamierzam korzystać, hihi. Przy okazji spędzimy w Nowym Jorku naszą pierwszą rocznicę ślubu - can't wait. :) Oczywiście przedwyjazdowy plan czytania przewodników i samych książek o Ameryce spalił na panewce, ale nie przejmuję się - na co innego miałam akurat smaka. Jestem natomiast dumna z kilku zmian, które udało mi się wprowadzić w moim życiu w lipcu, i oby tak dalej... :)

                   Ciekawa jestem jak spodobają mi się Stany, jak odbiorę Nowy Jork... To ma być początek dłuższej znajomości, więc mam nadzieję, że się zaprzyjaźnimy.. ;)

Do napisania w sierpniu!
niedziela, 16 lipca 2017 | By: Annie

"Córeczka" - Anna Snoekstra

                      I znowu przykurzył mi się blog – to wszystko wina nagłego, odurzającego oddechu wolności i cudownego smaku wakacji, którym delektuję się na co dzień. Spotkania, spacery, kino, teatr, zakupy, ćwiczenia, zdrowe jedzenie – łapię wiatr w żagle, a także dbam o siebie i bezwstydnie się rozpieszczam – zasłużyłam. Owszem, czytam też sporo, choć jak zwykle nie tak dużo jak bym chciała – niemniej trochę lektur za mną, ale jakoś zupełnie weny nie miałam, żeby opisywać swoje perypetie czytelnicze na bieżąco. Tymczasem połknęłam kolejny thriller psychologiczny – faza zdecydowanie nie mija. Tak sobie myślę – kiedy mi się to znudzi? No bo ileż tych thrillerów można wymyślić, żeby się nie powtarzały w kółko te same historie? Chyba jednak jeszcze sporo przede mną, bo mimo iż jest to n-ty thriller w mojej karierze, to „Córeczka” zaskoczyła mnie totalnie – zakończenie czytałam z wypiekami na twarzy. I chyba właśnie dlatego, iż wciąż mnie ten gatunek potrafi naprawdę zaintrygować, zadziwić, porwać - apetyt nie mija. 

                      Owa książka to historia ukradzionej tożsamości – pewna dziewczyna w tarapatach wykorzystuje podobieństwo do zaginionej przed laty Rebeki – wkrada się w jej życie, w jej rodzinę, przyjaciół. Oczywiście przy okazji uwikłana zostaje w niewyjaśnione wydarzenia sprzed lat… Powieść jest sprawnie napisana, wciąga, a końcówka wbija w fotel. Bardzo mi się podobał ten thriller – może nie najlepszy jaki czytałam, ale zdecydowanie polecam. I już myślę jaki następny sobie zapodać – bowiem w to lato mój kindle pęka w szwach od thrillerowych lektur… :)
wtorek, 4 lipca 2017 | By: Annie

Dwa kobiece czytadła - "Dziecko last minute" i "Awaria małżeńska"

                     W pierwszym tygodniu wakacji zafundowałam swojemu umysłowi prawdziwie odmóżdżający detoks i przeczytałam aż dwa typowo babskie czytadła. Przy takich książkach odpoczywam, relaksuję się – nie myślę, nie analizuję – po prostu czytam… Poza tym ciekawa byłam ‘co w trawie piszczy’, czyli jak piszą popularne nazwiska z tej lżejszej części polskiej sceny literackiej. Na pierwszy ogień poszła nieznana mi dotychczas Natasza Socha i jej „Dziecko last minute”. Książka o późnym macierzyństwie i, jak się zorientowałam dopiero po lekturze - drugi tom trylogii, choć w sumie nie przeszkadzało mi to jakoś specjalnie podczas czytania. Powieść Sochy to lekko i sprawnie napisana pozycja, ale raczej średnio zabawna i bez większego polotu. Wydaje mi się, że okres ciąży to na tyle ciekawe źródło różnorakich anegdot i perypetii, że spokojnie można by przedstawić ten temat z większym humorem i dystansem - zachcianki, burza hormonów, zmiany zachodzące w ciele kobiety itd. - coś w stylu filmu "Jak urodzić i nie zwariować". Niby trochę tu tego jest, ale jednak wszystko jakoś tak do bólu oklepane. Moim zdaniem autorka nie wykorzystała w pełni ciążowego tematu, a w zasadzie był to jej jedyny pomysł na fabułę - szkoda. 

                      Jednak po pierwszej lekturze, którą wspominam bez zachwytu, nadeszła pora rewelacyjnej i prześmiesznej „Awarii małżeńskiej” – powieści napisanej przez Sochę w duecie z dobrze mi już znaną Magdaleną Witkiewicz. To naprawdę urocza pozycja, którą czyta się jednym tchem – jak mężczyźni radzą sobie bez kobiet w domu... Co więcej, pod płaszczykiem zabawnych sytuacji, skrywa się tu sporo mądrości na temat związków - jak to kobiety na własne życzenie potrafią sobie piekiełko zgotować - wiadomo, 'sama zrobię lepiej’. Oj tak… dało mi to do myślenia. ;) A "Awarię małżeńską" gorąco polecam!

                        W każdym razie czuję się trochę jakby ktoś mi ostatnio nieco w głowie poprzestawiał i przemeblował - ciągnie mnie bowiem do lekkiej literatury kobiecej na zmianę z thrillerami psychologicznymi, kryminałami i horrorami. Taka faza widocznie i nie zamierzam sobie żałować. ;)
piątek, 30 czerwca 2017 | By: Annie

"Mali bogowie. O znieczulicy polskich lekarzy" - Paweł Reszka

                        Czytając tę książkę miałam ochotę nieustannie kiwać głową i cytować co lepsze fragmenty wszystkim wkoło. To odpowiedź na wszystkie te nieustannie padające pytania - dlaczego lekarze emigrują? Dlaczego tyle pracują? Dlaczego wciąż nie jest lepiej? Pozycja obowiązkowa - dla każdego moim zdaniem. Dla pacjentów, żeby nie linczowali lekarza, który musi wyjść na chwilę z gabinetu, aby skorzystać z toalety. Dla samych lekarzy, którzy tkwią po uszy w chorym systemie i brakuje im dystansu. Dla rodzin lekarzy, dla studentów – absolutnie dla każdego, kto ma kontakt ze służbą zdrowia – a ma go chyba każdy, choć w różnej formie. 

                       Co ciekawe, widząc tę pozycję na półce w księgarni, od razu ją skreśliłam – myślałam, że będą to sensacyjne bzdury rodem z „Faktu”, jakieś pitu-pitu jacy ci lekarze źli, cyniczni, wyrachowani, bo chcą zarabiać więcej niż minimalna krajowa itp. – zmylił mnie podtytuł ‘o znieczulicy polskich lekarzy’. I faktycznie, jest to książka o znieczulicy, ale przede wszystkim o wywołującym ją chorym systemie, o pułapce fatalnych zarobków na początku kariery, o zderzeniu z koszmarną rzeczywistością po sześciu latach mega trudnych studiów. O tym jak ciężko jest być w tym wszystkim po prostu dobrym lekarzem - bo musisz nieustannie walczyć – o miejsce na specjalizacji (najlepiej 5 lat w bezpłatnym wolontariacie), o szkolenia, o możliwość nauki, o pomoc starszych kolegów, o pieniądze na sprzęt czy badania, i wreszcie, o czas dla pacjenta w całej tej papierkologii. Z czasem się odechciewa. Straszna to książka, bo prawdziwa – znam to częściowo z opowieści męża, znajomych... Jest też rewelacyjnie napisana, bardzo obiektywnie – powstała na bazie rozmów z lekarzami specjalistami, stażystami, rezydentami, studentami. Autor nie snuje teorii, nie forsuje jednej tezy - po prostu rozmawia... Świetny reportaż i bardzo ważna lektura.
środa, 28 czerwca 2017 | By: Annie

Rewelacja: "Dom na wzgórzu" - Peter James

                       W takt pierwszych kropel deszczu zwiastujących wieczorną burzę przeczytałam ostatnią stronę tej książki. Wyłączyłam kindla i poczułam się pełna emocji, towarzyszyła mi też lekka literacka zadyszka – jak po najlepszej obyczajówce. Dostałam bowiem dokładnie taką historię, jaką uwielbiam, jakiej poszukuję nieustannie w moich literackich szperaniach – historię o rodzinie, o domu i o dziwnych, paranormalnych zdarzeniach, które mają miejsce niedługo po przeprowadzce. Książka Petera Jamesa wbija w fotel dosłownie od pierwszej strony – serio – przeczytajcie pierwszy rozdział! Nie przypominam sobie, żeby cokolwiek ostatnio (kiedykolwiek?) wprawiło mnie w takie osłupienie. A dalej też lekko nie jest. :) Historia jest bardzo sprawnie napisana, wciąga, intryguje. Mnie zachwyciła. Fajne tło obyczajowe i pełen grozy nastrój, że aż ciarki przechodzą po plecach. Naprawdę się bałam, a jednocześnie czytałam dalej, zafascynowana opowieścią. Chcę więcej takich książek!!! Tylko gdzie je znaleźć..? Polećcie coś, błagam! Bo będę miała literackiego kaca. ;)
wtorek, 27 czerwca 2017 | By: Annie

"Czarne narcyzy" - Katarzyna Puzyńska

                     Po kolejne tomy z serii o Lipowie sięgam regularnie od dwóch lat, zgodnie z harmonogramem ich wydawania – jeden tom wczesnym latem, jeden tom jesienią. Zawsze zapisuję w notesie datę premiery i czekam... Tym razem trochę potrenowałam swoją cierpliwość, gdyż chciałam „Czarnymi narcyzami” rozpocząć wakacyjne czytanie – ciężko było mi wymyślić lepszą książkę na pierwsze letnie wylegiwanie się na kocu pod chmurką. Nie zawiodłam się. :) Tym razem w dość burzliwe życia osobiste bohaterów wpleciona została historia ludowej legendy o domu drwala we wsi Diabelec… I związane z nią czarne narcyzy oraz całkiem współczesny trup. A właściwie trzy… 

                      I cóż ja mogę napisać, żeby nie powtarzać się jak zdarta płyta… ;) Po prostu kocham tę serię – jestem wobec niej bezkrytyczna, choć owszem, dostrzegam też prostotę języka, powtórzenia itd. Ale mi to nie przeszkadza – zawsze bawię się świetnie. Uwielbiam tę duszną atmosferę małej miejscowości, duży nacisk na obyczajowość, a także ten charakterystyczny styl pisania i prowadzenia narracji. A tych, którzy jeszcze nie znają twórczości Kasi Puzyńskiej, gorąco namawiam do lektury – tylko obowiązkowo zacznijcie od tomu pierwszego, czyli „Motylka”. Natomiast Ci, którzy znają już serię o Lipowie… tych na pewno nie trzeba do dalszych części zachęcać. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...