czwartek, 25 maja 2017 | By: Annie

"Szeptucha", "Noc Kupały" - Katarzyna Berenika Miszczuk

                   Gdzieś podczas picia mrożonej kawy i pośród innych majowych lektur połknęłam również dwa pierwsze tomy z serii Kwiat Paproci – historii o alternatywnej Polsce, w której Mieszko I nie przyjął chrztu, słowiańscy bogowie są wciąż żywi, a każdy absolwent medycyny musi odbyć obowiązkową praktykę u Szeptuchy. I tak oto przeniosłam się na wieś, gdzie staż odbywa urocza lekarka-hipochondryczka Gosia, a przy okazji przeżywa liczne przygody, zakochuje się i walczy z upiorami.

                    Bardzo lubię słowiańską mitologię, te wszystkie strzygi, rusałki, utopce i wąpierze silnie działają na moją wyobraźnię. Zostało mi to chyba po krótkim zachłyśnięciu się twórczością Sapkowskiego wiele lat temu, w każdym razie mam duży sentyment i życzliwość do tej tematyki. Najsłabszy punkt książek Miszczuk to zdecydowanie wątek miłosny - natomiast reszta - szczególnie ogrom wiedzy na temat słowiańskiej mitologii - strzał w dziesiątkę, moim zdaniem. Jednocześnie muszę przyznać, iż seria jest głupiutka, leciutka, ale też niezwykle urocza, zabawna i czyta się ją wyśmienicie – na przewietrzenie głowy, relaks – jak najbardziej tak, choć pewnie bardziej dla osób poszukujących ciekawego czytadła, niż dla fanów rasowej fantastyki. Ja lubię czasem sięgnąć po tego typu lekturę - nie ma w tym logiki - nachodzi mnie ochota, smak, więc zaspokajam potrzebę. Takie książki mają swój urok, szczególnie wiosną, gdy przyroda budzi się do życia, ptaszki śpiewają, a bez odurza zapachem, więc siłą rzeczy brakuje skupienia do poważniejszych lektur. ;) Pierwsza część podobała mi się ciut bardziej niż druga, niemniej i tak ostrzę sobie już ząbki na świeżo wydaną część trzecią...
poniedziałek, 22 maja 2017 | By: Annie

Targi 2017

                  No i mamy maj, a w zasadzie jego końcówkę. :) To truizm, ale ja naprawdę nie wiem, gdzie te dni uciekają... Tyle się dzieje - spotkania, wydarzenia kulturalne, dopinanie planów, finisz studiów. W tym wszystkim staramy się z mężem spędzać wspólnie jak najwięcej czasu, delektujemy się piękną wiosną - wieczorne spacery w chmurze odurzających, kwiatowych zapachów to nasza nowa rutyna. Fajnie i produktywnie mijają nam te majowe dni, choć zdecydowanie za szybko! Na blogu cisza, ale to wcale nie dlatego, że nie mam czasu czytać – wręcz przeciwnie. Po prostu nie byłam w stanie pisać jednocześnie pracy magisterskiej i notek, bo wychodziły mi jakieś dziwne naukowo-recenzenckie hybrydy. ;) Tymczasem spędziłam trzy cudne dni na Targach Książki. I taki oto stosik przytachałam na raty do domu.

                      Udało mi się upolować mnóstwo ciekawych pozycji, w dodatku w bardzo okazyjnych cenach. Dosłownie rzuciłam się na stoisko Dowodów na Istnienie (reportaże po 10 zł!), pogrzebałam w koszach przed wejściem, planuję również sentymentalny powrót do twórczości Siesickiej. Do tego złowiłam sporo smakowitych nowości i kilka od dawna poszukiwanych perełek. Przy okazji pozwolę sobie ponarzekać tu na pewne wydawnictwa, które  zdecydowanie nie poszalały z rabatami – co to jest marne 20% Rebisu czy 15% Wydawnictwa Literackiego... No nic, zatem wypisałam sobie ich tytuły i zamówię te książki na Bonito. ;) Wisienką na torcie była dla mnie rozmowa z Michałem Alenowiczem, założycielem mojego ukochanego wydawnictwa Wiatr od Morza. Wielki zaszczyt dla mnie, a na pamiątkę została mi śliczna torba-prezent. Cudne to były dni, szkoda, że następne Targi dopiero za rok… Na pocieszenie mam stosik. Ciekawe czy dam radę cały przeczytać w ciągu najbliższych 12 miesięcy..?

sobota, 13 maja 2017 | By: Annie

"Behawiorysta" - Remigiusz Mróz

                Obok powieści Remigiusza Mroza przechodziłam dotychczas z pełną konsekwencji obojętnością. Podejrzana wydawała mi się ta jego pisarska płodność - publikowanie czterech czy pięciu książek rocznie lokuje go podejrzanie blisko takich postaci, jak na przykład słynna ze swojego pisarskiego tempa, ale wcale nie z dobrej literatury, Katarzyna Michalak. Wiadomo, za ilością rzadko idzie jakość, szczególnie ta literacka. Niemniej uległam namowom rodziców i sięgnęłam po „Behawiorystę” – opowieść o byłym prokuratorze, znawcy ludzkich zachowań, który rusza w pościg za niebezpiecznym przestępcą. To tak w telegraficznym skrócie.

                  Jeśli chodzi o styl, to książka jest 'po prostu napisana' - tak po lekturze stwierdził mój mąż i uważam, że idealnie uchwycił istotę rzeczy (podobnie jest z resztą w przypadku powieści Katarzyny Puzyńskiej). Nie ma tu wybitnych walorów językowych czy pięknych, bogatych opisów – chodzi raczej o opowiedzianą historię, a jest to zrobione tak umiejętnie, że naprawdę nie dziwię się już zachwytom i rzeszom fanów, którzy wyczekują premiery każdej kolejnej pozycji Mroza. Bowiem „Behawiorystę” czyta się po prostu świetnie – historia wciąga, porywa, co chwila zaskakuje nagłym zwrotem akcji. Bardzo podobała mi się niejednoznaczność moralna – nie ma tu czarno-białych skrótów i uproszczeń. Nie jest to błaha i lekka książka, oj nie - to konfrontacja z ciemną stroną ludzkiej duszy i jak na takie 'czytadło' jest to wejrzenie zaskakująco głębokie, gorzkie i dojrzałe. Cóż, muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem pomysłowości, inteligencji oraz wiedzy i przygotowania autora, szczególnie w kontekście jego zawrotnego pisarskiego tempa. Czy Remigiusz Mróz zyskał nową fankę? Hmmm, chyba jeszcze nie, ale na pewno jest na dobrej drodze… :)
niedziela, 7 maja 2017 | By: Annie

"Kocham Nowy Jork" - Isabelle Laflèche

                     Czytanie książek trudniejszych i ambitniejszych to dla mnie aktualnie nie lada wyzwanie. Brakuje mi skupienia do tych bardziej wymagających lektur, szczególnie gdy głowa dymi od planowania, zgrywania terminów, załatwiania tysiąca drobnych spraw i pisania pracy magisterskiej. Dużo się dzieje i mam nadzieję, że wkrótce będę mogła się pochwalić. A w międzyczasie postanowiłam się nie katować - na wszystko jest właściwa pora, na wyzwania i zdobywanie literackich Mount Everestów też przyjedzie jeszcze czas. Czytanie ma być przede wszystkim przyjemnością – tak postanowiłam:). W ramach relaksu i odprężenia sięgam zatem po lekkie, przyjemne powieści lub thrillery psychologiczne – na co akurat najdzie mnie smak, a czytam w ostatnim czasie naprawdę sporo. 

                        „Kocham Nowy Jork” przeczytałam jakby mimochodem, gdzieś tam w biegu, ani się obejrzałam i byłam już na ostatniej stronie. Miała to być moja książka ‘torebkowa’, ale tak mnie wciągnęła, że czytałam również w domu. Jakbym miała określić ją dwoma słowami to byłyby to po prostu stwierdzenie ‘przyjemne czytadło’. Pamiętam, że kiedyś sporo radości sprawiało mi pochłanianie tego typu chick-lit głupotek – był to czas kiedy zaczytywałam się w powieściach Sophie Kinselli, Lauren Weisberger czy Candace Bushnell. Wielkie miasto, kariera, zakupy, przebojowa singielka i bogaty książę na horyzoncie. Smaczkiem było ukazanie pracy w nowojorskiej korporacji – oj nie zazdroszczę… ;) Polecam, ale na takie książki trzeba mieć nastrój i ochotę, w przeciwnym wypadku mogą irytować swoja błahością, powierzchownością. Mnie się podobało, ale nie będę jakoś specjalnie zachwalać i reklamować, że warto, że koniecznie trzeba itd. Co kto lubi:)
środa, 26 kwietnia 2017 | By: Annie

"Nie jesteśmy gotowi" - Meg Little Reilly

                  Chyba w głowie każdego mola książkowego tkwi gdzieś głęboko ukryte marzenie, żeby choć na parę dni utknąć w domu, zostać odciętym od świata przez złą pogodę, oczywiście z zapasem dobrych książek, świec oraz pysznego jedzenia – i móc bezkarnie poświecić ten czas niczym niezmąconej lekturze. Najlepiej dołożyć do tego ukochanego mężczyznę u boku, ogień w kominku i wichurę za oknem - dlatego historie w stylu „Nie jesteśmy gotowi” to pożywka dla wyobraźni, a przynajmniej na moją działają bardzo intensywnie. Owa książka to przede wszystkim zapis przygotowań przed Wielką Burzą, która ma wkrótce nadciągnąć nad wschodnie Stany. To powieść obyczajowa, nie apokaliptyczna dystopia – obdarta ze złudzeń kronika upadku ludzkich relacji w obliczu nadciągającego kataklizmu. 

                  Znacie to uczucie podczas burzy – delikatny niepokój, ale podszyty też ekscytacją i błogim poczuciem bezpieczeństwa, które smakuje znacznie lepiej zestawione w kontraście z żywiołem szalejącym tuż za oknem..? Czy jest coś przyjemniejszego niż w ciszy późnego wieczoru, we własnym przytulnym i ciepłym łóżku, czytać niezwykle sugestywną opowieść o nadciągającym kataklizmie..? Właśnie takie odczucia towarzyszyły mi względem lektury "Nie jesteśmy gotowi". Pomysł na książkę jest moim zdaniem genialny, natomiast samo wykonanie niestety szwankuje. Autorka nie ma łatwości w formułowaniu myśli, nie ma tej przychodzącej naturalnie klarowności, która poraża np. u McEwana – prosto i do sedna, jedno zdanie, które potrafi uchwycić sens, głębię i jeszcze trzy znaczenia w tle. Natomiast Meg Little Reilly kręci się wokół tematu, ale go nie dotyka, postacie wymykają się jej słowom i mimo mnóstwa opisów są niewyraźne, nierzeczywiste. Poza tym to książka z wyraźnie postawioną tezą, przez co bohaterowie momentami odgrywają sztuczne scenki – przy okazji rozmowy ktoś wygłasza umoralniający wykład o zmieniającym się środowisku itd. 

                 "Nie jesteśmy gotowi" to ciekawa, klimatyczna historia, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mogła być lepiej, sprawniej napisana... Niemniej nie żałuję, że przeczytałam, to wciąż całkiem udana powieść, tyle że bez szału i fajerwerków pięknej literatury. Moja wizja tej książki po prostu nie do końca pokryła się z tym, co faktycznie otrzymałam. Natomiast odkryciem są dla mnie trzy cudne wiersze z XIX wieku, napisane przez vermonckich autorów - ich czytanie sprawiło mi mnóstwo radości i satysfakcji, co mnie samą mocno zaskoczyło. Czyżbym jednak potrafiła delektować się poezją? :)
poniedziałek, 24 kwietnia 2017 | By: Annie

"Za zamkniętymi drzwiami" - B.A. Paris

                    Czytanie od zawsze postrzegam jako strefę niczym nieograniczonej wolności. Czytam wiele książek na raz, czytam zachłannie, pazernie, gdzie chcę i kiedy chcę – a przede wszystkim sama decyduję CO czytam. Jednak gdy widzę daną powieść na billboardach, kiedy podnoszę wzrok i odkrywam, że właśnie pochłania ją pani siedząca naprzeciwko mnie w metrze, podczas spotkania poleca mi ją przyjaciółka, a w momencie gdy zaglądam do własnej torebki i w niej również znajduję tę samą książkę, to wiem, że mój wolny wybór to tylko złudzenie. ;) W każdym razie z przyjemnością przeczytałam ten wielki bestseller. Nauczona rozczarowaniami typu „Dziewczyna z pociągu” nie miałam wielkich oczekiwań, nie przejrzałam nawet streszczenia. Widziałam tylko ten napis na okładce – ‘Perfekcyjna para? Doskonałe małżeństwo? Czy idealne kłamstwo?’. Jako świeżo upieczonej żonie więcej mi nie trzeba było, ciekawość została włączona. ;) Przede wszystkim książka jest bardzo umiejętnie napisana - wciąga, powoli narastające napięcie ciągle trzyma w niepewności i w nerwach, historia porywa. Na swój sposób jest to też bardzo przejmująca, przerażająca lektura, co może się kryć 'za zamkniętymi drzwiami', pod powłoczką pięknych pozorów, których nikomu nie chce się zgłębiać. Świetny thriller, naprawdę mega pozytywne zaskoczenie!
poniedziałek, 17 kwietnia 2017 | By: Annie

"Dziennika kasztelana" - Evžen Boček

                        Pogoda pokrzyżowała nasze wyjazdowe plany, niemniej i tak postanowiłam odbyć w tym tygodniu podróż do Czech – tyle, że literacką. Z deszczem zacinającym o parapet i kubkiem gorącej herbaty pod ręką wczorajsze popołudnie spędziłam zatopiona w nastrojowej lekturze dziennika pewnego zamkowego kasztelana. Muszę przyznać, że niesamowicie podobała mi się ta książka. Ten klimat… aż miałam ciarki na plecach! Nad każdą stroną unosi się bowiem mroczna i deszczowa aura wyludnionego zamku, pełnego pustych pokoi i historii sprzed lat. Tajemnicze odgłosy, dziwaczni pracownicy, a do tego kilka osobistych dramatów. Nie mogłam się oderwać – pozycję tę przeczytałam niemal ‘na raz’ (z przerwą na zaparzenie kolejnej herbaty), co od dawna mi się nie zdarzyło, muszę przyznać. Nie jest to jednak kolejna zabawna i lekka historyjka jak „Arystokratka” – to raczej mroczna, smutna, nostalgiczna opowieść, chociaż gdzieś tam w tle nadal przebija charakterystyczny dla autora ‘czarny humor’. Mało optymistyczna lektura, ale za to wzbudziła we mnie naprawdę silne emocje, czytałam z wypiekami na twarzy i gryząc paznokcie z nerwów. Świetna, niebanalna, ale też i nieco melancholijna rozrywka. Coś wyjątkowego, gorąco polecam!
sobota, 15 kwietnia 2017 | By: Annie

"Grzeczna dziewczynka" - Mary Kubica

                       Dotychczas miałam chyba sporo szczęścia w doborze thrillerów psychologicznych, trafiały mi się bowiem same smaczki i page-turnery. Natomiast teraz w ręce wpadła mi pozycja mocno przeciętna – ani klimat, ani intryga zdecydowanie nie powalają. Powiem wręcz, że przez pierwszych 250 stron wynudziłam się jak mops, dopiero później akcja nieco bardziej się rozkręciła... 

                     Córka wpływowego sędziego, Mia, została uprowadzona i jest przetrzymywana w domku gdzieś w leśnej głuszy. Wydarzenia poznajemy dwutorowo – fragmenty z przebiegu porwania mieszają się z tymi już po uwolnieniu. W zasadzie przez większość książki niewiele się dzieje, a bohaterowie są irytująco płascy i mało wiarygodni. Psychologia oraz logika opisywanych wydarzeń naprawdę mocno kuleją - to chyba najsłabsza strona tej historii. Ani przez chwilę nie czułam się też zaintrygowana czy zaciekawiona - wręcz przeciwnie - zmuszałam się do przekręcania kolejnych stron, marzyłam, żeby wreszcie skończyć tę wymęczoną lekturę. "Grzeczna dziewczynka" to po prostu baaardzo przeciętny i mocno przegadany thriller, można przeczytać, nie kłuje w oczy, ale w zasadzie po co? Mam nadzieję, że za zakrętem czekają już na mnie znacznie lepsze powieści. Swoją drogą tak sobie myślę - czy obwieszczanie wszem i wobec przez wydawcę, że to druga „Zaginiona dziewczyna”, nie jest w pewnym sensie spoilerem… Hmmm?
wtorek, 11 kwietnia 2017 | By: Annie

Oda do czytania, czyli bibliofilska perełka: "Prześlę Panu list i klucz" Marii Pruszkowskiej

                      Dziwię się, dziwię i nadziwić się nie mogę – czemu nikt tej cudownej książek nie wznawia? Czemu jej zdobycie i przeczytanie graniczy z cudem? Czemu ona i inne jej podobne, wyjątkowe perełki, latami leżą zapomniane, czasem tylko ktoś na blogach odkurzy na chwilę pamięć o nich. A jednocześnie tłumaczone i promowane są stosy literatury obcej, wydawcy wynajdują przeróżne cuda-wianki na zagranicznych rynkach – nie mam nic przeciwko, natomiast czemu nikt w międzyczasie po prostu nie wznowi tej legendarnej, bibliofilskiej, gotowej do wydania książeczki?! Normalnie krew mnie zalewa  jak o tym pomyślę – że TAKA powieść nie jest powszechnie czytana, że nie trafia do szerokiego grona czytelników... Ufff, wybaczcie, ale musiałam na wstępie dać ujście swojej czytelniczej frustracji… Książka jest absolutnie wyjątkowa i mam ochotę ją polecać i wciskać do czytania każdemu, kogo znam.

                      „Prześlę Panu list i klucz” to bowiem cudnej maści opowieść o pewnej wyjątkowej rodzinie - ojcu-bibliofilu, dwóch zaczytanych córkach i matce, która jakoś próbuje ogarnąć to zatopione w lekturze towarzystwo. Książka to przede wszystkim zapis ich literackich przygód - w tle siostry dorastają, dojrzewają, przeżywają pierwsze miłości… Na każdym kroku towarzyszy im oczywiście literatura, która nie raz potrafi też nieźle namieszać w ich życiach. 

                        Jest to cudownie bibliofilska, ciepła, pozytywna i zabawna lektura. Zanurzenie w innym, lepszym, bezpiecznym świecie, który otula pozytywnymi emocjami. Zupełnie jakbym czytała o bratnich, serdecznych duszach, a częściowo nawet o sobie - myślę, że każdy książkoholik będzie miał podobne wrażenie. Bo kto zrozumie nas lepiej niż drugi mól książkowy? Potrzeba liter, ta niemożność oderwania się od lektury, która opętuje umysł, to uczucie ekscytacji, niepewności przy rozpoczynaniu nowej powieści - czy jest coś cudowniejszego? Gimnastyka przy posiłkach – jakby tu poczytać, kiedy książka zamyka się sama. Kombinowanie jak poświęcić na lekturę choć z 10 minut dłużej – dlatego jeżdżę metrem, mimo że obiektywnie mam dalej na uczelnię. Ta granicząca z obsesją fascynacja, karmienie się literami, ten ogrom radości, który wyzwala każda nowa książka i radar wykrywający najbliższą księgarnię. Ach, a jakby tak dało się wejść do literackiego świata stworzonego przez Marię Pruszkowską i porozmawiać z bohaterkami… ciekawa jestem co czytałyby współcześnie – bo rzecz dzieje się w 20-leciu międzywojennym. Czy podobałby im się McEwan? A Twardoch? Czy czytałyby kryminały? Co sądziłyby o Knausgardzie? Ahhh, czemu nikt nie napisze podobnej powieści, tylko dziejącej się współcześnie??

                     Naprawdę gorąco polecam, i to skacząc z zachwytu i szczęścia, że udało mi się wreszcie przeczytać tę książkę. Z drugiej strony to trochę perfidne z mojej strony -  pozycji tej bowiem nie ma w księgarniach, nie ma w antykwariatach, nie ma jej również w bibliotekach. Można natomiast wyszperać ebooka gdzieś tam w odmętach internetu. Po długim polowaniu udało mi się wreszcie zdobyć własny egzemplarz na allegro, z – uwaga – 1962 roku. Książka się rozlatuje, ale jest moja - jeden z cenniejszych skarbów w mojej biblioteczce, który pojedzie ze mną nawet na koniec świata!!!


*****

Na deser kilka cudnych cytatów… Smaczki. Choć w zasadzie mogłabym tu cytować pół książki:

Istotą życia Ojca były książki. Czytał przy jedzeniu, czytał w pociągu i w tramwaju, i na przystanku. Czytał po południu w fotelu, wieczorem w łóżku. Najważniejsze obowiązki życiowe odwalał – można by powiedzieć – szybko, uczciwie i precyzyjnie, nie wkładając w nie serca ani zapału. Odwalał je też cierpliwie, nigdy się nie buntując, ażeby kupić sobie prawo do zatracenia się w książkach podczas godzin należących do niego.”

Ojciec uważał, że książki, której nie ma się zamiaru czytać powtórnie, nie warto czytać po raz pierwszy.”

Dla mnie pozostała najważniejsza i najcięższa część przedwyjazdowych kłopotów, czyli zdecydowanie się na lekturę do pociągu.”

Zawsze chciałam tak żyć jak Mizia z Lusią. Zwyczajnie. Pójść do biura, odbębnić te siedem godzin, a potem mieć czas na książki, kino, teatr.”

Tak się zaczytałam, że jak zawsze przy dobrej książce ja jako ja przestałam dla siebie istnieć.”

Jak się teraz zastanawiam nad sobą, to doszłam do przekonania, że niczego nie chcę, do niczego nie dążę. Po prostu – tylko jestem.(…) Przyglądam się życiu. Nie czuję żadnego braku. Pracuję. Czytam książki i jestem bardzo szczęśliwa.”

O zmaganiach bohaterów Londona z wroga człowiekowi przyrodą przyjemnie jest czytać siedząc w wygodnym fotelu, przy ciepłym piecu, z mruczącym kotem na kolanach. Gorzej jest, gdy ze względów rodzinnych trzeba brać czynny udział w przygodach z podrabianego Londona.”

Owszem, trzeba naprzód iść, ale nie lecieć, jak pies z wywieszonym językiem, bo i tak nie dogonisz wszystkich książek, nie poznasz i nie przetrawisz wszystkiego.”
poniedziałek, 10 kwietnia 2017 | By: Annie

"Czasem warto zabić" - Peter Swanson

                           Są takie motywy w literaturze sensacyjno-kryminalnej, które pociągają mnie wyjątkowo mocno. Należą do nich statki, pociągi, gwałtowne i katastroficzne zjawiska pogodowe, domy na odludziu, morderstwa popełnione w niewielkiej, zamkniętej grupce osób, wątki bibliofilskie oraz, oczywiście, lotniska. Nic dziwnego zatem, że okładka oraz opis książki „Czasem warto zabić” silnie podziałały na moją wyobraźnię… Opóźniony samolot, przypadkowe spotkanie dwójki obcych ludzi w lotniskowym barze. Od słowa do słowa zaczynają się zwierzać – on wyjawia, że myśli o zabiciu swojej żony. Ona proponuje mu pomoc w realizacji tego planu… Kim jest ta tajemnicza kobieta? Kto w tej książce jest dobry, a kto zły? I czy istnieje coś takiego jak 'usprawiedliwione morderstwo'..?

                          Owa książka to druga pozycja pióra Petera Swansona, którą miałam okazję przeczytać, w dodatku w dość krótkim odstępie czasu. Myślę zatem, że mogę pokusić się tu o małe porównanie i kilka spostrzeżeń. Przede wszystkim ciekawie było wychwytywać motywy, które pojawiają się w obu tych książkach, takie drobniutkie, wspólne detale – bohaterowie jedzą te same kanapki, przewija się wątek podglądania przez okno czytającej kobiety oraz fascynacja ‘uzasadnionym morderstwem’. Interesująca była ta możliwość zerknięcia na książkę jakby nieco od zaplecza - co autorowi ‘ciągle w głowie siedzi’. Jednak „Czasem warto zabić” to przede wszystkim misternie utkana, bardzo dopracowana i pełna zaskoczeń intryga. Natomiast gdy myślę o „Każdym jej strachu” to wiem, że urzekła mnie głównie otoczka, nastrój – deszczowy Boston, tajemniczy apartamentowiec - zdecydowanie. Tu trochę mi zbrakło takiego dreszczyku niepokoju na plecach, doszłam też do wniosku, iż w thrillerach cenię sobie chyba jednak bardziej pełen napięcia klimat, a sama intryga ma dla mnie ciut mniejsze znaczenie. I tak sercem wciąż jestem przy „Każdym jej strachu”, natomiast „Czasem warto zabić” doceniam i w pełni podziwiam kunszt, umiejętność wodzenia czytelnika za nos - co krok to zaskoczenie, w dodatku jest to świetnie napisane. Czytałam z zapartym tchem. Obie książki gorąco polecam, myślę, że „Czasem warto zabić” nie zwiedzie fanów takich pozycji jak „Zaginiona dziewczyna”. Co więcej, na podstawie tej powieści powstaje właśnie film w reżyserii Agnieszki Holland, rolę główną zagra podobno Amber Heard. Na pewno wybiorę się do kina!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...