sobota, 18 stycznia 2020 | By: Annie

"Krysia. Mała książka wielkich spraw" - Michalina Grzesiak

                     Miła, przyjemna i zabawna książka o macierzyństwie - krótki, lekki przecinek pośród innych lektur. Sięgnęłam po nią w zeszłym tygodniu, żeby trochę przewietrzyć głowę i wyluzować - wymiana rur gazowych w całym bloku dała się nam bowiem mocno we znaki. Owa pozycja to nie poradnik, a raczej zbiór wielu krótkich historyjek, ciekawych i dających do myślenia spostrzeżeń, anegdotek i najlepszych tekstów pewnej zaradnej, kilkuletniej Krysi. Opowiedziane z punktu widzenia matki, która dzielnie walczy z rzeczywistością, z nieobecnością męża, z ciągłym brakiem czasu - a to wszystko ubrane w dużą dawkę ciętego humoru i ironii. Bo rodzicielska codzienność nie zawsze bywa łaskawa, ale jest za to nieustannie rozjaśniania promyczkami słońca - obecnością dzieci, które jak męczące by nie były, to jednak jak nikt potrafią jednym gestem czy słowem poprawić nastrój i przywrócić wiarę w świat. Jest szczerze, nielukrowato, z początku trochę trudno było mi się wgryźć w styl pisania autorki, ale dość szybko wszystko zaklikało. Dla mnie ta książka to był taki krótki podgląd przyszłości - jak to będzie za parę lat z moją własną, rezolutną i żywiołową córeczką. I powiem szczerze, że nie mogę się doczekać! 😉

"Mrucząca pralka, namydlone szklanki i niedokończone kanapki zupełnie nam nie przeszkadzały (...). Kolejny rozgrzebany wieczór wnosił do domu ciepły chaos, w którym każdy walczył o atencję. Gdyby ktoś obserwował nas z zewnątrz, pomyślałby, że we wszystkim tonę, podczas gdy ja tak naprawdę unosiłam się na morzu sprawnie, nie zwracając uwagi na stan łajby, na pokładzie której witałam codzienne sztormy."

"Brak dolnej jedynki odebrał jej nieco z zadziorności i nawet najpoważniejsze zdania brzmiały jak pokryte pluszem."

"Możemy się jedynie starać, w coś wierzyć, ale przede wszystkim musimy kochać do szaleństwa. Tylko ten drogowskaz ma realną szansę wskazać dziecku dobrą drogę."
niedziela, 12 stycznia 2020 | By: Annie

"Równonoc" - Anna Fryczkowska

                        To już druga pozycja przeczytana wspólnie z Mamą w ramach naszego małego, bo dwuosobowego klubu czytelniczego, w którym co miesiąc, z puli wcześniej wybranych książek - raczej ambitniejszych, takich które zbyt długo czekają na półce 'do-przeczytania' - Laurka wylosowuje nam jedną karteczkę z tytułem. Tym razem padło na "Równonoc" Anny Fryczkowskiej - opartą na faktach opowieść o zaginięciu czterech nastoletnich chłopców pod koniec lat 90' w województwie zachodniopomorskim. Przypadkowa zbieżność czy grasujący seryjny morderca? Jednak wbrew pozorom to nie kryminał, a rasowa proza obyczajowa, która z perspektywy rodzica usiłuje opisać rzecz absolutnie nieopisywalną - dziurę w sercu o rozmiarach całego wszechświata, nieskończony strach i niepokój rodzica, który stracił swoje dziecko. Mamy możliwość obserwowania bohaterów na wielu płaszczyznach - czasowej, małżeńskiej, religijnej - widzimy różne podejścia, różne sposoby radzenia sobie z tragedią, kolejne stadia żałoby. Jest w tych portretach coś niezwykle intymnego, szczerego, poruszającego - uwierzyłam w każde słowo.

                         Od kiedy sama zostałam mamą omijam tego typu lektury szerokim łukiem i przyznam, że po "Równonoc" byłam w stanie sięgnąć tylko dlatego, że opowiada o nastolatkach. A i tak ładunek emocjonalny był ogromny. To kolejna pozycja z serii Na F/Aktach wydawnictwa Od Deski Do Deski, którą przeczytałam i ponownie się nie zawiodłam. Książkę się dosłownie połyka, jest świetnie napisana. Chwyta za serce, daje do myślenia, porusza. W ramach czepialstwa - troszkę zabrakło mi sprecyzowania co jest fikcją, a co prawdą, co domysłem, a co gołym faktem. Czy autorka faktycznie rozmawiała z rodzinami? Co z postacią księdza? Na szczęście trochę poszperałam i okazało się, że doskonałym uzupełnieniem lektury jest wywiad dostępny TUTAJ.

                          Książki Anny Fryczkowskiej czytuję regularnie od lat, to jedna z moich ulubionych polskich pisarek. A "Równonoc" to moim zdaniem najlepsza i zdecydowanie najdojrzalsza pozycja w całym jej dorobku. Gorąco polecam!
niedziela, 5 stycznia 2020 | By: Annie

"Zwierzenia popkulturalne" - Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

                      Rok 2020 literacko zaczynam z bardzo mocnym przytupem - od lektury świetnie napisanej, błyskotliwej, inspirującej oraz - moim zdaniem - szalenie wartościowej. Niestety, nie widzę nigdzie jej reklam, recenzji, polecanek - wielka szkoda! Nie przegapcie zatem tej pozycji, bo jeśli choć odrobinę intryguje Was fascynujący świat filmów i popkultury ogółem, a także zjawiska socjologiczne z nimi powiązane - to będzie to czytelniczy strzał w dziesiątkę. Mowa tu o książce "Zwierzenia popkulturalne" Katarzyny Czajki-Kominiarczuk - autorki kultowego już bloga Zwierz popkulturalny, którego, przyznam ze wstydem, nigdy nie czytałam (choć teraz żarliwie nadrabiam!). Myślę, że jest to o tyle warte zaznaczania, bo wszystkie teksty zawarte w książce stanowiły dla mnie zupełną, fascynującą nowość, a jednocześnie nie umiem ocenić ich na tle treści bloga. Owa książka to bowiem zbiór szeroko rozumianych felietonów i przemyśleń autorki, dotykających przeróżnych tematów popkulturalnych - zaczynając od zjawiska binge-watchingu, przez naukę analizowania wyników box office i kategorii wiekowych, trudny wybór ulubionego filmu i historię romansu kina z popcornem, kwestie dubbingu, spoilerów, upodobania twórców komedii romantycznych do lotnisk, aż po kinowy savoir-vivre czy charakterystykę porównawczą współczesnych postaci Sherlocka Holmesa. A to raptem tylko kilka pierwszych przykładów z brzegu.

                       Kilka uwag. Choć tytuł może nieco błędnie sugerować, że jest to książka o szeroko rozumianej popkulturze, to myślę, że aby uniknąć potencjalnego rozczarowania, warto sprecyzować, iż autorka skupia się tylko na filmach i serialach. Na próżno szukać tu nawiązań do świata książek, muzyki czy sztuki. Mam również wrażenie, że Zwierzowi parę razy nie udało się niestety uciec od lekkiego naciągania toku rozumowania i przytaczania przykładów ciut na siłę pod uprzednio postawioną tezę. Nie złapałam jej ani razu za rękę, to moje czysto subiektywne odczucia, niemniej jest to na tyle subtelne, że nie przeszkadza w lekturze i jest jak najbardziej wybaczalne. Marzyłoby mi się także jeszcze więcej przykładów filmów, aktorów, historii do każdego z poruszanych tematów, ale to ten typ książki, którą mogłabym czytać w nieskończoność, więc szczerze nie sądzę, że jakakolwiek ilość byłaby dla mnie w pełni satysfakcjonująca. Jeden, najbardziej dokuczliwy minus to kiepska korekta - niestety, w tekście znajduje się sporo literówek, powtórzeń, błędów stylistycznych. Szkoda, że książka nie znalazła się pod skrzydłami jakiegoś większego, 'silniejszego' wydawnictwa - z korektą z prawdziwego zdarzenia oraz zapleczem finansowym na promocję tytułu - bo dla mnie ewidentnie ma potencjał na naprawdę wartościowy bestseller, a boję się, że zniknie gdzieś bez echa w tłumie...

                        Wyliczam tu same 'zarzuty', ale właśnie na ich tle chcę podkreślić, jak bardzo podobała mi się ta lektura - do tego stopnia, że nijak nie umniejszają one jej wartości w moich oczach i nadal będę ją gorąco wszystkim polecała. Dużo sympatii wzbudziła we mnie również sama autorka - jest bardzo dowcipna i, co ważniejsze, zupełnie wyzbyta jakiegokolwiek snobizmu. Zarówno jej styl pisania, jak i samo podejście do filmów i seriali jest bardzo wyrozumiałe, nie oceniające, na luzie. Dla mnie "Zwierzenia popkulturalne" to lektura niemal idealna - stanowiąca swego rodzaju przewodnik, drogowskaz dla współczesnych widzów. Może nie dla małej grupki tych najbardziej wysublimowanych, którzy do śniadania oglądają niezależne kino węgierskie z lat 50', ale dla tych zwyczajnych, którzy z przyjemnością odpalają wieczorem serial z Netflixa, lubią chodzić do kina, a jednocześnie nie mają pretensji do tytułu znawcy czy eksperta, i chcą nieco poszerzyć swoją wiedzę oraz horyzonty. Ja właśnie siebie umiejscawiam w tej drugiej kategorii, a po zakończonej lekturze faktycznie czuję się mądrzejsza, wzbogacona, również moje spojrzenie na pewne filmowe kwestie uległo znacznemu rozwinięciu. Jednocześnie książka stanowi też po prostu niesamowicie wciągającą i przyjemną rozrywkę - nie mogłam się oderwać! Lekkie pióro, dużo dowcipu - czyta się to znakomicie. Gorąco polecam!!!
środa, 1 stycznia 2020 | By: Annie

Podsumowanie roku 2019

                     Rok 2019 zapamiętam przede wszystkim jako rok, w którym pełnoetatowo spełniałam się w roli mamy małego ludzika. Pierwsze posiłki, pierwsze kroki, pierwsze słowa - aż ciężko uwierzyć ile nowego taki maluch potrafi się w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy nauczyć! Ponadto był to rok, w którym zaliczyliśmy nasz pierwszy większy wyjazd we trójkę, a także rok, w którym mój kochany mąż zakończył postudiowe, beztroskie stażowanie i w listopadzie rozpoczął już bardzo 'na serio' pracę na etacie lekarza rezydenta w szpitalu. Gdzieś w tle tego wszystkiego przeczytałam natomiast aż 69 książek - wszystkie tytuły TUTAJ. Szczerze mówiąc jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą liczbą, nie czyniłam żadnych założeń czy planów, nie spodziewałam się tak dobrego wyniku. Czytałam przede wszystkim na kindlu, a przez to, że mam abonament w Legimi, łakomie sięgałam głównie po nowości, za przewodnika mając jedynie swój czytelniczy instynkt. I przyznam, że intuicja nie zawiodła mnie - przeczytałam całkiem sporo naprawdę fajnych książek. Co wyróżnia ten rok czytelniczo to fakt, iż nagle poczułam dziwną miętę do horroru - i planuję konsekwentnie pogłębiać tę fascynację. Udało mi się również zaliczyć parę pozycji z półki 'must read', które chciałam przeczytać od lat - między innymi "Drogę" McCarthy'ego oraz "Opowieść podręcznej" Atwood. Dodatkowo poznałam kilku nowych, ciekawych autorów - takich, jak wspomniani już Atwood i McCarthy, ale również Jakub Małecki, Mariusz Szczygieł czy rewelacyjna Miranda July. Ponadto czytałam dużo literatury parentingowej, poradników, trochę romansów oraz częściej niż zwykle sięgałam po literaturę młodzieżową. A do tego dochodzą jeszcze dziesiątki książeczek, które przeczytałam Laurce niezliczoną ilość razy - niepostrzeżenie literatura dziecięca stała się moim nowym konikiem.


                        Co do książki roku 2019 wyjątkowo nie mam trudności z wyborem - zostaje nią horror(!) "Szczelina" Jozefa Kariki, po którego lekturze wciąż jeszcze nie pozbierałam szczęki z podłogi. To mroczna, przesiąknięta tajemnicą, podszyta niepokojem i grozą opowieść o słowiańskim trójkącie bermudzkim - o tym, że prawdziwe demony i strach czają się przede wszystkim w ludzkim umyśle. W trakcie lektury nie sądziłam, że okaże się to dla mnie aż tak ważna książka, że wiele miesięcy później nadal będę często wracała do niej myślami i nachalnie polecała wszystkim w koło. Inne warte polecenia pozycje to zdecydowanie "Pierwszy bandzior" Mirandy July, "Nie otwieraj oczu" Josha Malermana i "50 twarzy Tindera" Joanny Jędrusik. Ogromne wrażenie i lawinę przemyśleń wywołała we mnie lektura "W głębi kontinuum" Jean Liedloff - uważam, że każdy świadomy, chcący się rozwijać człowiek powinien ją obowiązkowo przeczytać - na pewno podaruję jej osobną notkę. Najgorsza pozycja to zdecydowanie "Obłęd" Justyny Kopińskiej - takiego gniotka dawno nie spotkałam. 

                       Wielu książek przeczytanych w tym roku nie odpisałam na blogu, czego ogromnie żałuję. Pokonały mnie obowiązki oraz zmęczenie. I tak płynnie przechodząc do postanowień noworocznych... Chciałabym przede wszystkim regularnie, w miarę możliwości na świeżo po lekturze, zamieszczać tu notki. Oczywiście czytać więcej i ambitniej również - wiadomo. ;) Natomiast życiowo nie czynię jakiś większych postanowień - żadnych diet, codziennych ćwiczeń czy innych dziwactw. ;) Po prostu chciałabym jeszcze bardziej docenić swoje życie - częściej cieszyć się z tej naszej zwykłej, pięknej codzienności, nie dać się rutynie i każdą chwilę wyciskać do ostatniej kropelki szczęścia. Nie przejmować się drobiazgami, cieszyć z życia i mniej się stresować. Nowy rok na pewno przyniesie wiele zmian - rozpoczynamy poszukiwania nowego mieszkania, Laurka jest coraz starsza, a ja nadal jestem w fazie przemyśleń 'co chcę robić w życiu'. Oby nowy rok był równie dobry, co ten miniony i niósł ze sobą same pozytywne wydarzenia. Tego życzę sobie i Wam. :)
poniedziałek, 30 grudnia 2019 | By: Annie

"Świąteczna gorączka" - Maja Damięcka

                     Po książki w rodzaju "Świątecznej gorączki" sięgam w jednym tylko celu - żeby zająć czymś oczy kiedy jestem już bardzo zmęczona, a usiłuję nie zasnąć - podczas wieczornego karmienia czy tulenia Laurki. Zamiast scrollować instagrama czy facebooka, czytam sobie wtedy bezmyślnie takie leciutkie głupotki. I nawet mam z tego sporo frajdy, choć myślę, że kluczowe jest tu moje nastawienie. Po prostu nie analizuję, nie wnikam, nie oceniam fabuły - przyjmuję ją z całym dobrodziejstwem inwentarza - zawsze jest to kiczowata historia miłosna plus parę pikantniejszych opisów. Z resztą moim zdaniem sięganie po tego typu książki z innym podejściem, lub jeszcze gorzej - w poszukiwaniu wiarygodnej historii czy pięknego języka, całkowicie mija się z celem. Nie temu one służą, nie po to powstały, i warto mieć tego świadomość jeszcze przed rozpoczęciem czytania. W przypadku "Świątecznej gorączki" mamy bad-boy'a biznesmena, który nie lubi Świat oraz uroczą panią doktor. Reszty pewnie każdy się domyśli. 😉 Podczas lektury bawiłam się całkiem dobrze, a pod koniec nawet wciągnęłam się w historię. Natomiast nie będę jakoś szczególnie polecać, bo zwyczajnie nie mam porównania - na swoim czytelniczym koncie mam raptem kilka romansów. Jak dla mnie było ok, książka jest sprawnie napisana, no i spełniła swoją rolę - nie zasnęłam. Niemniej jeśli ktoś szuka literatury pięknej - zdecydowanie odradzam. Natomiast dla amatora lekkiej, romansowej rozrywki - czemu nie? Choć "Turbulencja" była zdecydowanie lepsza, hihi. 😉 

                      To była moja ostatnia świąteczna i prawdopodobnie również ostatnia książka, którą przeczytałam w tym roku. Zatem bilans grudniowy to 5 powieści ze Świętami w tle, nieźle! Na podsumowania roczne przyjdzie jeszcze pora. 🙂
piątek, 27 grudnia 2019 | By: Annie

A pod choinką...

                          Przyznam, że w tym roku Święta były raczej skromne stosikowo - w moim czytelniczym życiu nadal króluje bowiem kindle - i to na niego planuję poczynić nieco większe świąteczne zakupy, których niestety nie da się pokazać w formie tradycyjnego zdjęcia. 😉 Po cichu tęsknię trochę do papierowych książek, do ich niepowtarzalnego dotyku i zapachu, niemniej nadal jestem w fazie wielkiej radości i wdzięczności, jeśli w ogóle mam chwilę na czytanie, więc narzekanie na medium mi nie w głowie. Zatem moje mikołajowe zamówienie książkowe w tym roku ograniczyło się głównie do poradników, które czytuję namiętnie, i to tylko w papierze właśnie - lubię podkreślać, zakreślać, zaznaczać, dopisywać swoje notatki. Ale o tym planuję popełnić wreszcie osobny post. Na szczycie stosu znajduje się natomiast jedna powieść, ale za to jaka! To antykwaryczna perełka - biały kruk, o którym od lat marzyłam. Upolowana na allegro za straszne jak na książkę pieniądze, czuję się nieco onieśmielona legendą tej pozycji, a jednocześnie aż świerzbią mnie palce do lektury.

                          Zamieszczam również zdjęcie książkowego stosiku, który pod choinką znalazła Laurka. Przyznam, że zupełnie pogubiłam się w naszych listopadowo-grudniowych zakupach - co pokazałam, co schowałam, co zapakowałam itd. Ale od stycznia planuję regularnie wrócić do tego cyklu. :)



MY :)
czwartek, 26 grudnia 2019 | By: Annie

"Choinka cała w śniegu" - Joanna Szarańska

                          W tym roku biję wszelkie rekordy jeśli chodzi o nasycenie grudnia świątecznymi lekturami. To chyba kwestia potrzeby zrekompensowania sobie niedosytu tej wyjątkowej atmosfery w codzienności i dorosłości ogółem - śniegu brak, prezenty w większości kupuję sobie sama, gdzieś zniknęła ta dziecięca, beztroska radość z wolnych dni, więc przynajmniej książkowo sobie odbijam, a co! 😉 W wigilijną noc, po położeniu Laurki spać, a w oczekiwaniu na powrót męża z dyżuru, połknęłam zatem kolejną część z cyklu Cztery płatki śniegu. Rok temu przeczytałam tom drugi, który niestety umknął blogowej notce, a dwa lata temu tom pierwszy, więc można powiedzieć, że odwiedziny w kamienicy przy Weissa stały się już niemal moją świąteczną tradycją. Tym smutniej było mi zakończyć tę czytelniczą przygodę - "Choinka cała w śniegu" to bowiem ostatnia część trylogii. 

                       Autorce udało się utrzymać poziom i  z przyjemnością ponownie spotkałam się z ulubionymi bohaterami. Wiadomo, nie są to książki bez wad, niemniej potrafią sprawić, że czytelnik nie ma ochoty analizować czy wyszukiwać niedociągnięć, a po prostu cieszy się ich ciepłem, humorem i lekkością. To lektury optymistyczne, zabawne, a co wyjątkowe - nie są przesłodzone i nie umoralniają na siłę, czego, przyznam, nie znoszę serdecznie w okołoświątecznych powieściach. Jeśli miałabym polecać na szybko 'coś fajnego do czytania na Święta' - pierwsza myśl to właśnie trylogia Cztery płatki śniegu. Z tym, że warto zacząć od tomu pierwszego. Ach, szkoda, że ta seria już za mną!

***
                    Przy okazji chciałabym złożyć wszystkim zaglądającym tu molom książkowym nieco spóźnione, ale nadal bardzo serdeczne życzenia świąteczne! Kochani, chwili na oddech w zabieganym życiu, więcej czasu na odpoczynek, relaks z bliskimi i z dobrą książką w ręku, oraz sztampowo - oczywiście zdrowia i szczęścia! :).
poniedziałek, 16 grudnia 2019 | By: Annie

"Zostaje w rodzinie" - Adela Jurowska

                     Jaka to sympatyczna, przyjemna i kojąca obyczajówka! Zero przebojowości, zero silenia się na nagłe zwroty akcji czy zaskakujące wydarzenia - ot, zgrabnie opisane zwykłe-niezwykłe życie pewnej ursynowskiej rodziny i ich perypetie na przestrzeni roku. Ewa pracująca jako manager osiedlowej siłowni, Karol - właściciel niewielkiej firmy, a także dwójka ich nastoletnich dzieci, każde zmagające się ze swoimi problemami. Do tego dziadek, wkurzający pies i podejrzenie romansu.

                      W tej powieści nie ma nawet jednego fajerwerku, jednego zachwytu, jednego punktu kulminacyjnego, a jednak czytało mi się ją zaskakująco miło, dobrze i sprawnie. To czysty relaks, bez silnych emocji czy zaskoczeń - jak wtedy gdy oglądamy po raz setny ulubiony film, znając na pamięć fabułę. Po książkę sięgnęłam zupełnie w ciemno, skusił mnie Ursynów w tle, bo to również moja dzielnica. Miałam poczucie jakbym czytała o prawdziwych, zwyczajnych ludziach, których mijam na ulicy lub w metrze - i za sprawą lektury otrzymałam możliwość wglądu w ich codzienność - czyli 100% realizmu oraz prozaicznej rutyny. Ot, życie. Ktoś powie, że nuda. Takie książki, pozornie o niczym i przegadane, trzeba lubić, żeby czerpać z ich lektury frajdę. Ja lubię, więc przeczytałam z dużą przyjemnością. Drobna uwaga - to nie jest książka świąteczna, jak może sugerować okładka - mnie to zmyliło.
sobota, 14 grudnia 2019 | By: Annie

"Świąteczny dyżur" - Adam Kay

                    Kiedy półtora roku temu połknęłam świetny debiut autora - bestseller "Będzie bolało" opowiadający o perypetiach świeżo upieczonego lekarza ginekologa - zostałam zmrożona niektórymi historiami porodowymi (sama byłam wtedy w zaawansowanej ciąży), cieszyłam się też, że mój mąż zaplanował sobie inną, znacznie spokojniejszą specjalizację. Zabawne jak niespodziewanie potrafi skręcić ścieżka losu, bowiem czytając "Świąteczny dyżur" mam męża w trakcie rezydentury z... ginekologii i położnictwa właśnie. O drastycznych zmianach planów w trakcie stażu krążą legendy, dotknęło to również nas. I nagle się okazało, że oto czytam książkę dokładnie o naszych Świętach. ;)

                     Niestety, już na pierwszy rzut oka widać, że "Świąteczny dyżur" to pozycja napisana ewidentnie na siłę, uszyta na miarę jako świąteczny bestseller. Treści w niej malutko, książka jest zaskakująco chuda, a w środku i tak sztucznie pogrubiona rysunkami, pustymi stronami itp. Do historii nie mam raczej zarzutów, jest zabawnie, niepoprawnie, 'bez znieczulenia', choć również dość płytko, bez głębszych refleksji i przemyśleń, które tak urzekły mnie w "Będzie bolało". Mnie ta tematyka z wiadomych względów po prostu bardzo interesuje i mam do niej słabość, więc należy wziąć też poprawkę, że oceniam przychylniejszym okiem. W każdym razie przeczytałam bez bólu, a nawet ze sporą przyjemnością, szkoda tylko, że to taka świąteczna broszurka bardziej, a nie pełnoprawna książka. I powiem szczerze, że podobną ilość, często nawet ciekawszych historii, wsłuchuję codziennie po powrocie męża do domu. :D
piątek, 6 grudnia 2019 | By: Annie

"Szczęście przy kominku" - Gabriela Gargaś

                   Wraz z nadejściem grudnia łakomie rzuciłam się na świąteczne lektury, a tegoroczny wybór nowości wydawniczych przyprawił mnie niemal o zawroty głowy. "Szczęście przy kominku" wyłowiłam tak trochę na chybił-trafił z morza innych bożonarodzeniowych pozycji, a do sięgnięcia skusiła mnie głównie obietnica odwiedzin w przytulnym antykwariacie, gdzie nad kubkiem kawy krzyżują się ścieżki bohaterów. W zasadzie z tej książki najlepszy jest chyba właśnie opis na okładce, bo powiem szczerze, że tak nijakiej i bezpłciowej powieści to ja dawno nie czytałam... Postaci są totalnie papierowe i płaskie, przez co co chwila myliły mi się ich imiona, a historia jest niesamowicie wręcz kiczowata i przewidywalna. Autorka dodatkowo okrasiła to wszystko solidną dawką patetycznych pseudomądrości - takie typowe, nic nie wnoszące pitu pitu do natychmiastowego zapomnienia. Świątecznego klimatu nie poczułam, a co gorsza, książka jest zwyczajnie nudna i kiepsko napisana. W zasadzie szkoda mi smarować jeszcze coś więcej w tym temacie. Jestem zdecydowanie na nie. Rozczarowanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...