piątek, 6 grudnia 2019 | By: Annie

"Szczęście przy kominku" - Gabriela Gargaś

                   Wraz z nadejściem grudnia łakomie rzuciłam się na świąteczne lektury, a tegoroczny wybór nowości wydawniczych przyprawił mnie niemal o zawroty głowy. "Szczęście przy kominku" wyłowiłam tak trochę na chybił-trafił z morza innych bożonarodzeniowych pozycji, a do sięgnięcia skusiła mnie głównie obietnica odwiedzin w przytulnym antykwariacie, gdzie nad kubkiem kawy krzyżują się ścieżki bohaterów. W zasadzie z tej książki najlepszy jest chyba właśnie opis na okładce, bo powiem szczerze, że tak nijakiej i bezpłciowej powieści to ja dawno nie czytałam... Postaci są totalnie papierowe i płaskie, przez co co chwila myliły mi się ich imiona, a historia jest niesamowicie wręcz kiczowata i przewidywalna. Autorka dodatkowo okrasiła to wszystko solidną dawką patetycznych pseudomądrości - takie typowe, nic nie wnoszące pitu pitu do natychmiastowego zapomnienia. Świątecznego klimatu nie poczułam, a co gorsza, książka jest zwyczajnie nudna i kiepsko napisana. W zasadzie szkoda mi smarować jeszcze coś więcej w tym temacie. Jestem zdecydowanie na nie. Rozczarowanie.
niedziela, 1 grudnia 2019 | By: Annie

"Polska odwraca oczy" - Justyna Kopińska

                      Nie lubię i staram się unikać wszelkich uprzedzeń literackich, ale po fatalnym pierwszym spotkaniu jakoś trudno było mi podchodzić do kolejnej książki Justyny Kopińskiej inaczej niż przysłowiowy 'pies do jeża'. Co do "Obłędu" nie będę się powtarzać - wszystkie przemyślenia zawarłam tutaj - starczy, że napiszę, że będzie to chyba dla mnie najgorsza książka 2019 roku, a był to też rok w którym czytałam dużo literatury młodzieżowej i erotyki Blanki Lipińskiej. :P Na szczęście książka "Polska odwraca oczy" nie rozczarowała mnie, choć do zachwytu został jeszcze spory kawałek drogi. To zbiór szokujących reportaży o sytuacjach, w których polskie prawo jest bezradne lub nieudolne - gdzie wszystkim łatwiej zamknąć oczy i po prostu próbować zamieść sprawę pod dywan. Mnie osobiście najbardziej poruszyły dwie początkowe historie - ta o żonie Mariusza Trynkiewicza oraz o nieprawidłowościach w szpitalu psychiatrycznym, a także opowieść o tym, jak traktowane są przez polski system sprawiedliwości ofiary gwałtu...

                      Nie można odmówić Justynie Kopińskiej sprawnego pióra. Sama dziennikarka pozostaje w cieniu opowieści, nie wartościuje, nie ocenia, co postrzegam bardzo na plus. Reportaże ze zbioru są dość krótkie, rzeczowe, powiedziałabym wręcz typowo 'gazetowe', a że jest ich wiele, to siłą rzeczy człowiek niestety obojętnieje w miarę czytania i kolejne historie przeżywa już ze słabszym zaangażowaniem. To uwaga mniej w kategoriach zarzutu, a bardziej w ramach spostrzeżenia jak konstrukcja i sposób czytania książki wpływają również na jej odbiór oraz wrażliwość czytelnika. Przyznam, że na przykładzie Justyny Kopińskiej chyba po raz pierwszy w życiu spotkałam się z takim dysonansem możliwości literackich - autorka to z jednej strony sprawna reportażystka, a z drugiej kiepska powieściopisarka. Co więcej, tę samą historię, co w "Obłędzie" zawarła też w jednym z reportaży, więc tym bardziej widoczna jest ta przepaść. Cóż, ja zatem ograniczę spotkania z panią Kopińską do literatury faktu, bo ten gatunek wychodzi jej naprawdę dobrze.
czwartek, 28 listopada 2019 | By: Annie

"Pocałunki w Nowym Jorku" - Catherine Rider

                     Nowy Jork, Wigilia Bożego Narodzenia. Okazuje się, że wystarczy zmieszać dwa przykre rozstania, jeden odwołany lot oraz jeden przypadkowo kupiony poradnik - i tak oto para zupełnie obcych sobie ludzi wyrusza prosto w pełną przygód, nocną wędrówkę po ośnieżonym mieście. Pierwsza świąteczna lektura w tym roku zaliczona, i to z jakimi wrażeniami!

                       Przyznam, że zaskakująco przyjemnie spędziłam czas w towarzystwie "Pocałunków w Nowym Jorku". Czułam się dosłownie jak we wnętrzu szklanej kuli, otulona świątecznym klimatem, z prószącym śniegiem, i szczerze to sama jestem mocno zdziwiona jak pozytywne doznania wywołała we mnie ta z pozoru przewidywalna, zwyczajna książka o miłości i Świętach. Może to ten Nowy Jork, a może magia nowości i braku zmęczenia tematyką - nie wnikam - ale aż szkoda było mi się żegnać z bohaterami, chwilkę odczekałam też z sięgnięciem po następną lekturę, żeby jeszcze o tych parę chwil wydłużyć czas spędzony w książkowym świecie, żeby jeszcze choć trochę popławić się w tym pięknym uczuciu świątecznego otulenia. Historia jest naprawdę urocza, słodka, ale w żadnym razie nie przesłodzona. Przewidywalna, ale nie banalna. Jednym słowem świąteczny smaczek. Bardzo klimatyczny, ciepły, przytulny i romantyczny w ten niezwykle subtelny, delikatny sposób, jak to tylko pierwsze miłości bywają. Wiadomo, nie jest to arcydzieło literatury, do takich powieści trzeba mieć po prostu odpowiedni nastrój i nastawienie - ale kiedy jak nie teraz? Niniejszym sezon czytania książek świątecznych uważam za otwarty. Ale narobiłam sobie smaka na więcej!
środa, 13 listopada 2019 | By: Annie

Z biblioteczki Laurki - październik 2019

                       Myślałam, że to wrzesień był zabiegany, październik miał być oddechem - wyszło jak wyszło - ale to, co dzieje się w listopadzie przechodzi wszelkie normy intensywności i ilości rzeczy możliwych do upchnięcia w minimalnej ilości czasu. Nie narzekam, bo zmiany niemal wyłącznie pozytywne - mąż dostał wymarzoną pracę, nowy samochód, nowe perspektywy mieszkaniowe - wszystko układa się lepiej niż moglibyśmy marzyć, no ale czasem człowiekowi przydałby się dzień lub dwa oddechu, bez kolejnych wieści, zmian i spotkań. Ufff. To tak gwoli zanotowania 'jak to było' ku własnej ulotnej pamięci. W każdym razie listopad trwa, więc uzupełniam zaległy wpis z nabytkami z października. Wydawało mi się, że kupiłam malutko, tyle co nic - właściwie zastanawiałam się nawet czy wpisu nie pominąć. Zmyliła mnie chyba forma zakupów, bo zamówiłam, nie jak zazwyczaj, jedną czy dwie wielkie paki książek, ale po kilka pozycji w formie wielu drobnych przesyłek. I tak przez cały miesiąc trochę się tego zgromadziło, a gdy zebrałam to wszystko do kupy, wyszedł całkiem przyzwoity stos. Tematem przewodnim była chyba pogoń za wyprzedanymi nakładami. 


                       Po uszy zanurzyłam się już w świątecznym klimacie. Część z tych pozycji pochowałam i będę stopniowo dozowała Laurce na Mikołajki i Święta. "Prezent dla Cebulki" kupiony na zaś, ale bałam się, że za parę lat już nie dostanę tej przepięknej opowieści. Wreszcie jakimś cudem dorwałam też "Gruffalo", ale chyba i tak zamówię wersję angielskojęzyczną. Ta polska brzmi jakoś tak... sztucznie..? "Mądre bajki" nabyłam z rozpędu, co chwila gdzieś się przewijały, a akurat zabrakło mi kilku złotych do darmowej wysyłki. Dalej dwie książki po angielsku - nowy Spot z klapkami do stopniowo rozrastającej się kolekcji oraz kolejna pozycja z serii "Usborne Baby's Very First", którą znamy i lubimy już od dawna, nie mogłam więc przejść obojętnie obok wydania świątecznego. Cudeńko! Na koniec nasz absolutnie największy hit książkowy ostatnich tygodni - "Nie płacz, króliczku". Codziennie nieskończoną ilość razy dmuchany, głaszczemy, otrzepujemy i przyklejamy prawdziwe plasterki króliczkowi. ;)




                        Zakochałam się w wydaniach z serii Mistrzowie Ilustracji, chcę stopniowo zebrać wszystkie tomy kolekcji. Niestety, niektóre pozycje są już niedostępne... "Babcię na jabłoni" i "Cukiernię pod Pierożkiem z Wiśniami" dostałam jeszcze bez problemu, ale nakład "Gałki od łóżka" jest już niemal wyczerpany - po swój egzemplarz pojechałam specjalnie do firmowej księgarni wydawnictwa Dwie Siostry, przy okazji odkrywając fajną nową lokalizację na mieście. "Poczytaj mi mamo. Księga druga" to jeden z książkowych prezentów, które zaplanowałam dla Laurki. W zeszłym roku dostała księgę pierwszą i ogólnie mam plan, że co roku będzie dostawała pod choinkę kolejną część wraz z dedykacją, aż uzbieramy wszystkie. Myślę, że za jakiś czas będzie z tego fajna pamiątka. :) „Mary Poppins" w tym właśnie wydaniu to mój zdecydowanie największy łup książkowy z tego stosu, wreszcie dorwałam na allegro, a czaiłam się od miesięcy! I szczerze pojąć tego nie mogę - czemu nikt takich książek-legend nie wznawia, czemu odchodzą w zapomnienie? Przyznam, że ja w dzieciństwie nie czytałam przygód tej oryginalnej niani, ale teraz chcę nadrobić zaległości. Na koniec, jak wisienka na torcie, "Księga ryków" autora naszej absolutnie ukochanej i zaczytanej "Księgi dźwięków". Niestety, tu też powoli wyczerpuje się nakład, więc jeśli chcecie mieć własny egzemplarz, to spieszcie do księgarni!
sobota, 2 listopada 2019 | By: Annie

Ale koszmarek literacki... "Obłęd" Justyny Kopińskiej

                      O rany, jaki to słabe i miałkie było! Książka zupełnie niepotrzebna, nic nie wnosząca, napisana nielogiczne, przypomina ledwie szkic historii, a nie pełnoprawną powieść. Zazwyczaj staram się wychodzić z założenia, że to nie lektury są kiepskie, tylko czytelnicy nietrafieni, ale tu naprawdę nie da się stwierdzić inaczej - to po prostu zła książka jest i już!

                      Sam pomysł na fabułę zapowiadał się dobrze - zaczyna się od maila, który otrzymuje dziennikarz Adam na temat nieprawidłowości w pewnym znanym psychiatryku. Postanawia zatem poudawać pacjenta i od środka poznać sekrety szpitala. Stylistycznie od początku coś mi zgrzytało, język prosty niczym w szkolnym wypracowaniu, suchy, bez emocji - może w reportażu to się sprawdza, ale w powieści ani trochę. Widać jak autorka usilnie próbowała nadać głębi osobowościom głównych bohaterów, ale zrobiła to tak niespójnie i nieudolnie, że przez to stali się jeszcze bardziej rozmyci, co więcej, miałam wrażenie jakby każdy z nich cierpiał na rozdwojenie jaźni. Również proporcje szwankują - postaci drugoplanowe, które pojawiają się, żeby wygłosić raptem dwa słowa, nagle otrzymują rozbudowane opisy traum z dzieciństwa, po czym istotne dla fabuły wydarzenia zostają skwitowane jednym zdaniem. Kopińska wprowadza też od czasu do czasu jakieś dziwne, nic nie wnoszące wątki poboczne, które nagle urywa, a mnogość poruszanych przez nią tematów powala. Czego tu nie ma! Przemoc, morderstwa, znęcanie się nad dziećmi, samobójstwa, korupcja itd. A książka jest naprawdę niewielka objętościowo, więc w rezultacie otrzymujemy jedynie powierzchowny miszmasz. Naiwnie liczyłam, że dobry pomysł na fabułę sam się obroni, ale niestety, im dalej w las, tym mniej w tym wszystkim logiki i sensu. A przede wszystkim nie można moim zdaniem osadzać tej historii w naszej rzeczywistości, więc tym bardziej wprowadza w błąd i irytuje sugestia wydawcy, że jest to beletryzowana literatura faktu. Po czym nagle autorka wyjeżdża z nazistowskim odwołaniami, pojawia się jakaś tajna grupa 'nadludzi', którzy projektują społeczeństwo idealne, badania nad fikcyjnym lekiem usuwającym wspomnienia itd. To jakaś alternatywna rzeczywistość, już nie wspominając nawet o absurdalnych opisach szpitalnego oddziału, na którym pracuje jeden tylko lekarz (zła pani ordynator), a chora na anoreksję nastolatka leczona jest wspólnie z dorosłym facetem mordercą. Zakończenie jest tak słabe i bezsensowne... Nie wiem po co ta książka w ogóle powstała i o czym właściwie miała opowiadać, czuję jeden wielki niesmak. Mam ogromną nadzieję, że reportaże Justyny Kopińskiej są znacznie lepsze, bo inaczej czeka mnie męka przy lekturze "Polska odwraca oczy" wylosowanej na listopad w naszym małym klubie czytelniczym.

                      Chciałam horroru na Halloween i moje życzenie zostało spełnione - szkoda, że na opak. Bo tak oto wieczór spędziłam w towarzystwie książki straszącej, ale niestety nie mrocznymi tajemnicami szpitala psychiatrycznego, tylko brakiem logiki, zmarnowanym potencjałem i kiepskim stylem. A tytułowy 'obłęd' znalazłam nie w treści, ale we własnej głowie, tuż po zakończeniu tej koszmarnej lektury, na myśl o tym ile czasu na nią zmarnowałam. Zdecydowanie nie polecam.
poniedziałek, 28 października 2019 | By: Annie

"Gdy ogień gaśnie" - Will Hill

                       Czytam ostatnio mniej, wolniej, ale za to staram się iść w jakość - lektury wybieram uważniej i rozważniej. Pamiętam, że długo debatowałam 'co by tu przeczytać', aż w końcu zdecydowałam się na polecankę z magazynu Książki - "Gdy ogień gaśnie" to podobno najlepsza lektura na wakacje, a ja sięgnęłam po nią u schyłku sierpniowych dni. Niestety, nie uległam zapowiadanym zachwytom, ale o tym za chwilę.

                         Owa książka to opowieść o nastoletniej Moonbeam, która niemal całe swoje dotychczasowe życie spędziła w sekcie. Jej historię poznajemy na dwóch płaszczyznach czasowych - wspomnienia z dawnego życia przeplatają się z rozmowami z psychoterapeutą. Ta lektura to sprawnie nakreślone sylwetki bohaterów (choć niestety również mocno powierzchowne), zręcznie opisane wydarzenia, ale czy w jakiekolwiek sposób ociera się o wybitność czy oryginalność? Zdecydowanie nie. Czy czytałam z zapartym tchem, nie mogąc się oderwać? Czy gryzłam paznokcie z nerwów i emocji? Też nie. Niestety, nie dostrzegłam w tej książce nic wyjątkowego. Ot, sprawnie napisana powieść, ale takich jest wiele - nic więcej. Kolejna pozycja z półki 'można bez bólu przeczytać, ale nie trzeba'. A ja aktualnie jestem w fazie oczekiwania na literacki zachwyt, więc czuję lekkie rozczarowanie. Mnie się średnio podobało, ale to nie znaczy, że książka jest słaba. Niemniej jakoś szczególnie polecać nie będę.
sobota, 26 października 2019 | By: Annie

"Przyjaciele. Ten o najlepszym serialu na świecie" - Kelsey Miller

                    Spotkanie pierwsze: Jak dziś pamiętam tę lekcję angielskiego w gimnazjum, zastępstwo i płytę DVD, którą przyniosła że sobą nauczycielka. Wszyscy się ucieszyli - to znaczy nie będzie zwykłych, nudnych zajęć! Pamiętam, że był to któryś z odcinków 'londyńskich', więc zupełnie od czapy, ze środka serialu. Niemniej nawet spodobały mi się te zabawne perypetie grupy przyjaciół, choć skłamałabym pisząc, że oto raził mnie piorun i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Spotkanie drugie: Wlokące się jak makron długie wakacyjne dni, kiedy mieszkałam jeszcze w domu na przedmieściach Warszawy. Sprawnie działającego internetu brak, obowiązków brak, możliwości samodzielnego dojechania do miasta również brak. Nudziłam się jak mops. Pewnego dnia moja mama przyniosła z pracy pożyczone od koleżanki 10 sezonów, które pochłonęłam jednym tchem! A reszta to już historia... Potem jeszcze setki razy na wyrywki oglądałam cały serial, co z resztą czynię do dziś. Nie potrafię się oprzeć i, co niesamowite, przyjemność nie jest ani trochę mniejsza!

                      Dlatego, czytając tego typu pozycję, nie potrafię i, co więcej, nie chcę być obiektywna. Nie umiem zatem powiedzieć czy ta książka nie jest przegadana, czy jest sprawnie napisana, czy jest zwyczajnie dobra. Dla mnie to od pierwszej do ostatniej strony była lektura-smakołyk, gratka, rarytas, bowiem od lat kocham ten serial miłością wielką, bezkrytyczną i absolutną, a każdy szczegół na temat jego powstawania, ciekawostkę z planu czy wypowiedź aktora spijam jak śmietankę. Z resztą myślę, że nie jestem osamotniona w swoich zachwytach nad "Przyjaciółmi", 25 lat od premiery pierwszego odcinka serial nadal ma rzesze fanów i bije rekordy popularności. Niewątpliwie coś w nim jest wyjątkowego, ta przytulność, ten humor, ta wychodząca poza ekran przyjaźń... Bardzo podobało mi się również rozsądne podejście autorki do zarzutów stawianych serialowi np. w kontekście śmiania się z wątku lesbijskiego czy ojca Chandlera, który jest transwestytą. Oczywiście, współcześnie na takie żarty nie byłoby miejsca, ale pamiętajmy, że serial powstał lata temu, więc jest zapisem ówczesnej obyczajowości, kroniką dawnych czasów. Moim zdaniem nie ma co się teraz na "Przyjaciół" obrażać, a za to powinniśmy cieszyć się, że jako społeczeństwo zrobiliśmy taki postęp w poprawności i tolerancji.

To TEN budynek :)
                      Choć książka ma prawie 400 stron, to dla mnie to nadal za mało, chciałabym co najmniej drugie tyle. Niesamowitą przyjemność sprawiło mi czytanie historii wybierania poszczególnych aktorów, dowiedziałam się również mnóstwa ciekawostek wokół powstawania serialu, o których nie miałam wcześniej pojęcia. I wstyd przyznać... zaczęłam oglądać "Przyjaciół" znowu, od pierwszego odcinka. Ale dzięki książce wyłapuję teraz nowe detale, dostrzegam i rozumiem ciut więcej niuansów oraz ukrytych smaczków. A myślałam, że nic mnie już w tym temacie nie zaskoczy! Czy kiedyś mi się ten serial znudzi? Nie wiem, ale mam nadzieję, że nie. Bo nie znam lepszego pocieszacza i poprawiacza humoru niż "Przyjaciele" właśnie. Mój najukochańszy serial wszechczasów! I tak oto notka niepostrzeżenie przerodziła się w wyznanie miłości... :)

"Pewne rzeczy pozostają niezmienne. Przyjaciele nam o tym przypominają i to dlatego tak wielu z nas właśnie w tym serialu szuka ukojenia smutków i lęków, właśnie ten serial chce oglądać, gdy się wydarzy katastrofa lub gdy życie nagle wydaje się nie do poznania. Ten serial to zatem coś więcej niż tylko relikt przeszłości. To symbol wszystkiego tego, co stałe - rzeczy i ludzi, na których zawsze można liczyć."
"Przyjaciele to serial o tym okresie w życiu, kiedy rodziną są dla nas przyjaciele."
wtorek, 22 października 2019 | By: Annie

"Czarni" - Paweł Reszka

                    Po książki Pawła Reszki sięgam w ciemno. Przeczytałam dwie części "Małych bogów", "Chciwość", a teraz jestem na świeżo po czwartym spotkaniu z tym świetnym reportażystą - za mną nowość wydawnicza "Czarni", czyli podobna w zamyśle i konstrukcji do poprzednich książek autora, opowieść o życiu księży. To pozycja ponownie ulepiona z wielu rozmów i wypowiedzi, podzielona tematycznie na rozdziały typu 'pycha', 'nieczystość', 'konfesjonał' lub 'ukryty grzech'.

                    Ciężko mi się to czytało, oj ciężko. Chyba najciężej że wszystkich książek Pawła Reszki, ale mam tu na myśli tylko trudność poruszanego zagadnienia i moją niechęć do opisywanego środowiska, a nie braki warsztatowe! Nie lubię religijnej tematyki, religia jest w moim życiu gdzieś zupełnie obok, wyparta, niezauważalna, wpleciona w codzienną rzeczywistość w randze co najwyżej ciekawostki. Jednak, gdy czasem się zatrzymam, zastanowię, zdumiewa mnie, że w czasach lotów w kosmos, internetu i nanotechnologii, nadal jest miejsce na kapłaństwo, a przede wszystkim zapotrzebowanie na nie. Że w XXI wieku dorośli mężczyźni nadal chodzą w sukienkach, nie mogą mieć rodziny, codziennie śpiewają piosenki i odprawiają dziwne rytuały. Nie chcę tu nikogo urazić, patrzę zupełnie z zewnątrz, z pozycji osoby, która została wychowana w ateistycznej rodzinie, a religia ma dla mnie charakter wyłącznie nieco niezrozumiałej ciekawostki antropologicznej. Natomiast abstrahując od potrzeby wiary lub jej braku, ciężko jest mi przejść obojętnie obok zła, które jest pod płaszczykiem tejże religijności ukrywane. Przeraża mnie sama konstrukcja kościoła - w jak monstrualnie zdeformowany twór się przerodził. Szokuje mnie hipokryzja części księży, ich zakłamanie, chciwość, dwulicowość... Opisy pedofilii czytałam niemal z mdłościami. A z drugiej strony Paweł Reszka pięknie pokazuje, że nic nie jest tak proste i czarno-białe. Ta książka, z resztą zgodnie z zamysłem autora, sprawia, że ściany plebanii stają się na krótką chwilę przezroczyste. Pomaga zrozumieć, poznać, ale nie skłania do drastycznych, kategorycznych osądów. Wręcz przeciwnie. I chyba po tym właśnie można poznać świetny reportaż.

"- To po co to wszystko, nabożeństwa, śpiewania?
- Bo rozkręciliśmy firmę. Ludzie myślą, że jest im to potrzebne do zbawienia. A my ich nie wprowadzamy z błędu."

"Mało mówimy o miłości, miłosierdziu. O przyjmowaniu nagich, bosych przybyszy. Dużo o strachu przed obcymi. Ale jak ten strach pogodzić z Ewangelią? Jak wytłumaczyć zgodnie z nią tysiące ludzi, którzy utonęli w Morzu Śródziemnym? Czy mówiąc o nich "ciapaci", zamykając przed nimi drzwi, nie zaprzeczamy Ewangelii? Okazuje się, że możemy z tym żyć. Oni toną, a my jesteśmy pobożnymi chrześcijanami."
niedziela, 20 października 2019 | By: Annie

Z biblioteczki Laurki - wrzesień 2019

                       Kolejne tygodnie mijają niepostrzeżenie, a ja nadal nie zamieściłam wpisu z nowymi nabytkami z września! Wyjazd wakacyjny do reszty rozregulował naszą i tak mocno fantazyjną i spontaniczną rutynę, i nie wiem czy teraz, ku schyłku kolejnego miesiąca, taka notka nie mija się już właściwie z celem, niemniej, żeby tradycji stała się zadość, nadrabiam! Tym razem trochę mniej książek, a pewnie w październiku i listopadzie będzie jeszcze skromniej, bo szykuję się już mentalnie i finansowo na święta. :)


                      Wrześniowe nabytki to głównie uzupełnienie kolejnych tomów naszych ulubionych i namiętnie czytanych serii - o Puciu, Kici Koci i Nunusiu, o Janie i Wicie. Dodatkowo przepięknie ilustrowany "Jeden dzień" niezawodnych Mizielińskich, który Laurka od razu polubiła, oraz kolejne książki po angielsku. Nie wywieram jakiejś wielkiej presji na naukę, ale uważam, że warto osłuchiwać dziecko z melodyką obcego języka, szczególnie, że pozycje anglojęzyczne oferują doznania wizualne i sensoryczne w polskiej literaturze dziecięcej jeszcze niedostępne. Polecam zakupy w TK Maxx oraz na bookdepository. "Historie spod podłogi" kupiłam na próbę, żeby zaznajomić się ze specyfiką tej znanej serii do nauki samodzielnego czytania. Myślałam, że sięgniemy po tę pozycję dopiero za parę lat, ale Laurka już teraz zafascynowała się śmieszno-strasznym Kudełkiem, więc czytamy wspólnie. A "Pieski" to wiadomo, miłość nadal kwitnie. :)


                        W serii "Jak to działa?" Nikoli Kucharskiej zakochałam się od pierwszego wejrzenia i od razu zakupiłam wszystkie dostępne części. Swoją drogą mam ostatnio nauczkę - jeśli chodzi o literaturę dziecięcą, to trzeba kupować od razu, póki jest, nie myśleć i nie czaić się - bo nakłady znikają na pniu. Parę razy w ciągu ostatnich tygodni tak się przykro przejechałam, szczególnie za sprawą "Gruffalo" i "Mary Poppins". :( "Rok w lesie" to ilustratorskie arcydzieło, nie mogło go zabraknąć w naszej kolekcji. Kultowe "Room on the Broom" Julii Donaldson to kolejna pozycja anglojęzyczna, czytamy już teraz, mam wrażenie, że Laurce bardzo się podoba rytmiczność tego utworu, a przyznam, że ja też uległam urokowi tej przeuroczej historii. Ulicy Czereśniowej nikomu przedstawiać nie trzeba, uwielbiamy i oglądamy namiętnie, a w miarę zmieniających się pór roku dokupuję kolejne części. "Kim jest ślimak Sam?" nabyłam na 'zaś', bo kto wie czy zaraz nie będzie to 'książka zakazana', a polecankę wynotowałam z magazynu Książki - to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości przez ślimaka... który jest obojnakiem. :)

                       Tu z kolei odniosłam pełen sukces i udało mi się upolować te podobno 'białe kruki' rynku literatury dziecięcej. Każda z książek to króciutkie opisy zwierząt i po 50 bardzo różnorodnych dźwięków. Mam mieszane odczucia, z jednej strony pomysł fajny i wreszcie mogę łatwo dziecku pokazać jak np. robi prawdziwy jeż, a z drugiej trochę to wszystko naćkane i za dużo tego w tak małej objętości.

                       Na deser kolejne porcje fiszek Kapitana Nauki (uwielbiamy!) oraz nowe puzzelki do układania. I jeszcze jeden zakup książkowy, o którym przypomniałam sobie w ostatniej chwili podczas robienia zdjęcia - grubaśny zbiór wszystkich kultowych Nursery Rhymes, czyli tradycyjnych, angielskich wierszyków dla dzieci. Powoli zgłębiamy!
czwartek, 10 października 2019 | By: Annie

Czytanie z Kretą w tle, czyli "Wyspa" Victorii Hislop

                     Wakacje pod palemką za nami, minęły zdecydowanie za szybko! Z rocznym dzieckiem to jednak nie jest już takie błogie nicnierobienie jak dawniej, ale na szczęście udało mi się wygospodarować trochę czasu na odpoczynek, a także na czytanie. A że lubię dopasowywać treść lektury do miejsca, w którym czytam, to literacko greckie dni upłynęły mi głównie w towarzystwie wielkiego hitu wakacji 2006 - mianowicie "Wyspy" Victorii Hislop, która rozgrywa się na Krecie właśnie.

                      Owa powieść to fajne, sprawnie napisane czytadło - saga o losach pewnej kreteńskiej rodziny, w które wpleciona jest również historia wyspy "trędowatych" - Spinalongi. Powieść czyta się miło, lekko, ale chyba jednak oczekiwałam nieco więcej głębi emocjonalnej, autentyzmu, dramatu, ambitniejszej konstrukcji bohaterów i silniejszych porywów uczuć. Z innych minusów - treść nie wciągnęła mnie tak bardzo, jak liczyłam, oraz tego greckiego klimatu nie było jednak zbyt dużo, a przynajmniej ja go nie odczułam. Niemniej ogólnie lektura na plus, żadne tam arcydzieło, ale nie będę również narzekać. Przeczytałam bez bólu, choć też bez większych emocji czy zachwytów. To jedna z tych pozycji, o której od lat słyszałam, często ktoś polecał, przewijała się co jakiś czas w różnych zestawieniach, rankingach i ciągle miałam gdzieś w tyle głowy, że muszę nadrobić jej lekturę. Teraz przynajmniej wreszcie wiem 'o co chodzi'. :)

Na deser i pamiątkę kilka greckich impresji: :)





W przerwach od "Wyspy" mierzyłam się z czymś nieco ambitniejszym :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...