piątek, 15 grudnia 2017 | By: Annie

"Najcenniejszy dar" - Richard Paul Evans

                     Korzystając z dnia prawie wolnego, wczesne przedpołudnie postanowiłam spędzić na wylegiwaniu się w łóżku. Mąż zaserwował mi kawę i poleciał na zajęcia, a ja w ciszy poranka zanurzyłam się w tę oto króciutką opowieść świąteczną – historię małżeństwa, które sprowadza się do domu pewnej starszej pani i za sprawą znalezionego na strychu pudełka odkrywa sekret szczęścia. 

                       Miło spędziłam czas z tą książką, ale literackie wrażenia mam mieszane. Po pierwsze za dużo tu lukru, po drugie za dużo ckliwości, po trzecie za dużo ‘nadprzyrodzonych’ zdarzeń – ta historia jest zupełnie nieprawdopodobna, nawet jeśli spojrzeć na nią przez bardzo tolerancyjny na kicz i słodkość filtr bożonarodzeniowy. Oczywiście rozumiem przesłanie książki, ale jakoś forma mi nie podpasywała – za krótko, za słodko, za dużo truizmów. Język niesamowicie prosty, bohaterowie płascy, przezroczyści. Nie podzielam po prostu zachwytu rzeszy recenzentów i osób, którym ta pozycja ‘odmieniła życie’ i które ‘wzruszyła do łez’. Wniosek z tego taki, że wszystko da się przesłodzić, nawet świąteczną opowiastkę. Co nie zmienia faktu, że miło się piło (gorzką) kawę w jej towarzystwie. Ale nic więcej.
sobota, 9 grudnia 2017 | By: Annie

"Maybe someday" - Colleen Hoover

                       Zachęcona i ośmielona „Turbulencją” postanowiłam dalej eksplorować dział romansu. Sięgnęłam zatem po słynne „Maybe someday” – powieść, która wywołuje niesamowite zachwyty, emocje, a jej oceny są, podobnie jak w przypadku „Turbulencji”, zawrotnie, wręcz absurdalnie wysokie. 

                      Owszem, przyznaję, książka jest umiejętnie i zgrabnie napisana, ale to za mało - nie porwała mnie historia miłosno-muzycznego trójkąta, nie polubiłam bohaterów, nie wciągnęły mnie ich perypetie. Cierpliwie czekałam aż coś ‘chwyci’ i zaklika, ale nie doczekałam się, niestety. Może jestem już za stara, może stałam się z wiekiem zbyt cyniczna, ale wnerwiali mnie ci bohaterowie, to ich mozolne grzebanie patykiem we wszystkich emocjach i uczuciach. ‘Chcę, ale nie mogę’, ‘chciałabym, ale się boję’, ‘jestem taki zagubiony’ itd. itp. Każda z postaci jest krystalicznie czysta (oczywiście mimo zdradzania się nawzajem), płaczliwa, rozmemłana, a przez to nudna aż do bólu. "Maybe someday" to pozycja pełna frazesów, sztuczności i nierealnych uczuć - nawet niepełnosprawność bohaterów to tylko mało istotny, potraktowany powierzchownie detal, obrzydliwie wykorzystany jako pretekst do zaserwowania czytelnikowi jeszcze większej dawki pseudowzruszeń i 'romantycznych' momentów. Z przykrością stwierdzam, że nie znalazłam ani jednej rzeczy, która by mi się spodobała w tej książce. Zirytowała mnie jej miałkość, słodkość oraz robienie wody z mózgu nastolatkom za pomocą historii o rzekomo ‘wielkiej miłości’- tak płytkiej, nierealnej i kiczowatej, że aż zęby bolą od całego tego cukru. Scena końcowa – tragedia. Ledwo doczytałam. Bleeeee… Zdecydowanie najgorsza książka tego roku.
czwartek, 7 grudnia 2017 | By: Annie

"Ktoś we mnie" - Sarah Waters

                          Listopad z horrorem zamknęłam znakomitą powieścią pióra Sarah Waters, która wystała się na półkach moich regałów zdecydowanie zbyt długo. Owa książka to historia osadzona w realiach powojennej Anglii, w starej, niszczejącej posiadłości na odludziu, gdzie zaczynają się dziać pewne tajemnicze, mroczne rzeczy – pojawiają się ślady przypaleń na suficie, dziwne napisy na ścianach i obce kroki niosące się echem w pustym domu…

                       Tych, którzy oczekują tu krwawego, dynamicznego horroru spotka na pewno spore rozczarowanie. "Ktoś we mnie" to nastrojowa, niespieszna literatura - bardziej z pogranicza psychologii i obyczajowości - tylko zahaczająca o grozę. I choć tych prawdziwie strasznych momentów jest tu niedużo, to jednak bałam się podczas ich czytania chyba najbardziej spośród wszystkich moich lektur pod sztandarem ‘listopadu z horrorem’. A to za sprawą niesamowitego klimatu, który udało się stworzyć autorce oraz przez mrok i poczucie nadciągającej katastrofy, które czają się tuż pod powierzchnią kartek... „Ktoś we mnie” to rasowa powieść - gruba, wielowątkowa, soczysta proza, którą można się delektować. Stęskniłam się za tego typu literaturą i w związku z tym postanowiłam sięgać po nią częściej - muszę zgłębić swój księgozbiór, bo już zapomniałam ile smaczków czeka tam na odkrycie. Była to moja trzecia lektura pióra Sarah Waters – i również trzecia bardzo udana. Znakomita powieść, idealna pozycja na mroczny, ciemny i deszczowy listopad.
niedziela, 3 grudnia 2017 | By: Annie

"Turbulencja" - Whitney G.

                   Myślałam, że po wakacyjnym epizodzie z Danielle Steel literacko niżej już nie zejdę. A jednak, udało się! :D Oczywiście żartuję, choć jednocześnie moje książkowe wybory w tym roku dla mnie samej stanowią sporą niespodziankę. Czytam bowiem to, co dotychczas omijałam szerokim łukiem – romanse. Jeśli sięgnę jeszcze po coś z półki science fiction będzie to definitywnie oznaczało, że wymieniono mi mózg... Niemniej, jako że staram się kierować filozofią, iż tyle jest w życiu obowiązków i rzeczy, które ‘trzeba’, więc niech chociaż moja pasja-czytanie pozostanie tą sferą swobody i beztroskim polem do spełniania zachcianek. Co też radośnie uskuteczniam. Przeczytałam zatem „Turbulencję”… I muszę przyznać, że jest to dla mnie absolutny hit -  najlepszy antydepresant, czasoumilacz ever. 

                   Ta książka jest jak narkotyk - wciąga, nie daje o sobie zapomnieć – ku własnemu zaskoczeniu przez dwa dni żyłam tylko i wyłączanie życiem bohaterów – romansem stewardesy i kapitana. Po pierwsze która kobieta nie lubi pilotów, hihi? Jest w nich coś niesamowicie pociągającego jak tak idą lotniskowym korzytarzem, w tych płaszczach, czapkach, z małymi walizeczkami u boku. A za nimi tłumek stewardess. Gdy do tego dodać jeszcze Nowy Jork, ciągle loty po całym świecie i życie na świeczniku, to otrzymujemy mieszankę iście wybuchową. "Turbulencja" to nie jakiś tam tani, przewidywalny romans z kiosku, oj nie.. (a przynajmniej tak sobie wmawiam ;)) Na pewno autorka przemyślała dogłębnie fabułę i myślę, że zaskoczy Was nie raz złożonością wątków i paroma plot-twistami. Ja gryzłam paznokcie, bowiem zwroty akcji są tu serwowane co krok. W swoim gatunku jest to perełka, choć w zasadzie materiał do porównań mam marny, przyznaję. Oczywiście absolutnie nie jest to literatura przez duże „L”, nie będę też wciskać że to arcydzieło itd. Jestem jak najbardziej świadoma wad i ułomności tej powieści, niemniej tyle frajdy sprawiło mi jej czytanie, że chcę się tym koniecznie podzielić. Zatem jeśli szukacie radosnego odmóżdżenia, książki, która zabierze Was w lepszy, ładniejszy świat, a jednocześnie porwie opowieścią o miłości – sięgajcie śmiało i bez poczucia winy.


                 Uwaga – dla zainteresowanych - osobno wydano również epilog do „Turbulencji” – do ściągnięcia za darmo ze strony Amazona. :)
wtorek, 28 listopada 2017 | By: Annie

"Hotel pod jemiołą" - Richard Paul Evans

                     Z pewnością każdy mól książkowy ma w swoim czytelniczym dorobku autora, którego nazwisko zna doskonale ze słyszenia, którego polecają wszyscy w koło, ale z którym ciągle jakoś nie może się spotkać na literackiej drodze. Dla mnie od lat takim pisarzem był Richard Paul Evans – możecie wierzyć lub nie, ale to moje pierwsze spotkanie z jego prozą. A przy okazji też pierwsza w tym roku lektura bożonarodzeniowa. 

                     „Hotel pod jemiołą” to taka typowo krzepiąca, romantyczna opowieść o miłości w okołoświątecznych realiach. Smaczek stanowi fakt, iż wydarzenia osadzono w scenerii konferencji dla początkujących pisarzy. Dzięki temu sporo tu ciekawych detali o samym procesie wydawniczym w Stanach oraz co rusz otrzymujemy przeróżne smaczki literackie - ogólnie klimat panuje mocno okołoksiążkowy, co każdej powieści dodaje w moich oczach sporo punktów – o spotkaniach z wydawcami i agentami literackimi czytałam z ogromną ciekawością. Dla mnie osobiście książka Evansa to taka typowa, stereotypowa esencja amerykańskiej prozy popularnej – z półki Nicholasa Sparksa czy Danielle Steel – ugładzona, jednowymiarowa lektura, optymistyczna, z obowiązkowym happy endem na końcu. Ale jednocześnie tkwi w tym również pewien urok - nie wiem, być może to kwestia wakacyjnej podróży lub też zawartych amerykańskich znajomości – ale mam wrażenie, że teraz lepiej rozumiem funkcjonowanie takich książek, jak inaczej można je odebrać w kontekście amerykańskiego stylu życia pod sztandarem haseł ‘yes, you can’ oraz ‘let's have a blast’. Ugładzonego zewnętrznie, pełnego optymizmu i możliwości. Wiary w lepsze jutro. I taka jest również ta książka. Pozytywna, fajna lektura, o ile spojrzy się na nią przymrużonym okiem i z odpowiednim nastawieniem. I choć oczywiście obiektywnie doskonale widzę, że jest to pozycja raczej średnia literacko, to jednak podobała mi się – lektura w sam raz na lekki relaks po ciężkim tygodniu.
niedziela, 19 listopada 2017 | By: Annie

"Misery" - Stephen King

                     Sporadycznie, raz na rok czy dwa, sięgam po twórczość Stephena Kinga. Wielką fanką nie jestem, nie jest to zaplanowane, wynika ze mnie jakoś samo, spontanicznie – niespodziewanie nachodzi mnie ochota, więc zaspokajam czytelniczy głód. „Misery” czytałam długo i na raty - zaczęłam jeszcze w maju, kiedy dosłownie rzuciłam się na tę nową, śliczną prenumeratę. Książkę połknęłam aż do zakończenia części drugiej… gdzie utknęłam na makabrycznych opisach – kto czytał, ten na pewno wie o czym mowa. Doczytałam do końca dopiero teraz – podczas mojego listopada z horrorem - postanowiłam wreszcie dzielnie stawić czoła tej makabrze. Owa powieść to historia pisarza, który ulega wypadkowi samochodowemu na odludziu, a następnie zostaje ‘otoczony opieką' przez swoją fanatyczną fankę. Nie wiem czemu, ale jakoś nie chwyciła mnie ta historia. Niby jest umiejętnie napisana, niby czytałam w sumie ze sporym zainteresowaniem i nic konkretnego nie mogę jej zarzucić, ale jakoś jednocześnie dłużyła mi się ta lektura, nie poczułam również tego ‘czegoś’, jak przy poprzednich książkach Kinga, które podobały mi się zdecydowanie bardziej. Co oczywiście nie oznacza, że nie sięgnę po resztę jego twórczości – na spokojnie, przez lata chcę stopniowo poznawać jego największe dzieła. 
niedziela, 12 listopada 2017 | By: Annie

"Wypowiedz jej imię" - James Dawson

                          Lubię ten mój sposób czytania i dobierania lektur – najpierw schwytana w locie myśl przewodnia, a potem szperanie, wertowanie, przeglądanie dziesiątek stron, list, rankingów na tropie inspiracji w danym temacie. Dużo frajdy sprawiają mi takie poszukiwania ‘tematyczne’, a radość z ciekawego odkrycia jest podwójna lub nawet potrójna. Nie pamiętam już gdzie, co i jak, ale w ten właśnie sposób, w szale szperania pod hasłem ‘powieść grozy’, natrafiłam na „Wypowiedz jej imię” – smakowitą lekturę osadzoną w realiach położonej na odludziu, mrocznej i pełnej tajemnic szkoły z internatem, gdzie grupa nastolatków w halloweenową noc postanawia wywołać ducha Krwawej Mary... Nie bałam się jakoś szczególnie (może tylko trochę na samym początku), ale za to historia wciągnęła mnie bez reszty – nie mogłam się oderwać, przekręcałam stronę za stroną. To fajna, dość młodzieżowa lektura na listopadowe dni, która doskonale zgrała się z moim nowym rytmem wieczornym, kiedy wcześnie wskakuję do łóżka i dużo czytam. Nie jest to pozycja obowiązkowa, ale nie żałuję, że sięgnęłam. Dobra rozrywka.
sobota, 11 listopada 2017 | By: Annie

"Psychoza" - Robert Bloch

                      Listopad z horrorem w toku, sięgnęłam zatem po klasykę gatunku, czyli słynną „Psychozę” Roberta Blocha, na podstawie której Alfred Hitchcock nakręcił kultowy film o tym samym tytule. Książeczka jest cienka, niewielka objętościowo, skrywa natomiast bardzo ciekawą, wciągającą historię. Pewna młoda kobieta rzuca swoje dotychczasowe życie i ucieka z ukradzioną gotówką. Na noc zatrzymuje się w pustym, położonym na odludziu hotelu prowadzonym przez dziwacznego Normana Batesa i jego toksyczną matkę… Reszty możecie się pewnie domyślić...:) Co było dla mnie zaskoczeniem, wcale nie jest to rasowy horror, a raczej kryminał, w każdym razie bardzo duży nacisk został tu położony na śledztwo, choć momentami bywa też groźnie. Wiadomo, forma trochę odbiega od tych bardziej współczesnych lektur, przy czym warto mieć na uwadze, że książka powstała w 1959 roku. Podobało mi się. Coś innego, ciekawego. Klasyka, którą warto znać, szczególnie pozycja warta uwagi dla fanów gatunku grozy. Do połknięcia w jeden wieczór.
piątek, 10 listopada 2017 | By: Annie

Wielkie WOW!!! "Niepełnia" - Anna Kańtoch

                  WOW! Co to jest za książka!!! Sięgnęłam przypadkiem, intuicyjnie, widzę, że wracam na dawne, dobre tory czytelnicze, bo oto udało mi się odkryć prawdziwą literacką perełkę – lekturę, do której będę wracała myślami po latach, która zostanie gdzieś w moim umyśle i powróci czkawką literackich wspomnień. Owa książka to rasowa powieść szkatułkowa, majstersztyk i niesamowita perełka dla tych, którzy poszukują nieoczywistych doznań literackich. Historia dotyczy pewnych wydarzeń rozgrywających się w tajemniczym, położonym na odludziu Białym Domu – zahacza o wielu bohaterów i wiele płaszczyzn czasowych, z których powoli wyłania się pełny, choć nieco przymglony i nieuchwytny obraz wydarzeń - jak elementy układanki, z której każdy może ułożyć swój własny, unikalny obrazek. To opowieść z pogranicza kryminału, obyczajówki… nic więcej nie napiszę, żeby nie psuć Wam przyjemności z samodzielnego odkrywania tej historii. Czuję w pełni satysfakcję, ale jednocześnie też niedosyt jeśli chodzi o zakończenie - tu przyznam, że myślałam, że będzie ono łatwiejsze, bardziej przystępne. Autorka z jednej strony wybrała łatwiejszą, bo w pewnym sensie otwartą na interpretacje drogę, a z drugiej strony też bardziej ryzykowną i ambitniejszą... chciałabym dyskutować, czytać analizy, zrobiłam sobie nawet notatki z książki, żeby zrozumieć ją 'głębiej', żeby dostrzec wszelkie niuanse i ukryte znaczenia. Jestem pod wrażeniem jaka to soczysta, świetnie napisana powieść! Niesamowicie wciąga, dosłownie nie można się oderwać – od pierwszej strony, aż do samego końca. A jednocześnie jest w niej jakaś niesamowicie satysfakcjonująca głębia – literacka, intelektualna, psychologiczna. Dla mnie to jedna z najlepszych książek, które przeczytałam w tym roku, choć mam świadomość, że jej 'poplątanie' nie każdemu pewnie przypadnie do gustu. Ja jestem zachwycona i już wiem, że sięgnę po pozostałe kryminały tej pani. Polecam, czytajcie!!!!
piątek, 3 listopada 2017 | By: Annie

"To przez Ciebie!" - Mhairi McFarlane

                     Książki Mhairi McFarlane to doskonałe pozycje na poprawę humoru, na kryzys czytelniczy i momenty, kiedy w głowie tętni myśl ‘chciałabym coś poczytać, ale w zasadzie nie wiem co’. Nie dajcie się zwieść - pomijając przeciętne tytuły i średnie okładki, są to pierwszej klasy obyczajówki dla kobiet – niebanalne, sympatyczne, lekkie i zabawne. Jest coś takiego w pisaniu autorki, że ja to kupuję momentalnie, jakaś realność bohaterów, którzy mylą się, błądzą, zaskakują swoimi decyzjami – jak to w życiu. Są bliscy, ludzcy, prawdziwi. Niby banał, a jednak tak pisać o kobietach i dla kobiet potrafią tylko nieliczne autorki. Książki Mhairi są grube, wielowątkowe, można wsiąknąć w ten świat, dobrze poznać i polubić bohaterów, choć widziałam również zarzuty, że są za długie i przegadane. Ale ja to lubię najwyraźniej. :) 

                      „To przez Ciebie!” to historia perypetii trzydziestoparoletniej Delii, która w dniu zaręczyn przez przypadek otrzymuje dziwnego smsa od narzeczonego... a wcale nie był on przeznaczony dla jej oczu… Oczywiście uruchamia to lawinę zmian i życiowych rewolucji. Perełka „Nie mów nic, kocham Cię” tej samej autorki podobała mi się nieco bardziej, ale „To przez Ciebie!” to również bardzo dobra, kobieca obyczajówka. Powoli, z czasem przeczytam resztę książek autorki, zawsze dobrze mieć w zanadrzu parę takich ciepłych, pozytywnych lektur. A tymczasem rozpoczynam listopad z horrorem i thrillerem – tak sobie postanowiłam. Ale jak wyjdzie, zobaczymy. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...