poniedziałek, 20 marca 2017 | By: Annie

"Każdy jej strach" - Peter Swanson

                      Mam słabość do książek, których bohaterowie są bibliofilami lub kiedy chociaż gdzieś w tle fabuły przewija się literatura. Gdy czytam o stosach powieści chybotliwie ułożonych przy kanapie, gdy czytam o deszczu zacinającym w wykuszowe okna, gdy czytam o bohaterce, która pracuje w wydawnictwie i wieczorami oddaje się nałogowo lekturze… Ahhhhh cóż poradzę, wobec takich pozycji po prostu nie potrafię być obiektywna! Tu niemal co stronę byłam raczona takimi oto smaczkami, co dodatkowo sprawiło, iż silnie utożsamiłam się z bohaterkami, z marszu je polubiłam i książka w rezultacie bardzo mi się podobała. Lubię ten typ pisarstwa, który reprezentuje Peter Swanson – dbałość o szczegóły wnętrz, o detale z życia bohaterów i przede wszystkim o klimat – tutaj pod postacią wczesnowiosennego, deszczowego Bostonu - naprawdę ma swój urok. Cała historia rozgrywa się w bowiem pięknej, starej, ceglanej kamienicy - to w niej mieści się olbrzymie mieszkanie, do którego wprowadza się Kate - młoda dziewczyna, która dopiero co przyjechała z Londynu, aby zacząć nowe życie. W tym samym czasie, na tym samym piętrze popełniona zostaje makabryczna zbrodnia.. Czy ma to jakiś związek z przyjazdem Kate? Do tego tajemnicze przejścia, nieuczęszczane klatki schodowe, kot pojawiający się znikąd i sąsiad-podglądacz - okładka słusznie działa na wyobraźnię. Mąż się ze mnie śmieje, że zawsze przed pójściem spać robię obchód po mieszkaniu – sprawdzam czy drzwi są zamknięte, czasem zaglądam nawet pod łóżko. Ha!, dzięki tej książce mam wreszcie tego racjonalne usprawiedliwienie i wytłumaczenie. ;)

                       Wydaje mi się, że "Każdy jej strach" to dość kobiecy thriller, z dużą dawką obyczajowości, pewnie nie każdemu podpasuje (mam tu na myśli przede wszystkim tych, którzy oczekują mrożącej krew z żyłach, zawiłej intrygi i wielkiego suspensu), gdzieś tak około połowy książka nieco siadła, ale później ponownie wciągnęła mnie w swoje sidła. Nie czuję jakiegoś wielkiego zachwytu, ale po prostu satysfakcję z lektury, spędziłam z nią przemiły czas. Bez analizowania - po prostu podobało mi się, a to za sprawą idealnej jak na mój gust kompozycji trzech składników – bibliofilskich smaczków, odpowiedniej dawki obyczajowości i fajnego, pełnego niepokoju klimatu, który panuje w dużym, pustym i obcym mieszkaniu. W dodatku ja uwielbiam kiedy kryminały czy thrillery dzieją się w scenerii ograniczonej do niewielkiej przestrzeni - w tym przypadku luksusowej kamienicy. Jednym słowem - mniam! 
niedziela, 19 marca 2017 | By: Annie

"Arystokratka w ukropie" - Evžen Boček

                  'Mieć ciastko czy zjeść ciastko’ – czyli wielki dylemat, który towarzyszył mi przed lekturą tej oto książki. ;) Jest to bowiem drugi i jak na razie ostatni tom z genialnej serii o Arystokratce – autentycznie przezabawnej i prześmiesznej historii o pewnej amerykańskiej rodzinie, która wraca do rodowej siedziby w Czechach. Z resztą podzielam i ponawiam wszystko to, co napisałam już wcześniej o pierwszym tomie – „Ostatnia arystokratka”. Nic więcej nie mam do dodania, te książki po prostu trzeba przeczytać!

                   Kilka dni tej wiosny spędzę w Pradze i okolicach – ogromnie cieszę się na ten wyjazd, mam nadzieję, że pogoda dopisze, no i że poczuję tę słynną ‘czeskość’ w powietrzu. :) Z okazji wyjazdu szykuję sobie kolejne czeskie lektury. Do czechofila mi jeszcze daleko, ale może wreszcie uda mi się sięgnąć po twórczość Milana Kundery..?

UPDATE: Jednak będzie trzeci tom!!! :D
środa, 15 marca 2017 | By: Annie

"Co kryją jej oczy" - Sarah Pinborough

                 Poczułam wiosnę w powietrzu, co dodało mi energii i wywołało we mnie nagły atak czytelniczy, a że zaraziłam się ostatnio miłością do thrillerów psychologicznych, to w ciągu kilku dni pochłonęłam z wypiekami na twarzy aż dwa smaczki z tego gatunku. Sześć następnych czeka w kolejce… Lubię te swoje fazy czytelnicze, a tą rozkoszuję się wyjątkowo, bo dawno żadna nie owładnęła mną w takim stopniu. ;) Na pewno mocno sprzyja mi moda na tego typu książki, dużo się ich ostatnio ukazuje, ale staram się być również ostrożna i wybredna – bo można się naciąć na własnej pazerności, a trzeba powiedzieć wprost – choć rozreklamowane, to nie wszystkie thrillery mogą być przecież ‘och i ach’. Ogromna promocja towarzyszy także „Co kryją jej oczy”, którą to powieść pochłonęłam z dużym zainteresowaniem, wciągnęła mnie, ale jakiegoś ogromnego zachwytu też tu nie podzielę – być może moje oczekiwania, wywindowane intensywną reklamą, były po prostu zbyt wysokie.

                 Książka rozkręca się powoli… Początek to właściwie romans obyczajowy , historia trójkąta miłosnego pomiędzy perfekcyjną żoną Adele, jej mężem-lekarzem i jego sekretarką Louise. Z nią się przyjaźni, jego jest kochanką... Jednak to nie postać poczciwej, zagubionej, choć i dwulicowej Louise nas niepokoi, a właśnie ta krucha, niewinna, piękna Adele… niebezpiecznie zimna i spostrzegawcza. Pętla się zaciska… Co wyróżnia tę książkę na tle innych, to oniryczny wątek paranormalny, którego ocena na pewno podzieli czytelników - jednych zachwyci, innych rozczaruje. Ja postanowiłam, że dam się uwieść autorce, że uwierzę jej i pozwolę się porwać do krainy nieprawdopodobnych zdarzeń. I że będę się przy tym dobrze bawiła. Niemniej przyznam, że dużo w tym mojej dobrej woli, gdyż Sarah Pinborough wprowadza tę swoją magię bez gracji, topornie, niczym obuchem w głowę niewinnego, niczego się niespodziewającego czytelnika. Co autorce się udało, to na pewno powolne budowanie napięcia, które, co prawda z opóźnieniem, ale za to niezwykle skutecznie od pewnego momentu aż nie pozwala oderwać się od lektury. Muszę też przyznać, że to słynne już zakończenie faktycznie jest rewelacyjne. Zostawiło mnie w lekkim oszołomieniu na godzinę, w dodatku z głupawym chichotem na ustach. Jest efektowne, naprawdę robi wrażenie!

                   Nie żałuję, że przeczytałam „Co kryją jej oczy”, choć nie jest to też najlepszy thriller psychologiczny jaki miałam w rękach. Natomiast jako wciągające czytadło do umilenia sobie czasu w pociągu czy w oczekiwaniu na lot, jak najbardziej się sprawdzi. Jeśli lubicie thrillery psychologiczne, to moim zdaniem warto sięgnąć, choćby dla tego uczucia osłupienia, w które wprawi was koniec książki… 
sobota, 11 marca 2017 | By: Annie

"Szkoła wdzięku Madame Chic" - Jennifer L. Scott

                 Za mną trzecie spotkanie z Madame Chic - tym razem lekcja jak być elegancką damą na co dzień. ;) Autorka, chyba rozzuchwalona sukcesem poprzednich części, nieco się nadyma (‘jestem przeświadczona, że omówione tu zasady są w stanie ocalić nasze społeczeństwo przed popadnięciem w stan nieokrzesania’), ale jednocześnie jest też cudownie, tak do szpiku kości i po amerykańsku entuzjastyczna, optymistyczna oraz inspirująco pełna ufnej chęci samorozwoju. Bowiem świat Madame Chic to świat, w którym Twoim największym problemem jest to, jak postrzega Cię otoczenie, świat, w którym człowiek zaniedbany to człowiek nieszczęśliwy, nietroszczący się sam o siebie, a więc niezasługujący na szacunek innych. Takie typowe ‘first world problems’, ale przynajmniej szczere, prawdziwe i też czarująco, sympatycznie przedstawione, trzeba przyznać. Jednym słowem - klasa i szyk receptą na udane życie. ;) I choć wiele można tym książkom zarzucić, to jedno trzeba im przyznać – one naprawdę działają! Pod czujnym spojrzeniem Madame Chic prostujesz się, kawa smakuje lepiej, a Ty choć przez chwilę czujesz się lepszą, spokojniejszą wersją samej siebie, która niespiesznie i z życzliwym uśmiechem księżnej kontempluje pogodę oraz robi zakupy w supermarkecie. Ach, gdyby tak wszyscy słuchali rad Madame Chic, świat byłby piękny. ;) Lekka, ale i bardzo motywująca oraz inspirująca głupotka, czyli coś, czego potrzebowałam, bo w ostatnim czasie ciężko było mi wyhamować i nawet w wolnych chwilach umysł sam biegł dalej rozpędzony. Niemniej myślę, że trzy pozycje o Madame Chic to aż nadto i chyba pora zamknąć temat. Adieu!
czwartek, 2 marca 2017 | By: Annie

"Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym" - Maciej Czarnecki

                          Mam dziwną słabość do Norwegii. Fascynuje mnie ten kraj – kultura europejska, tak bliska, a jednocześnie tak odmienna mentalność, emocjonalność, postrzeganie więzi rodzinnych i społecznych. Norwegowie są niesamowicie cywilizowani, opanowani, emocjonalnie chłodni i kulturalni. Co dziwne – nie czuję pociągu do Skandynawii ogółem, ale Norwegia intryguje mnie od lat. Zaspokajam zatem swoją ciekawość poprzez literaturę…

                          Autor reportażu „Dzieci Norwegii”, Maciej Czarnecki, bierze na tapetę trudny i rozdzierający serce temat – norweski Bernevernet, który strzeże dobra dzieci na terenie Norwegii. I kierując się zasadą, że ‘lepiej reagować prewencyjnie, a nie dopiero wtedy, gdy mleko się już rozlało’, ma prawo odebrać dzieci nawet przy drobnej sugestii, że rodzice nie zapewniają im odpowiedniej opieki – podejrzenie o molestowanie, siniaki, czy – jak w niektórych przypadkach – wystarczy o jedno zdanie wypowiedziane przez dziecko za dużo, i ląduje ono na długie miesiące (lub na zawsze) u rodziny zastępczej. Takie postępowanie ma wyraźne, niepodważalne dobre strony oraz mocne podstawy, jak chociażby sprawa Andersa Breivika, który być może nie dokonałby tak okrutnej rzezi, gdyby tylko odebrano go w porę toksycznej matce. Co trzeba przyznać, Norwegowie są niezwykle otwarci na krytykę i przeważnie uczą się na swoich błędach - chcą po prostu uratować jak najwięcej dzieci - a jednocześnie momentami bywają zaskakująco ślepi i uparci, przez co szczytny cel zapobiegania dziecięcym dramatom niekiedy zakrawa niemal o kafkowski surrealizm, a rodzice zderzają się ze ślepą ścianą oskarżeń. Dziecko płacze gdy zobaczy dawno niewidzianych rodziców - według Barnevernetu wcale nie z tęsknoty, a ze stresu, więc spotkania należy jeszcze bardziej ograniczyć. Matka nie przyznała się do winy, czyli odmówiła współpracy... To skrajne przykłady, ale występujące. Wszystko jest bowiem kwestią interpretacji pracowników, a te złe (choć występujące w zdecydowanej mniejszości) spowodowały, że temat obrósł niesamowitą mitologią i martyrologią - zamach na Polską Rodzinę, zamach na Matkę Polkę, rzekome porwania w celu urozmaicenia norweskich genów, zaangażował się też Krzysztof Rutkowski, który ma całą ofertę dotyczącą odbijania polskich dzieci z norweskich rodzin zastępczych(!). 

                       Osobiście nie mam wątpliwości, że Barnevernet to dobry, kierowany jak najlepszymi pobudkami system, mający na celu zapobieganie przemocy i ochronę dzieci, jednak przeważnie nierozumiany przez obcokrajowców i w niektórych aspektach wymagający dopracowania, przyznaję. Na tę chwilę sprawa ma bowiem dwie zantagonizowane strony, a problem zaczyna się tradycyjnie tam, gdzie stykają się dwie obce kultury. Bariera niezrozumienia, wywołana tym, że Norwegia reprezentuje jakby wyższy, wyniesiony ponad emocje model cywilizacyjny – którego ani Polacy, ani jacykolwiek inni obcokrajowcy nie potrafią zrozumieć, zaakceptować i do niego przystać. Model chłodny, kalkulujący na zimno straty i zyski. Możliwie obiektywny, pozbawiony emocji. A imigranci boją się tego, nie rozumieją. W rezultacie panikują, rzucają na ślepo oskarżenia, uciekają, porywają własne dzieci i tymsamym sami dostarczają Barnevernetowi argumentów do działania. Nic dziwnego, są przecież przerażeni - nagle ktoś wchodzi z butami w ich życie, ocenia, kontroluje, a przecież 'matka wie najlepiej jak wychować własne dziecko'. Według Norwegów niekoniecznie. Opinia norweskich ekspertów głosi jednoznacznie, że „w najlepszym interesie dziecka jest żyć w warunkach korzystnych dla jego rozwoju, niekoniecznie z biologicznymi rodzicami”, co z jednej strony uratowało już wiele dzieci, a z drugiej doprowadziło do sytuacji, w której bez prób znalezienia krewnych dziecka, bez zważania na jego wyznanie, kulturę, oprócz zmiany rodziców – przeważnie dokonanej słusznie -  odbierana jest też jego tożsamość. Problemów nastręcza również interpretacja niektórych zachowań, gdyż w polskiej kulturze słowo ‘kara’ oznacza zupełnie coś innego niż w Norwegii.  Norwegowie posługują się pewnym wykrojem, modelem idealnej rodziny wedle standardów norweskich – co wystaje poza jego ramy – należy zmienić. To przecież „bardzo norweskie myśleć, że w żadnym razie nie jesteśmy rasistami. I rzeczywiście, nie doszukiwałabym się rasizmu biologicznego. Ale śladów kulturowego już tak. Chodzi o przekonanie, ze niektóre kultury są warte mniej niż inne.” – mówi jedna z rozmówczyń i nie sposób się z nią nie zgodzić. 

                        Czy inaczej znaczy gorzej? Czy Norwedzy odkryli ideał wychowywania dziecka? Jeśli tak, to czy mają prawo narzucać go wszystkim dzieciom czy tylko tym norweskim? Na ile można krytykować Norwegów, żądać zmian prawa, skoro imigranci są tylko gośćmi w ich kraju? I wreszcie, jak to się ma do podpisanej przez Norwegię Konwencji praw dziecka ONZ, która gwarantuje prawo do zachowania tożsamości, w tym obywatelstwa, nazwiska i stosunków rodzinnych? 

                       Wiele pytań, wiele odcieni szarości. Jednym słowem - doskonały reportaż. W swojej debiutanckiej książce Maciej Czarnecki porwał się na temat – wydawałoby się – niemożliwy do przedstawienia obiektywnie. A jednak udało się! Wielki szacunek i podziw. Będę śledziła uważnie wszystkie jego kolejne publikacje. W międzyczasie pokochałam wydawnictwo Czarne całym sercem. Wydają tak różnorodne, świetnie napisane, ciekawe i poszerzające wiedzę pozycje, że dochodzę do wniosku, iż mogłabym czytać książki tylko i wyłącznie tego wydawnictwa, a i tak nie nudziłabym się ani chwilę. A są to reportaże, które najlepiej mówią same o sobie za pomocą cytatów. Całą sytuację opisaną w "Dzieciach Norwegii" można zawrzeć w trzech hasłach:

BARIERA KULTUROWA: „Dla Polaków, Czechów czy Litwinów państwo przez ponad czterdzieści lat nie było oparciem, lecz faktycznym wrogiem. (…) Wieści, że w Skandynawii fiskus pomaga ludziom rozliczyć podatki, by zapłacili jak najmniej, wciąż brzmią dla nas jak z kosmosu.”

NADOPIEKUŃCZOŚĆ: „…Prawdziwa ciemna strona Norwegii – nie ta estetyzująca, owiana przybyszewszczyzną i trącąca diabłem z jasełek – może wynikać z nadmiaru owej dobroci. Wszak słowo „reżim” nie kojarzy się dobrze.”

NIEZROZUMIENIE: "Barnevernet (...) popełnia koszmarne błędy - ale jego krytycy strzelają z niewłaściwych armat."
niedziela, 26 lutego 2017 | By: Annie

"Instaserial o miłości" - Nicole Sochacki-Wójcicka

                        Sama mogłabym być autorką podobnej, licealno-WUMowskiej historii, więc temat był mi bardzo bliski, choć przyznam, że w życiu nie zdecydowałabym się na jej opublikowanie - za duży poziom ekshibicjonizmu jak dla mnie. Natomiast cieszę się, że Nicole, w świecie internetowym znana głównie jako @mamaginekolog, spisała i wydała swoje miłosne perypetie, bo czytając "Instaserial o miłości” bawiłam się świetnie i również z nutką sentymentu przypomniałam sobie jak to jest na tych pierwszych etapach znajomości – podchody, ciągłe motylki w brzuchu, poddenerwowanie 'jak wypadnę'. No i wreszcie udało mi się przeczytać coś lekkiego :) Polecam, ale przede wszystkim tym, którzy siedzą w temacie – czyli albo mają lub mieli do czynienia z WUMem, albo śledzą namiętnie perypetie mamy ginekolog na instagramie - z resztą w tym gronie książka rozchodzi się jak świeże bułeczki. Być może reszta czytelników również znajdzie w tej pozycji coś dla siebie, ale może się też zirytować błahą, dość płytką lekturą – ciężko mi powiedzieć...

                        #Instaserial to pozycja leciutka, zabawna, szalona, specyficzna, rozemocjonowana, miejscami infantylna, ale też pełna pozytywnej energii. To historia miłosna pary studentów medycyny, a później już lekarzy - studia, życie w Lodndynie, a później walka o zaręczyny. W sumie trochę dziwię się, że autorka zdecydowała się poddać wszystkie swoje życiowe decyzje pod publiczną ocenę – a nie są one sztampowe, zdecydowanie. Na przykład gdyby mnie tak traktował chłopak, dawno pogoniłabym go w cholerę. :) Język jest prościutki, nieco chaotyczny, styl instagramowy – tzn. króciutkie rozdzialiki, na pewno trzeba zaakceptować tę specyficzną formę przekazu. Nie ma też co przyrównywać tej pozycji z prawdziwą literaturą, a raczej należy ją oceniać z przymrużeniem oka i życzliwością. A że pewnie właśnie do takich czytelników trafi, i ja się do nich też zaliczam, to napiszę, że mi się podobało i polecam. Miło spędziłam czas w towarzystwie tej książki. :)
piątek, 24 lutego 2017 | By: Annie

"Dziecko wspomnień" - Steena Holmes

                      Zdejmując tę książkę z półki i oczekując thrillera psychologicznego można się rozczarować, natomiast jako obyczajówka z nutą dreszczyku i niepewności – powieść ta zdecydowanie świetnie daje sobie radę. „Dziecko wspomnień” to historia Diane, świeżo upieczonej matki, która właśnie ma wrócić do pracy. Jednak wkoło zaczynają się dziać dziwne rzeczy… Śledząca każdy krok niania-pielęgniarka, tajemnicze telefony, brak kontaktu z mężem. A może to Diane jest przewrażliwiona i po prostu szuka wymówki, żeby zostać z dzieckiem w domu? Pętla stopniowo się zaciska…

                      Książka wciąga, czyta się ją świetnie, niemal bez tchu i choć stosunkowo szybko wpadłam na trop rozwiązania, to jednak ani trochę nie zepsuło mi to "przyjemności" czytania. Ten cudzysłów stąd, że strasznie spłakałam się na końcu. :( Ogromnie żałuję tylko, że bohaterowie wyszli autorce papierowi i wyblakli – bo gdyby tak dodać im nieco więcej krwi, werwy i indywidualności, można by tu mówić o rewelacyjnej powieści. A tak mamy naprawdę dobre, wciągające, kobiece czytadło – ale tylko czytadło. Niemniej nie mogłam się oderwać, poruszyła mnie ta lektura, dlatego polecam gorąco! Kawał solidnej, wciągającej i emocjonującej prozy dla kobiet.
niedziela, 19 lutego 2017 | By: Annie

"Siedem minut po północy" - Patrick Ness, Siobhan Dowd

"Pamiętaj, że wtedy świat był młodszy.
Bariera między rzeczami była znacznie mniej
wyraźna, łatwiejsza po przekroczenia."
                    Chwilowo poczułam przesyt tematyką wojenną w literaturze – dopiero co czytałam książkę o widmie wojny unoszącym się nad każdą stroną opowieści o mieście („Król” Twardocha) oraz o wojnie, która pozostawia tylko zgliszcza, tęsknotę i samotność („Marlene” Angeliki Kuźniak). Zamarzyłam więc o lekturze współczesnej, lżejszej, ożywczej. Czy bajka „Siedem minut po północy” zaspokoiła moje potrzeby? Zdecydowanie nie:) Brutalnie rozdarła mi serce, a przecież wreszcie miałam sobie emocjonalnie odpocząć… ale jednocześnie zauroczyła mnie i wciągnęła, więc chyba było warto. 

                   „Siedem minut po północy” to opowieść o chłopcu i jego potworze, opowieść o chorobie i stracie ukochanej osoby. Nastrój robią przede wszystkim rysunki - są piękne, mroczne, niepokojące. I choć moim zdaniem to bajka zdecydowanie bardziej dla dorosłych (dziecku te ilustracje mogłyby zafundować niezłe koszmary...), to ja jednak tak długo czekałam, żeby wreszcie zacząć pełnoprawnie czytać literaturę 'dorosłą', że wciąż nie mogę się tym nasycić. :) Dlatego nie podzielam peanów i zachwytów połowy blogosfery, natomiast przyznaję – to świetna, mądra bajka (choć nieco przewidywalna), ale niestety, nie rzuciła mnie na kolana. Niektórzy twierdzą, że powrót do czytania bajek to podobno kolejny etap rozwoju literackiego, cóż, widocznie ja jeszcze do tego nie dojrzałam. Jeśli mam przeżywać emocjonalny rollercoaster, to na daną chwilę wybieram taki w wykonaniu Joyce Carol Oates, McEwana czy "Ostatnie dni Królika" Anny McPartlin - taka proza przemawia do mnie znacznie bardziej niż jakakolwiek bajka. Niemniej, w ramach ciekawostki, "Siedem minut po północy" stanowiło ciekawe, poruszające spotkanie.
sobota, 18 lutego 2017 | By: Annie

"Marlene" - Angelika Kuźniak

                        Miałam w lutym mnóstwo czytać i pisać, ale w ostatnich dniach spadło na mnie niespodziewanie przygotowywanie plakatu na konferencję, a potem także silne przeziębienie, które sprawiło, że przez parę dni nie miałam siły ruszyć ręką. Niemniej co nieco udało mi się w ostatnim tygodniu przeczytać i mam w zanadrzu do polecenia dwie ciekawe lektury. Po pierwszą z nich sięgnęłam pod wpływem koncertu Krystyny Jandy „Piosenki z teatru”, którego pod koniec stycznia miałam wielką przyjemność wysłuchać. Piosenki, teksty i wykonania cudne, same perełki, ale to historii, anegdotek o życiu i kulturze, które Janda opowiadała w przerwach od śpiewania mogłabym słuchać godzinami… Jedna z nich dotyczyła Marleny Dietrich – tego, że uczestniczyła ona w wyzwalaniu Berlina, a na koniec podobno wjechała do niego siedząc na czołgu, jakie niesamowite życie wiodła i jakie tragiczne było jego zakończenie w samotności paryskiego mieszkania. Muszę przeczytać biografię – postanowiłam już podczas spektaklu. Jeśli chodzi o postać Dietrich to miałam w głowie tylko czarno-biały obrazek obojętnej kobiety w męskim garniturze, z papierosem w dłoni. Niestety, gdy zaczęłam szukać, okazało się, że wybór jest naprawdę kiepski. To znaczy kilka pozycji biograficznych o Marlenie jest, ale trochę byle co, że tak powiem. Jeden album, jedno przesłodzone streszczenie z kiepskimi recenzjami, reszta już niedostępna. Książka Angeliki Kuźniak wydała mi się zdecydowanie najrozsądniejszym wyborem. Kluczem i inspiracją do napisania tej pozycji była kartka z notesu, na której Dietrich zapisała kilka polskich adresów i telefonów. Ruszamy śladem koncertów, które Marlene w latach 60’ odbyła w Polsce i w zasadzie towarzyszymy jej aż do śmierci w Paryżu. Jak pisze sama autorka - „Ta książka nie jest biografią. To reporterska opowieść o Marlenie Dietrich.” Niemniej, między innymi dzięki sprawnie zredagowanemu kalendarium na końcu książki, czuję, że otrzymałam dokładnie to, co chciałam – możliwie bliskie prawdy życie Marleny Dietrich w pigułce.

Źródło: http://wehadfacesthen.tumblr.com
                        „Marlene” to portret sklejony ze wspomnień, rozmów, utkany z fragmentów, niuansów, drobnych spostrzeżeń. Bardzo autentyczny, wyrazisty, na pewno nie ugładzony. Wyłania się z niego słodko-gorzki obraz Dietrich – zimnej perfekcjonistki i wielkiej, ale samotnej artystki. Zaszokowały mnie emocje, które wzbudza w Niemczech – ta niechęć do niej, bo ‘zdradziła’ ojczyznę walcząc po stronie aliantów i krytykując Hitlera… Te protesty, które wywołał jej pogrzeb w 1992 roku… Jednak przede wszystkim to opowieść o niesamowicie silnej, samowystarczalnej kobiecie, która wiodła fascynujące, barwne życie. Romanse, wojna, podróże, zawrotna kariera i ten hipnotyzujący głos... (Wyobrażacie sobie jakąś współczesną hollywoodzką diwę, która rzuca wszystko u szczytu kariery i jedzie na wojnę?!) To wszystko napisane chłodno, zdawkowo, jakby z dystansu, ale chyba właśnie dzięki temu obraz jest pełny i wyraźny – dzięki temu cała Marlene zmieściła się w kadrze.

                         Poruszyła mnie notatka, którą 20-letnia Marlene zapisała w swoim dzienniku: „Dlaczego przypada mi w udziale tak okropny czas? Chciałam przecież złotej, pogodnej młodości.”…
piątek, 10 lutego 2017 | By: Annie

"Król" - Szczepan Twardoch

                      Lektura kompletna, idealna, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Myślę do czego mogłabym się tu przyczepić – nie znalazłam nic. To opowieść o Warszawie u progu II Wojny Światowej, ale przede wszystkim o jej mieszkańcach – Żydach, Polakach, przestępcach, politykach, gangsterach, bokserach i ich żonach oraz kochankach. Każda postać jest niezwykle umiejętnie i wyraziście nakreślona, tak realna... Nie ma tu czarno-biało uproszczeń, wyraźnej granicy dobra i zła, są za to fascynujące losy złych bohaterów - z tym, że jednym kibicujemy, a drugim nie. A jak to jest napisane! Czapki z głów. W życiu nie sądziłam, że będzie potrafiła mnie zachwycić książka o żydowskim bokserze w przedwojennej Warszawie… A jednak czytałam z wypiekami na twarzy i gryząc paznokcie. Twardoch wodzi nas za nos jak chce, dopiero stopniowo dopuszczani jesteśmy do głębszych warstw prawdy, która poraża i zatrzymuje w miejscu. 

                         Czytając tę książkę poza Warszawą, zatęskniłam za moim miastem, a dziś jakoś inaczej spaceruje mi się tak dobrze znanymi ulicami - Piękną, Koszykową, Marszałkowską... Nawet wczorajszy, wymuszony awarią metra, powrót do domu tramwajem, upłynął mi na wyglądaniu przez okno i poszukiwaniu opisanych w książce miejsc. Jestem pod wielkim wrażeniem ogromu pracy, którą włożył Szczepan Twardoch, aby oddać realia tamtych czasów – nie tylko topografię miasta, ale też wszelkie najdrobniejsze detale – gazety, postacie historyczne, słownictwo, stroje… Jednak ta idealnie skonstruowana scenografia stanowi zaledwie tło dla jeszcze ciekawszej historii. "Król" to bowiem książka doskonała, zasługująca na wszelkie możliwe nagrody i wyrazy uznania. Powieść utkana z mnóstwa skojarzeń, warstw, smaczków, analizować ją można na wiele sposobów, za każdym razem odkrywając coś nowego, a jednocześnie to wciąż  przystępna i wciągająca rozrywka na najwyższym poziomie. Jeśli pozostałe książki Twardocha są choć w połowie tak dobre, to ja chcę je wszystkie przeczytać... Na tę chwilę (choć to dopiero luty) – książka roku jak dla mnie!!!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...