niedziela, 19 lutego 2017 | By: Annie

"Siedem minut po północy" - Patrick Ness, Siobhan Dowd

"Pamiętaj, że wtedy świat był młodszy.
Bariera między rzeczami była znacznie mniej
wyraźna, łatwiejsza po przekroczenia."
                    Chwilowo poczułam przesyt tematyką wojenną w literaturze – dopiero co czytałam książkę o widmie wojny unoszącym się nad każdą stroną opowieści o mieście („Król” Twardocha) oraz o wojnie, która pozostawia tylko zgliszcza, tęsknotę i samotność („Marlene” Angeliki Kuźniak). Zamarzyłam więc o lekturze współczesnej, lżejszej, ożywczej. Czy bajka „Siedem minut po północy” zaspokoiła moje potrzeby? Zdecydowanie nie:) Brutalnie rozdarła mi serce, a przecież wreszcie miałam sobie emocjonalnie odpocząć… ale jednocześnie zauroczyła mnie i wciągnęła, więc chyba było warto. 

                   „Siedem minut po północy” to opowieść o chłopcu i jego potworze, opowieść o chorobie i stracie ukochanej osoby. Nastrój robią przede wszystkim rysunki - są piękne, mroczne, niepokojące. I choć moim zdaniem to bajka zdecydowanie bardziej dla dorosłych (dziecku te ilustracje mogłyby zafundować niezłe koszmary...), to ja jednak tak długo czekałam, żeby wreszcie zacząć pełnoprawnie czytać literaturę 'dorosłą', że wciąż nie mogę się tym nasycić. :) Dlatego nie podzielam peanów i zachwytów połowy blogosfery, natomiast przyznaję – to świetna, mądra bajka (choć nieco przewidywalna), ale niestety, nie rzuciła mnie na kolana. Niektórzy twierdzą, że powrót do czytania bajek to podobno kolejny etap rozwoju literackiego, cóż, widocznie ja jeszcze do tego nie dojrzałam. Jeśli mam przeżywać emocjonalny rollercoaster, to na daną chwilę wybieram taki w wykonaniu Joyce Carol Oates, McEwana czy "Ostatnie dni Królika" Anny McPartlin - taka proza przemawia do mnie znacznie bardziej niż jakakolwiek bajka. Niemniej, w ramach ciekawostki, "Siedem minut po północy" stanowiło ciekawe, poruszające spotkanie.
sobota, 18 lutego 2017 | By: Annie

"Marlene" - Angelika Kuźniak

                        Miałam w lutym mnóstwo czytać i pisać, ale w ostatnich dniach spadło na mnie niespodziewanie przygotowywanie plakatu na konferencję, a potem także silne przeziębienie, które sprawiło, że przez parę dni nie miałam siły ruszyć ręką. Niemniej co nieco udało mi się w ostatnim tygodniu przeczytać i mam w zanadrzu do polecenia dwie ciekawe lektury. Po pierwszą z nich sięgnęłam pod wpływem koncertu Krystyny Jandy „Piosenki z teatru”, którego pod koniec stycznia miałam wielką przyjemność wysłuchać. Piosenki, teksty i wykonania cudne, same perełki, ale to historii, anegdotek o życiu i kulturze, które Janda opowiadała w przerwach od śpiewania mogłabym słuchać godzinami… Jedna z nich dotyczyła Marleny Dietrich – tego, że uczestniczyła ona w wyzwalaniu Berlina, a na koniec podobno wjechała do niego siedząc na czołgu, jakie niesamowite życie wiodła i jakie tragiczne było jego zakończenie w samotności paryskiego mieszkania. Muszę przeczytać biografię – postanowiłam już podczas spektaklu. Jeśli chodzi o postać Dietrich to miałam w głowie tylko czarno-biały obrazek obojętnej kobiety w męskim garniturze, z papierosem w dłoni. Niestety, gdy zaczęłam szukać, okazało się, że wybór jest naprawdę kiepski. To znaczy kilka pozycji biograficznych o Marlenie jest, ale trochę byle co, że tak powiem. Jeden album, jedno przesłodzone streszczenie z kiepskimi recenzjami, reszta już niedostępna. Książka Angeliki Kuźniak wydała mi się zdecydowanie najrozsądniejszym wyborem. Kluczem i inspiracją do napisania tej pozycji była kartka z notesu, na której Dietrich zapisała kilka polskich adresów i telefonów. Ruszamy śladem koncertów, które Marlene w latach 60’ odbyła w Polsce i w zasadzie towarzyszymy jej aż do śmierci w Paryżu. Jak pisze sama autorka - „Ta książka nie jest biografią. To reporterska opowieść o Marlenie Dietrich.” Niemniej, między innymi dzięki sprawnie zredagowanemu kalendarium na końcu książki, czuję, że otrzymałam dokładnie to, co chciałam – możliwie bliskie prawdy życie Marleny Dietrich w pigułce.

Źródło: http://wehadfacesthen.tumblr.com
                        „Marlene” to portret sklejony ze wspomnień, rozmów, utkany z fragmentów, niuansów, drobnych spostrzeżeń. Bardzo autentyczny, wyrazisty, na pewno nie ugładzony. Wyłania się z niego słodko-gorzki obraz Dietrich – zimnej perfekcjonistki i wielkiej, ale samotnej artystki. Zaszokowały mnie emocje, które wzbudza w Niemczech – ta niechęć do niej, bo ‘zdradziła’ ojczyznę walcząc po stronie aliantów i krytykując Hitlera… Te protesty, które wywołał jej pogrzeb w 1992 roku… Jednak przede wszystkim to opowieść o niesamowicie silnej, samowystarczalnej kobiecie, która wiodła fascynujące, barwne życie. Romanse, wojna, podróże, zawrotna kariera i ten hipnotyzujący głos... (Wyobrażacie sobie jakąś współczesną hollywoodzką diwę, która rzuca wszystko u szczytu kariery i jedzie na wojnę?!) To wszystko napisane chłodno, zdawkowo, jakby z dystansu, ale chyba właśnie dzięki temu obraz jest pełny i wyraźny – dzięki temu cała Marlene zmieściła się w kadrze.

                         Poruszyła mnie notatka, którą 20-letnia Marlene zapisała w swoim dzienniku: „Dlaczego przypada mi w udziale tak okropny czas? Chciałam przecież złotej, pogodnej młodości.”…
piątek, 10 lutego 2017 | By: Annie

"Król" - Szczepan Twardoch

                      Lektura kompletna, idealna, dopracowana w najdrobniejszych szczegółach. Myślę do czego mogłabym się tu przyczepić – nie znalazłam nic. To opowieść o Warszawie u progu II Wojny Światowej, ale przede wszystkim o jej mieszkańcach – Żydach, Polakach, przestępcach, politykach, gangsterach, bokserach i ich żonach oraz kochankach. Każda postać jest niezwykle umiejętnie i wyraziście nakreślona, tak realna... Nie ma tu czarno-biało uproszczeń, wyraźnej granicy dobra i zła, są za to fascynujące losy złych bohaterów - z tym, że jednym kibicujemy, a drugim nie. A jak to jest napisane! Czapki z głów. W życiu nie sądziłam, że będzie potrafiła mnie zachwycić książka o żydowskim bokserze w przedwojennej Warszawie… A jednak czytałam z wypiekami na twarzy i gryząc paznokcie. Twardoch wodzi nas za nos jak chce, dopiero stopniowo dopuszczani jesteśmy do głębszych warstw prawdy, która poraża i zatrzymuje w miejscu. 

                         Czytając tę książkę poza Warszawą, zatęskniłam za moim miastem, a dziś jakoś inaczej spaceruje mi się tak dobrze znanymi ulicami - Piękną, Koszykową, Marszałkowską... Nawet wczorajszy, wymuszony awarią metra, powrót do domu tramwajem, upłynął mi na wyglądaniu przez okno i poszukiwaniu opisanych w książce miejsc. Jestem pod wielkim wrażeniem ogromu pracy, którą włożył Szczepan Twardoch, aby oddać realia tamtych czasów – nie tylko topografię miasta, ale też wszelkie najdrobniejsze detale – gazety, postacie historyczne, słownictwo, stroje… Jednak ta idealnie skonstruowana scenografia stanowi zaledwie tło dla jeszcze ciekawszej historii. "Król" to bowiem książka doskonała, zasługująca na wszelkie możliwe nagrody i wyrazy uznania. Powieść utkana z mnóstwa skojarzeń, warstw, smaczków, analizować ją można na wiele sposobów, za każdym razem odkrywając coś nowego, a jednocześnie to wciąż  przystępna i wciągająca rozrywka na najwyższym poziomie. Jeśli pozostałe książki Twardocha są choć w połowie tak dobre, to ja chcę je wszystkie przeczytać... Na tę chwilę (choć to dopiero luty) – książka roku jak dla mnie!!!
poniedziałek, 6 lutego 2017 | By: Annie

"Szafa" - Olga Tokarczuk

                     Ciekawa książka, smaczek, urozmaicenie. Przyznam, że do lektury skłoniła mnie przede wszystkim ta piękna, tajemnicza okładka... I choć na co dzień nie gustuję w opowiadaniach, to zawartość zbiorku „Szafa” Olgi Tokarczuk połknęłam z przyjemnością, a to zatytułowane "Numery" - o hotelowych pokojach i co ich zawartość potrafi powiedzieć o ich mieszkańcach - podobało mi się szczególnie. Co wyjątkowe, Tokarczuk naprawdę potrafi uchylić tę cienką zasłonę rozgraniczającą dwa światy - oniryczny i rzeczywisty. Urzekł mnie wolny, niespieszny, nieco surrealistyczny klimat i to wyjątkowe poczucie, że ten 'prawdziwy świat' zostaje chwilowo zawieszony - zaraz nas dosięgnie, ale jeszcze nie teraz, na razie tkwimy jakby w bańce utkanej ze snu i ciszy... Jest to po prostu pięknie napisane, jest w tej prozie światło, przestrzeń i miejsce dla swobodnych myśli. Idealna książka 'torebkowa' lub towarzyszka chwili wytchnienia z popołudniową kawą, przy której można wziąć oddech i delektować się lekturą. 

                      Wyznam też, że trochę boję się mierzyć z twórczością Olgi Tokarczuk – autorka słynna, doceniona, nagrodzona, ale przez wielu jej twórczość oceniana jest jako trudna w odbiorze i niedostępna, przynajmniej ja spotkałam się z wieloma takimi opiniami. Wiadomo, ciężko wyrobić sobie zdanie na podstawie lektury króciutkiego zbiorku, niemniej po "Szafie" czuję się zachęcona i ‘ośmielona’ do dalszych spotkań. Lubię czytać różnorodnie, a ta książka stanowiła ciekawe, pełne doświadczenie i urozmaicenie. Podobało mi się, polecam. 
sobota, 4 lutego 2017 | By: Annie

"My zdies' emigranty" - Manuela Gretkowska

                         Moja literacka znajomość z Manuelą Gretkowską to relacja bardzo burzliwa, ale też intelektualnie stymulująca i owocna. Z trzech książek autorki, które miałam okazję do tej pory przeczytać, ta podobała mi się zdecydowanie najbardziej. Na „My zdies’ emigranty” składają się właściwie dwie książki, chaotycznie zmiksowane i ubrane w formę dziennika. Pierwsza z nich to relacja z życia na emigracji w cudownie multikulturalnym, artystycznym Paryżu. Wieczorne rozmowy nad lampką wina w kawiarni, duszne, upalne letnie noce i środowisko ubogich intelektualistów. Ach, jak mi się zrobiło tęskno za Paryżem.;) Te fragmenty są obiektywnie bardzo ciekawe, nastrojowe oraz miło i przystępnie napisane. Druga warstwa nie jest już tak przyjazna, bowiem jest to relacja z procesu pisania pracy naukowej na temat Marii Magdaleny oraz wklejone jej już napisane fragmenty – z początku myślałam, że będzie to raczej drobna ciekawostka, jednak wątek rozwinął się znacząco – miejscami było to owszem, nużące, jednak suma sumarum też i fascynujące. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zainteresuje mnie np. egzegeza czy gematria. A jednak. Lubię to, co Gretkowska robi z moim umysłem, jak potrafi mnie zaskoczyć, zaintrygować dziwną ideą czy ciekawostką. Coraz bardziej lubię też samą Gretkowską i na tę chwilę chcę przeczytać wszystkie jej książki. 

                         „My zdies’ emigranty” to pozycja bardzo specyficzna i jak najbardziej rozumiem, że może się nie podobać, rozumiem też zarzuty, że jest ‘o niczym’. Bo faktycznie, na próżno szukać w niej zwykłej fabuły (no chyba, że uznamy, że jest nią sam proces pisania pracy magisterskiej), nie ma tu spójności czy wciągających wątków. Myślę, że kluczem do czytania z przyjemnością książek Gretkowskiej jest potraktowanie ich nie jako zwyczajnych historii, które mają za zadanie przede wszystkim ‘zabawić’ czytelnika i bez wysiłku dostarczyć mu łatwej rozrywki, a raczej jako medium do zajrzenia do fascynującego umysłu i życia Gretkowskiej. Zatem jest to jedna z tych książek, które istnieją same dla siebie, a nie dla czytelnika. Nie lubię tego typu pisarstwa, a jednak dla niej jestem w stanie chwilowo nagiąć zasady. Bo warto. Gretkowska pisze plastycznie, kobieco, potrafi uwiecznić chwilę, przez co czułam jakbym ja też spacerowała wśród bukinistów brzegiem Sekwany i czuła nocny, upalny oddech miasta na twarzy. A jednocześnie podrażniona została też moja ciekawość świata... Gretkowska jest wolna, niezależna, nie pisze pod publiczkę, żeby zadowolić jak największe grono czytelników. I właśnie z tych cech wynika niebanalność jej prozy. To prawda, fragmentów z paryskiej codzienności mogłoby być więcej, natomiast tych naukowo-teologicznych wywodów znacznie mniej. Wtedy byłaby to zwyczajna, dobra książka jakich wiele. A tak powstała pozycja bardzo dobra i wyjątkowa, choć zdecydowanie nie dla każdego.
czwartek, 2 lutego 2017 | By: Annie

"Po nitce do szczęścia", "Serce z bibuły" - Karolina Wilczyńska

                        Nie jestem szczególnie dumna z tego akurat mojego literackiego wyboru, co nie zmienia faktu, że spędziłam z tą serią przemiły czas. Cykl o Jagodnie to bowiem lekkie kobiece czytadła, składające się z elementów, których przeważnie w literaturze unikam – chatki na wsi, babci robiącej powidła i romantycznej miłości z przyrodą tle. A jednak. Z dziwnym, zaskakującym nawet mnie samą samozaparciem, przez nikogo niezmuszana (przyrzekam! ;)) przeczytałam trzecią oraz czwartą część. I tym samym zakończyłam serię. Cieszę się, że był to już ostatni tom, bo co za dużo, to niezdrowo, a tak, w samą porę, miło i z nutką nostalgii, pożegnałam bohaterów i zamknęłam rozdział pod tytułem "Stacja Jagodno'. 

                        Co ciekawe, chyba jest to jedyna tego typu seria, do której poczułam słabość. Dlaczego? Przede wszystkim jest świetnie napisana – mam na myśli język i styl, za sprawą których książki Karoliny Wilczyńskiej pochłania się błyskawicznie, miło i przyjemnie. Jest w nich też coś takiego, co sprawia, że historia płynie jakby sama, nic nie irytuje, nie ma kiczu. To raczej możliwie wiernie oddane życie, z dużym naciskiem na obyczajowość i problemy kobiet na wsi. To wszystko co prawda posłodzone - happy-endem, nutą ciepłego optymizmu i babcinej mądrości - ale nieprzesłodzone i podane w sposób na tyle lekkostrawny, że ma to wielki urok, muszę przyznać. I jeśli chodzi o miło spędzony czas, taka ciepłą, wewnętrznie rozgrzewającą, kobiecą lekturę, którą można by się otulić i odciąć od brzydkiej pogody czy problemów, a jednocześnie niepozostawiającą miałkiego osadu głupoty na umyśle, to jest to seria jak najbardziej godna polecenia. Wciąż jednak nie mogę odżałować tych koszmarnych, kiczowatych okładek...
środa, 1 lutego 2017 | By: Annie

"Ostatnia arystokratka" - Evžen Boček

                    Jedna z najzabawniejszych książek moim życiu! Zastanawiam się nawet czy nie najzabawniejsza, bo ostatnio takich ataków śmiechu dostawałam czytając „Lesia” Chmielewskiej. Jednak tam zdarzyło mi się to kilka razy, tu – kilkanaście. Znacie to uczucie gdy ktoś pisze ‘przezabawna’, ‘najweselsza książka roku’ itd., a wy podczas lektury nawet raz się nie uśmiechniecie? Tak, też mnie to wkurza. ;) Jeśli chodzi o „Ostatnią arystokratkę” daję gwarancję świetnej zabawy. Autentycznie płakałam, nie mogłam oddychać przez napady śmiechu. To historia pewnej amerykańskiej rodziny, która odzyskuje rodowy zamek w Czechach… Zetknięcie popkultury z arystokracją to mieszanka wybuchowa, szczególnie, że służba na zamku również do tuzinkowych nie należy. Z resztą przekonajcie się sami... Siłą tej pozycji jest jej ironia, dystans, no i oczywiście mnóstwo przezabawnych sytuacji oraz wpadek. Zaznaczam, że nie jest to żenujący humor w stylu ‘głupi i głupszy’. Ciężko jest mi wyobrazić sobie bardziej rozweselającą, poprawiającą humor i relaksującą książkę. Gorąco polecam!!!

                      A tymczasem powoli wracam do świata żywych, chyba już na dobre. Ostatnia sesja za mną, a w głowie dziesiątki planów i marzeń – głównie podróżniczych i kulturalnych. Czuję jak uchodzi ze mnie stres, zmęczenie, powoli wypiera je świeże powietrze i błogi spokój leniwych poranków bez nauki. Widok morza, spacery z mężem, wieczorne seanse i nocne rozmowy – tym planuję nasycać umysł przez najbliższe dni. Stęskniłam się za blogiem, za czytaniem… Oto książki, które pojechały ze mną… Rzuciłam się na nie jak wygłodniały odwykowiec. :) I pochłaniam już drugą…

wtorek, 31 stycznia 2017 | By: Annie

"Kosmitka" - Manuela Gretkowska

                     Dawno nie spotkałam tak irytującej i nierównej książki, w zasadzie miałam jej nawet nie czytać do końca i jak najszybciej odnieść to ‘cudo’ z powrotem do biblioteki. Jednak stwierdziłam, że dam jej szansę, że niemożliwe, aby ta książka była tak zła, szczególnie, że w pamięci miałam całkiem udane spotkanie z „Namiętnikiem”. I faktycznie - nie była, choć czasami miałam ochotę rzucić nią o ścianę. 

                    Przede wszystkim Gretkowska bywa niesamowicie irytująca w swojej autorytarności, to silna osobowość, która nie pozostawia pola na jakąkolwiek dyskusję. Typ człowieka, która nie da ci dojść do słowa, posadzisz ją na krześle, a ona będzie 3 godziny mówiła tylko o sobie. Zawsze ma rację, wszystko wie najlepiej – czy jest to buddyzm, fizyka kwantowa, biologia czy kultura. Niekiedy drażni też powierzchowność spojrzenia i widzenie świata w czarno-białych kolorach. Takie właśnie wrażenie wyrobiłam sobie na podstawie lektury. Co zabawne, z początku myślałam, że czytam powieść z nurtu realizmu magicznego, więc wcale aż tak zaskoczona jakimiś tam odjechanymi wizjami i magicznymi rytuałami nie byłam, dopiero po przeczytaniu kilkudziesięciu stron zorientowałam się, że to dziennik… "Kosmitka" stanowi bowiem jedno wielkie idee fixe na temat paranormalnych zdolności Gretkowskiej, jej manifest i zachwyt nad samą sobą. Czytałam to z perwersyjną, wstydliwą ciekawością - taką, która towarzyszy, gdy mkniemy autostradą, a za oknem mijamy rozbity samochód. A jednocześnie, z perspektywy czasu, mogę napisać, że podobało mi się w jakie miejsca zabrała mój schematyczny umysł Gretkowska, jakie nowe ścieżki mi pokazała, jakie nowe przestrzenie w mojej głowie utworzyła… Nie zdarza się to przecież wcale tak często podczas lektury. Podziwiam Gretkowską - na swój własny sposób jest fascynująca, niepowtarzalna i niebanalna. Bezkompromisowa, niepokorna i błyskotliwa. Rozumiem jej wyjątkowość, w niektórych sprawach chciałbym być taka jak ona, a jednocześnie irytuje mnie niesamowicie. Dziwna jest też i jej książka, przez co nie bardzo umiem ją ocenić. Wkurzyła mnie i wymęczyła, ale jednak  zdecydowanie miała swoje ‘momenty’. I ku własnemu zaskoczeniu, wcale nie żałuję, że ją przeczytałam. A zaraz po zakończeniu „Kosmitki” sięgnęłam do biblioteczki po kolejną książkę autorki…

Kilka cytatów:

"Pocieszam się, jeżeli zdaję sobie sprawę ze straty czasu: „Wiem, nie robię tego, co bym chciała dla siebie. Wiem i ćwiczę tę wiedzę, więc jednak nie tracę siebie, będąc świadoma siebie.”"

"Kończę pieśń, kłaniam się drzewom, wiejskiej ulicy, innym, równoległym światom. Trzeba je zasilać. Na przykład grą w totolotka. Bo nie ma przypadków. Trafiona w totka dwójka, trójka jest odpryskiem szóstki w innym wymiarze. Wygrywamy wtedy miliony w świecie równoległym. To jest humanizm, pomóc sobie samemu, ale nieznanemu. Altruizm kwantowy – Mark Talberg, przyszły noblista, udowadnia to w swojej książce. Przypadki są otarciem się innych światów o nasz."

"Nie pluję na islam. Potępiam szariat. Nie muszę szanować patriarchalnej religii tylko dlatego, że jest z innej kultury. Tolerancyjnie szanować chłostę kobiet odsłaniających w szariacie łydkę, kamieniowanych za urojone grzechy." 
sobota, 14 stycznia 2017 | By: Annie

"Tunel" - Magdalena Parys

                       Jestem gorącą zwolenniczką ułatwiania sobie czytania i dobierania lektury tak, aby korespondowała z pogodą, podróżą czy sytuacją życiową. Zdarza mi się kupować książki z myślą, że przeczytam je w jakimś konkretnym momencie, myślę, że nie będzie przesadą jeśli napiszę, że właściwie zakupowi każdej nowej pozycji towarzyszy mi chociaż powierzchowna ‘wizja’ gdzie i w jakiej sytuacji będę ją czytała. Mam książki zimowe, na chandrę, na upał, na wakacje pod palemką. Do czytania gdy za oknem szaleje burza i podczas długiej podróży pociągiem. Jestem zaopatrzona na wyprawę do Nowego Jorku, rejs statkiem po Karaibach i safari w Afryce. Nic dziwnego zatem, że na podstawie zbieranych przeze mnie pozycji można bardzo łatwo przyszpilić moje plany i marzenia, przede wszystkim te podróżnicze. Natomiast książka, o której chcę dziś napisać – czyli „Tunel” Magdaleny Parys - była pozycją, o której wiedziałam, że będzie musiała poczekać na swój czas aż ponownie odwiedzę Berlin. Zawitaliśmy tam tej jesieni, zatem lektura również za mną.

                          Historia zawarta w powieści to zgrabne połączenie obyczajówki z kryminałem. Splecione losy kilku bohaterów, połączonych tajnym przedsięwzięciem wykopania tunelu pod Murem, stopniowo ujawniane są z perspektywy współczesności i dają bardzo ciekawy wgląd w życie codzienne Berlina lat 80’, gdy miasto krwawiło rozdarte na pół. Jedyny zgrzyt, to - przyznaję się bez wstydu – nie do końca zrozumiałam zakończenie, nie wszystkie nitki wątków zostały dla mnie rozplątane w wystarczającym stopniu, co trochę popsuło mi odbiór, ale tylko wątku kryminalnego. Nie wiem na ile jest to kwestia tego, że książkę czytałam podczas jazdy berlińskim metrem oraz na ławce z widokiem na Wyspę Muzeów. Niemniej wyjątkowo mocno odebrałam ten klimat, czułam się osadzona w realiach i bardzo dobrze wspominam tę lekturę. Być może doznania literackie są lepsze i większe gdy towarzyszy im również cielesna podróż - tak było w moim przypadku. 

Pod Murem, a w rękach trzymam "Tunel"
niedziela, 8 stycznia 2017 | By: Annie

"Maria Panna Nilu" - Scholastique Mukasonga

                            Za sprawą tej oto książki przeniosłam się do Rwandy, do elitarnego liceum dla panien z dobrych domów. Zanurzyłam się w codzienność pełną nauki, miłostek, intryg i przyjaźni, a to wszystko nakreślone na tle buzujących niepokoi społecznych – narastającej nienawiści Hutu do Tutsi, która za pewien czas doprowadzi do makabrycznej zbrodni ludobójstwa. Uderzające, jak (niezależnie od kontynentu) podobne są do siebie wszystkie dziewczyny w pewnym wieku, a jednocześnie różnica, ta przepaść kulturowa między Afryką a Europą jest jednak naprawdę bezdenna. Bez wartościowania – sztucznie narzucona europejskość, która nijak nie przystaje do afrykańskiej mentalności i rzeczywistości, to mieszanka wybuchowa i absurdem jest oczekiwać, że po przebraniu dzieci w mundurki i wyuczeniu ich hymnu Belgii tych różnic nagle nie będzie. Wieloletnia, wyeskalowana przez kolonizatorów nienawiść między dwoma ludami Rwandy – Tutsi i Hutu – to przerażający przykład odsłaniający kruchość ludzkiej cywilizacji. Jaka płytka i złudna jest to powłoka, jak delikatna tkanina, która może zostać w każdej chwili zerwana, odsłaniając prawdziwe oblicza większości ludzi – pełne nienawiści i nietolerancji, choć oczywiście przykryte przesiąkniętym hipokryzją płaszczykiem ze słów takich jak ‘demokracja’, ‘walka o wolność’, ‘chrześcijaństwo’. W głowie mi się nie mieści jak bezsensowna, niepotrzebna była to zbrodnia - ponad milion ludzi zginęło... Z resztą Tutsi też swoje w przeszłości zrobili – wystarczy cofnąć się do roku 1972 i ludobójstwa w Burundi. Niestety, historia obfituje w podobne przykłady. Co „zabawne”, wielu badaczy twierdzi, że nie istnieją różnice genetyczne miedzy ludami Rwandy, a podział został narzucony sztucznie przez belgijskich kolonizatorów... A ci, którzy jednak wyróżniają dwa ludy opisują, że różnią się one przede wszystkim… kształtem nosa. Przypominam, nie było to średniowiecze, a 1994 rok... A właściwie ta historia dzieje się nadal. 

                           Jednak, wbrew pozorom, ta książka to wcale nie opowieść o ludobójstwie, ani też pesymistyczna czy tragiczna lektura. Na pewno nie jest też ciężka czy smutna. Tak dużo o tym piszę, ponieważ te tematy, raczej zarysowane gdzieś w tle powieści, niż stanowiące jej główny wątek, dotknęły mnie zdecydowanie najmocniej. Nie chcę jednak nikogo niechcący zniechęcić wizją przyciężkiej tematyki, bo owa lektura to przede wszystkim fascynujący obraz życia w Rwandzie, za sprawą którego poczułam zapach tropikalnej ulewy i tę pradawną, pierwotną siłę, która drzemie ukryta gdzieś pod czerwoną ziemią Afryki. Czarne królowe, zaklinacze deszczu, czarownice – akcenty ludowe przeplatają się tu ze szkolnymi perypetiami dziewcząt, takimi jak wizyta królowej Belgii czy wyprawa do goryli. A to wszystko opisane lekko, ciekawie, wciagająco. 

                          Cieszę się, że u początku nowego roku sięgnęłam po tę właśnie książkę – moja znajomość sytuacji w Rwandzie była niemal zerowa, czuję się bogatsza o nowe doznanie, a lektura i to, co dzięki niej zyskałam, pozostanie na długo w mojej pamięci. Właśnie po takie pozycje powinnam sięgać częściej – poszerzające wiedzę o świecie, przejmujące opowiedzianą historią, ukazujące nowe horyzonty myślowe. Nie jest to wybitna literacko pozycja, ale nie o to tu chodzi przecież… Dla mnie to było niezapomniane literackie spotkanie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...