niedziela, 25 września 2016 | By: Annie

"Historia nowego nazwiska" - Elena Ferrante

                           Już za parę dni będę miała okazję odkryć Neapol na nowo – końcówkę września, a zarazem pożegnalne chwile tych pod każdym względem wyjątkowych wakacji planujemy spędzić na południu Włoch, łapiąc ostatnie promienie śródziemnomorskiego słońca i zajadając się pizzą od rana do wieczora. W Neapolu byłam już parę lat temu – oczarowało mnie wówczas to niepowtarzalne, dzikie miasto, obdarzone niepokorną duszą, z górującym Wezuwiuszem i sznurami prania rozwieszonymi w labiryncie kamienic. Jednak tym razem planuję zwiedzać inaczej niż przeciętny turysta - chcę poznać Neapol Eleny Ferrante. Wyruszę śladami jej bohaterek - odwiedzę między innymi Piazza dei Martiri, gdzie Lina sprzedawała zaprojektowane przez siebie buty oraz Via Chiaia, na której obie dziewczyny odkryły istnienie tej lepszej, niedostępnej strony Neapolu. Nie wiem tylko czy zawędruję do dzielnicy ich dzieciństwa - Rione Luzzatti - bo to okolica wciąż dość niebezpieczna i nieoswojona. W każdym razie w bagażu jadą ze mną tom trzeci (jestem w połowie) oraz czwarty cyklu. Specjalnie zachomikowałam je sobie i oszczędziłam ich lekturę na takie właśnie okoliczności. A na blogu zdam relację z tego mojego małego tour-de-Ferrante - obiecuję. :) 

                      "Historię nowego nazwiska", czyli drugą część Tetralogii Neapolitańskiej, przeczytałam już dawno temu, ale jakoś nie mogłam się zabrać do napisania notki – dopiero wyjazd mnie zmobilizował. Poznajemy dalsze losy Lenu i Liny - dorastanie, studia, małżeństwo - nie ma sensu opisywać czy streszczać, bo mogę jedynie komuś zniszczyć przyjemność z lektury. Jakoś nie potrafię pisać o tych książkach, chciałabym tyle przekazać, uchwycić jak bardzo są one głębokie, jak dotykają istoty przyjaźni czy relacji międzyludzkich w ogóle... Że odbija się w nich najczystsze życie, że nie ma tu przekłamań czy półprawd. Są za to emocje i motywy – skomplikowane, bezkompromisowe, obnażone, a przez to tak prawdziwe. Nie wierzę, że to fikcja - to jest zbyt autentyczne, szczegółowe - jak dla mnie musi to być przynajmniej częściowa autobiografia autorki i być może jedyny klucz do odkrycia kim tak naprawdę jest Elena Ferrante wiedzie przez jej powieści właśnie... W moim odczuciu to jest wybitna literatura i chyba tak właśnie bywa z tymi najgenialniejszymi książkami - wymykają się słowom i wszelkim klasyfikacjom. Je trzeba po prostu czytać, co też gorąco polecam wszystkim uczynić!
sobota, 24 września 2016 | By: Annie

Pocztówka z Berlina

                    Berlińskie sklepy rozczarowały mnie wyborem, szczególnie jeśli chodzi o sukienki – a muszę zaznaczyć, że jest to ten element ubioru, do którego mam największą słabość i którego poszukuję usilnie, gdziekolwiek jestem. Dziwna sprawa - na wieszakach same nieforemne i przykrótkie twory. Podobnie płaszcze. No nic, zatem jesienne zakupy wciąż przede mną w perspektywie...

               Zauroczyła mnie natomiast dzielnica, w której mieszkaliśmy – nieopodal Hackeschen Markt, tuż przy Wyspie Muzeów. Jakby hipsterski plac Zbawiciela rozciągnąć na znacznie większą okolicę – z tym, że bez zadęcia i kompleksu udowadniania swojej wartości poprzez posiadanie butów odpowiedniej marki. Mnóstwo rowerzystów, co krok urocze kawiarenki ze stolikami na zewnątrz, przy których można wypić szybką kawkę i popędzić na swoim rowerze dalej w świat. Do tego kameralne zaułki, a w nich niewielkie sklepiki ze wszystkim, co można sobie tylko wymarzyć – późnym wieczorem ma się wrażenie ciut odrealnionej, wręcz bajkowej rzeczywistości. Ludzie uśmiechnięci, wyluzowani, pełna multikulturowość. Samotne spacery w jesiennym słońcu, wzdłuż brzegu rzeki, również miały swój urok – momentami czułam się jak bohaterka filmu – amerykańskiej komedii romantycznej oczywiście. ;) To miasto żyje, zaraża energią i choć nie był to mój pierwszy raz w Berlinie, to po raz pierwszy towarzyszą mi tak pozytywne wrażenia. Co więcej - czuję, że moglibyśmy się zaprzyjaźnić na dłużej. Być może to też kwestia pogody, która dopisała idealnie oraz bardzo pomyślnych wiatrów życiowych, które nastroiły mnie optymistycznie. :) 

Pomnik na Bebelplatz - puste regały jako symbol książek spalonych w 1933 roku.
               Przyznam, że nie odmówiłam sobie także wypadu do cudownej, olbrzymiej księgarni Dussmann das KulturKaufhaus, nawet w środku dnia pełnej ludzi – bo w Belinie mnóstwo osób czyta, co trzeba zaznaczyć. I nie jest to twór w stylu empiku ('pół piętra książek, trzy piętra badziewia'), a prawdziwa, pełnokrwista księgarnia. Jak cudownie musi tam być w okresie świątecznym, achhhh... Niestety, nie znam niemieckiego na tyle dobrze, żeby czytać literaturę w oryginale, natomiast ochoczo zagłębiłam się w dwupiętrowy dział angielskojęzyczny i tam też upolowałam takie oto smaczki – wymarzoną, bibliofilską perełkę „84 Charing Cross Road”, najnowszego McEwana, a także intrygujące „City on Fire” - czyli losy kilku bohaterów w trakcie wielkiej awarii prądu w Nowym Jorku w 1977 roku. Ze smutkiem wyznaję, że w trakcie wyjazdu przeczytałam tylko jedną książkę, ale tak idealnie wpasowaną w miejsce i czas, że nie mogłam wybrać lepiej. Mowa o „Tunelu” Magdaleny Parys – aż ciężko uwierzyć, że to debiut autorki. Ale o tym innym razem. 

Nowe książki = pełnia szczęścia :)))
             Wróciliśmy dziś o 5 nad ranem. Ukochany poszedł spać, ja natomiast zafundowałam sobie pachnącą kąpiel z pianką. A potem kawa, cisza poranka, witam się z książkami. Jednak dobrze wrócić do domu. :) 
niedziela, 18 września 2016 | By: Annie

Jesień...


                         Białe, pierzaste obłoczki gnane przed wiatr po słonecznym niebie. Chłodniejsze, pełne zapachów poranki. Upolowałam ostatnio przepiękny kubek z liściem, w którym zamierzam popijać poranną kawkę na balkonie tej jesieni. Spełniam się również dekoratorsko i powoli przystrajam nasz dom – świeczka-dynia, wrzosy, kolorowe serwetki. Nowa pora roku już u mnie, choć za oknem wciąż ciepło jak na wrzesień – ale ja kocham jesień i po prostu nie mogę się jej doczekać. Lato minęło mi w szalonym tempie, zwieńczone dwutygodniowymi, intensywnymi praktykami w pracowni NMR – dzięki temu już wiem, że na pewno NIE chcę w przyszłości robić kariery naukowca. Przed nami jeszcze dwie europejskie podróże, a każda z nich wyjątkowa na swój sposób. Idzie nowe, ale paradoksalnie jesień ogromnie motywuje mnie do działania – daje mi siły, pomysły oraz entuzjazm - a to istotne, bo ważne sprawy przed nami. Trzymajcie kciuki. Październik oznacza powrót na uczelnię, ale przede wszystkim czekam na przytulne wieczory w składzie - koc, herbata, książka i ukochany u boku. Tu są moje myśli, a gdzieś w tyle głowy cieszę się już nawet powoli na pierwsze święta spędzone w naszym domku. :) Jesień planuję sobie pod znakiem teatru, spacerów po dywanach liści, spotkań z pisarzami i wielu wspaniałych odkryć książkowych - zacieram rączki, bo choć czytam ostatnio mniej i wolniej, to zdecydowanie uważniej. I doceniam to. Może uda się wyskoczyć na weekend do naszego ulubionego Krakowa... Żyję teraz dokładnie takim życiem, o jakim zawsze marzyłam. Jestem tak zawyczajnie i po prostu szczęśliwa, czasami aż zastanawiam się czy to aby nie sen... Wklejam kilka zdjęć, aby uchwycić tę pierwszą wspólną jesień we własnym domku. Przyznam, że ma to swój niepowtarzalny urok i przytulność. :)


Zapas kawy i herbaty :)


Chwalę się nowym regałem w sypialni...

...który powoli się zapełnia.
                     Przy okazji - najnowsze nabytki. Jakiś czas temu przestałam wrzucać na bieżąco zdjęcia wszystkiego, co kupuję. Czemu właściwie..? Nie wiem. Ten stosik jednak zamieszczam. A w nim między innymi 10 książek, które dostałam od Ukochanego na pocieszenie, za każdy dzień praktyk, który spędziłam w zimnych podziemiach. Udało mi się takie oto smaczki wyszperać na promocjach, prawie każda książka za mniej niż 10 zł, a jedna nawet za 3,50. :) Ale mam satysfakcję! :)





                                                                    *******************

                       Walizka gotowa. Za tydzień nastąpi szybkie przepakowanie i ruszymy odkrywać południe Włoch. A na razie inny kierunek - Berlin. Dla co poniektórych wyjazd niekoniecznie wypoczynkowy, ja natomiast zamierzam korzystać :). Uwielbiam czytać w podróży i lubię również podglądać co czytają inni, dlatego czym prędzej donoszę co zapakowałam na nasz 5-dniowy wypad - bo gdy Ukochany będzie zajęty, ja planuję zwiedzić niemieckie sklepy, kilka muzeów, zrobić zdjęcie pod pomnikiem książek i smacznie pochłaniać kolejne lektury... W mini-stosiku znalazło się miejsce na akcent niemiecki, czyli "Tunel" Magdaleny Parys, dziejący się w Berlinie właśnie. Do tego jakże adekwatna tytułowo nowa książka Knausgarda. I może wreszcie uda mi się poznać twórczość Paula Austera... Ogromnie jestem ciekawa tych książek!


czwartek, 15 września 2016 | By: Annie

"Pod pierzyną" - Marian Keyes

                Choć wiecznie się odchudza, to w torebce trzyma sekretny zapas cukierków na 'czarną godzinę', która nadchodzi średnio trzy razy w ciągu dnia. A wiedzieliście o tym, że kawałek ciasta zjedzony pół na pół z samą sobą tuczy znacznie mniej niż taki zjedzony bezpardonowo na raz? Co krok przytrafiają się jej nieprawdopodobne przygody - przyciąga dziwaków i wszelkie krępujące sytuacje. Jednym słowem - autobiograficzne felietony Marian Keyes, wyznanie kobiety zwichrowanej i szalonej - czyli poniekąd takiej, jak my wszystkie :) I choć do tej pory nie przeczytałam jeszcze żadnej powieści jej pióra, to na pewno uczynię to w najbliższej przyszłości. Uwielbiam ten typ kobiecości - jak Caitlin Moran, Bridget Jones i Marian Keyes właśnie. Kobiety nieidealne, a przez to tak bliskie - zabawne, skrycie silne, roztrzepane, uzbrojone w optymizm i dowcip - zmagają się z codziennością. W trakcie śmiałam się na głos, co dawno mi się nie zdarzyło podczas lektury, przyznam. Szkoda tylko, że ten najzabawniejszy fragment przeczytałam jadąc akurat autobusem... ;) Każdy felieton napisany z ogromnym dystansem do siebie jest też do bólu szczery i mega kobiecy. Zabawny, ironiczny, podkoloryzowany. Poruszane są przeróżne tematy  - od przyjęć świątecznych w pracy, prawa jazdy, podróży, miłości do butów aż po alkoholizm. Lubię tego typu książki - przypominają mi dlaczego tak fajnie jest być kobietą, a także sprawiają, że czuję się częścią kobiecej społeczności. W towarzystwie felietonów Marian Keyes kawa z ciastkiem będzie smakowała dwa razy lepiej, gwarantuję i polecam. :) 
niedziela, 11 września 2016 | By: Annie

"Diabeł w sierpniową noc" - Susan Howatch

                    Głupotka wynaleziona podczas któregoś tam z kolei maratonu szperania w Dedalusie na Koszykowej. Od czasu kiedy przypadkowo, kilka miesięcy temu, natknęłam się (również w tym samym miejscu) na rewelacyjną powieść „Jeszcze blizej” Sary Gran, wciąż intensywnie poszukuję książek o podobnej, demoniczno-obyczajowej tematyce. ;) Jeśli znacie i polecacie coś w zbliżonym stylu i klimacie, bardzo proszę o cynk! „Diabeł w sierpniową noc” nie do końca zaspokoił moje potrzeby na tym polu, ale stanowił też lekturę zaskakująco udaną i wciągającą. Trochę klimatu Agaty Christie, trochę z „Rebeki” Daphne du Maurier – zabrakło mi tu tylko ciut mocniejszego nacisku na którąś z postaci oraz większej ilości obyczajowości, ale wiem, że się czepiam – bo ta książka miała stanowić czystą rozrywkę i tak właśnie było. Odludna rezydencja nad brzegiem morza, tajemnicza sekta i jej przystojny przywódca, a także wątek miłosny. Tak – ta książka jest dokładnie taka jak myślicie. :) Na pewno chcę sięgnąć po inne powieści tej autorki - cieszę się, że będę miała co odkrywać nadchodzącej jesieni. Nie wiem czy ktoś jeszcze czytuje prozę tej pisarki, zna jej twórczość? Ja w każdym razie zamierzam zgłębić co też tam napisała na przestrzeni lat. Oczywiscie dam znać jak wrażenia. :)
sobota, 10 września 2016 | By: Annie

"Pani Furia" - Grażyna Plebanek

                  To ważna książka. Na pewno potrzebna i bardzo na czasie - dotyka bowiem najgorętszego obecnie tematu - imigrantów. Tytułowa Pani Furia to pochodząca z Konga Alia – śledzimy jej losy na przestrzeni lat - dorastanie w Brukseli, rodzinne perypetie, poszukiwanie własnego miejsca w świecie. I powoli budzący się, narastający gniew... Jak mówi o niej jeden z bohaterów książki – na zewnątrz czarna, a w środku biała. Czyli dramat tożsamości rozdartej pomiędzy dwa kontynenty. 

                    Książka jest bardzo dobrze napisana, czyta się ją świetnie. Faktycznie można wniknąć i poczuć namacalnie ten świat kultury przepołowionej i zagubionej gdzieś na morzu między Europą a Afryką. Ogromnie podobały mi się mini-historie, ludowe opowieści snute przez ojca Alii, a następnie przez samą Alię. Wszystko super... ale jednak nie zachwyciła mnie ta powieść, co wyznaję ze smutkiem, gdyż początek narobił mi ogromnego smaka.... Dużo myślałam nad tym, co zazgrzytało i dochodzę do jednego wniosku – zaburzone proporcje. Przez całą książkę jesteśmy bowiem wodzeni i kuszeni zapowiedzią przyszłych wydarzeń – oczekiwanie niemal paruje z każdej kartki. A gdy przechodzimy wreszcie, na stu ostatnich stronach, do 'clou' powieści, okazuje się, że jest ono po prostu mniej interesujące niż całe to tło, a także zajmuje proporcjonalnie zbyt mało miejsca w książce, aby dało się nim naprawdę przejąć czy wzruszyć. No przyznam, że nie przypadł mi do gustu ten wątek oddziału policjantów znęcających się nad cudzoziemcami. Umotywowanie nie do końca mnie przekonało. Wydaje mi się, że chyba lepiej byłoby sprowadzić to do pojedynczego, jednoosobowego wybuchu agresji Pani Furii, na przykład podczas policyjnej akcji. Ale to tylko moje zdanie... 

                     Ogólnie książkę oceniam jak najbardziej na plus – dorastanie Alii, kwestia zagubionej tożsamości i walki o samą siebie – opisanie, praca nad zgromadzeniem materiałów – tu ogromny szacunek. Nie mogę się tylko oprzeć takiej natrętnej myśli – jak wyglądałaby ta powieść gdyby napisała ją rodowita Afrykanka? Czy Polka, niezależnie od czasu poświęconego na research, naprawdę jest w stanie dotknąć istoty tożsamościowych problemów Kongijki? Pytanie pozostaje oczywiście bez odpowiedzi... Na pewno książka stanowi powiew świeżości na polskim rynku literackim. Podziwiam odwagę pani Plebanek - dotknięcie tak delikatnego tematu to zawsze ogromne wyzwanie. Mam nadzieję, ze „Pani Furia” zostanie przetłumaczona na inne europejskie języki, że nie przejdzie bez echa... Bo to bardzo dobra, ważna i mądra powieść, choć niestety nie genialna – miała zadatki, ale coś po drodze zaszwankowało. Niemniej warto przeczytać.

środa, 31 sierpnia 2016 | By: Annie

"Ta chwila" - Guillaume Musso

                 Który to już raz..? Guillaume Musso - mój wakacyjny towarzysz, nieprzerwanie od 5 lat. :) I choć marudziłam i złorzeczyłam na jego poprzednią książkę, a nawet odgrażałam się, że to koniec i rozstanie, to jednak nie potrafiłam przejść obojętnie obok kolejnej nowości tego pana. I tym razem całkiem pozytywnie się rozczarowałam, gdyż Musso, który już kilka razy zjadł swój literacki ogon, teraz powrócił z historią świeżą oraz zaskakującą. I jak zwykle bardzo filmowo, wciągająco napisaną – ale to akurat jest u niego niezmienne i dotyczy wszystkich jego powieści. „Ta chwila” - mamy tu tajemnicę rodzinną, latarnię morską, która przenosi w czasie, Nowy Jork na przestrzeni lat i wielką miłość. Czyli czysta rozrywka, reset umysłu - bez zobowiązań i wyrzeczeń. Cieszę się, że przeczytałam tę książkę u schyłku letnich, sierpniowych dni – bo wakacje bez Musso to wakacje niezaliczone.;) A tymczasem myślami odlatuję już ku jesiennym lekturom, gdyż ta pora roku zdecydowanie sprzyja u mnie ambitniejszemu czytaniu, a także wiele smakowitych nowości wychodzi na dniach. Ach, już zacieram rączki co też smacznego przeczytam tej jesieni!

Książka leniwie czytana o poranku...

wtorek, 23 sierpnia 2016 | By: Annie

"Harry Potter and the Cursed Child" - J.K. Rowling, Jack Thorne, John Tiffany

                    Zdecydowanie należę do tego pokolenia, które dorastało wraz z Harrym Potterem – wszystkie części jego przygód znam niemalże na pamięć, wielokrotnie czytałam je na wyrywki, otwierając książkę w dowolnym, losowym miejscu. Pamiętam zbieranie naklejek, pamiętam też różdżkę z patyka oraz czekanie na list z Hogwartu. I zamieszanie towarzyszące każdej kolejnej premierze... Tym razem jednak ominęło mnie całe to szaleństwo związane z publikacją kontynuacji i nawet nie wiem czy to wydarzenie nadal wywołuje takie emocje, jak za czasów mojego dzieciństwa. Nie czekałam, nie ekscytowałam się – bo zwyczajnie zapomniałam, przegapiłam, zajęta ślubem i przeprowadzką. Niemniej Ukochany pomyślał za mnie i tak oto na urodziny otrzymałam świeżutką wersję anglojęzyczną, w dodatku tak pięknie wydaną, w twardej oprawie, pachnącą i szeleszczącą kartkami. Połknęłam z ogromną przyjemnością. Warto zaznaczyć, iż nie jest to powieść, ale scenariusz rozpisany na role, a dzieje się 19 lat po zakończeniu "Insygniów śmierci". Sama historia jest ciekawa, wciągająca, ale jednak tym, co przede wszystkim mnie 'kupiło', była możliwość raz jeszcze spotkania się z tak dobrze znanymi mi bohaterami.  

                 Wiele osób czepia się, marudzi i ja też mogłabym oczywiście zaserwować tu litanię na temat odcinania kuponów i krytykę niepowieściowej formy, w jakiej ukazała się ta pozycja. Owszem, przyznaję, że nie jest to książka potrzebna, a świat mógłby się bez niej spokojnie obejść... Ale co z tego, kiedy ja po prostu nie chcę oceniać jej surowo, bo dostarczyła mi naprawdę doskonałej rozrywki, której nie zamierzam analizować i niczym umniejszać. Co więcej, w głębi serca, tak szczerze. bardzo się cieszę, że ta pozycja powstała i cieszę się również, że ją przeczytałam. Podobało mi się. Bardzo. Taki sentymentalny powrót do korzeni mojego książkowego nałogu. :) Myślę, że nie ma sensu zachwalać - fani Harrego Pottera i tak przeczytają. Jedno jest pewne – będzie to największy hit nadchodzącej jesieni w Polsce. Premiera 22 października w wydawnictwie Media Rodzina.
środa, 17 sierpnia 2016 | By: Annie

"Nieobecna" - Agnieszka Olejnik

                    Przyznam, że moja wyobraźnia i ciekawość były rozpalone do czerwoności na myśl o tej lekturze. Powinnam była trochę poczekać, dokończyć chociaż to, co aktualnie miałam na czytelniczej tapecie – ale nie, uległam, skusiłam się i tak oto jestem już 'po'. A wrażenia mam bardzo pozytywne. Już sam opis kusi i intryguje, bo otóż mamy tu historię dwóch bliźniaczek, choć z charakteru różnych jak woda i ogień. Julia i Julita. Zabawa zaczyna się w momencie, gdy Julia zostaje zamordowana, a Julita wchodzi w jej życiową rolę – tylko z pozoru perfekcyjnej pani domu, matki i żony... Agnieszka Olejnik pisze naprawdę dobrze, sama historia też wciąga, ekscytuje i intryguje. A ja przede wszystkim podziwiam oryginalny pomysł i bardzo skomplikowaną, dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach intrygę - myślę, że nieuważny autor mógłby się tu bardzo łatwo 'wyłożyć' – autorka wybrnęła z tego perfekcyjnie. Jest to pozycja zdecydowanie kobieca, gdy macie ochotę na kryminał, ale z dużą dozą obyczajowości, lub też na dobrą powieść obyczajową z nutką zbrodniczego dreszczyku – co kto woli :))) Rok temu przeczytałam „Dante na tropie” - bardzo sympatyczną powieść pióra tej samej autorki - również polecam. I choć nie kupuję i nie czytam wszystkiego, co wydaje, to śledzę uważnie - bo moim zdaniem warto. 

Przy okazji kilka ujęć, ku pamięci, aby uwiecznić wakacyjny weekend, który upłynął mi na lekturze tej oto własnie książki:






wtorek, 9 sierpnia 2016 | By: Annie

Czytam sobie...

                         Mało jest w ciągu roku chwil, kiedy mogę poddać się takiemu prawdziwie beztroskiemu i niczym niezmąconemu czytaniu. Zazwyczaj do swojej dyspozycji mam ledwie momenty, chwile wydarte z codzienności, wyszarpane siłą – podczas dojazdu na uczelnię, między domowymi obowiązkami czy też późnym wieczorem, gdy oczy same zamykają się do snu. Dlatego do tego absolutnie wyjątkowego i przez cały rok wyczekanego, wakacyjnego lenistwa z książką podchodzę zawsze bardzo serio – tych pięknych chwil jest tak mało, że chcę się nimi nasycić na zapas, wycisnąć z nich tyle, ile się da. A piszę o tym, ponieważ jutro raniutko ruszamy w drogę - przed nami kilka beztroskich dni w tym samym miejscu, co zawsze - ten sam domek nad Biebrzą, ta sama cisza, jeziorko, przyroda, krowy i święty spokój. Siłą rzeczy wybór lektur na tych kilka dni to sprawa najważniejsza. Bez kremu do twarzy i dodatkowej pary butów mogę przeżyć.. Ale bez książki? Nigdy w życiu! Co zatem zapakuję...
Pojedzie ze mną na pewno Justyna Sobolewska i jej „Książka o czytaniu” - delektuję się tą pozycją od kilku dni, dawkuję sobie tę przyjemność, bo jest to lektura absolutnie zachwycająca i tak do szpiku kości bibliofilska. Uczta. Ze względu na tytuł, który ciekawi wszystkich odwiedzających nas gości, pakuję też „Mam łóżko z racuchów”. Jedzie ze mną równie intrygująca „Nieobecna” - świeżutka, dziś przed południem odebrana na poczcie. Dorzucam jeszcze podobno niezłą „Isolę” i kolejny smaczek Agaty Christie do połknięcia. :)
Ach... jak ja kocham czytać! :)))
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...