wtorek, 7 lipca 2020 | By: Annie

"Turbulencje" - David Szalay

                     Książka niewielka, cienka, ale genialna i zachwycająca w swojej prostocie. David Szalay w „Turbulencjach” opisuje zaledwie wyimki z życia swoich bohaterów – parę godzin, jeden wieczór czy poranek - a jednak mam wrażenie jakby w tej niewielkiej ilości tekstu udało mu się zamknąć cały świat. Wszystkie postaci łączy jedno – podróże samolotem. Ktoś siedzi na sąsiednim fotelu podczas lotu, nitki losów kolejnych bohaterów krzyżują się za sprawą serwisu randkowego, przypadkowego spotkania w sklepie czy jazdy taksówką. Wraz z kolejnymi lotami i kolejnymi bohaterami odbywamy prawdziwą podróż dookoła świata, skacząc z portu do portu, jak po rozżarzonych kamieniach. Londyn, Dakar, Sao Paulo, Seattle, Hongkong, Delhi… to zaledwie kilka z odwiedzonych miejsc. Ta książka to niepowtarzalna możliwość zajrzenia w cudze życie, choć na chwilę, choć na moment. Co skrywa zamyślona mina kobiety siedzącej dwa rzędy przed nami w samolocie, o czym z takimi emocjami rozmawia przez telefon mijany na lotnisku mężczyzna..? Powieść Davida Szalay tymczasowo usuwa wszelkie maski i bezlitośnie likwiduje pancerze skrywające największe sekrety - umożliwia poznanie myśli i losów pozornie obcych osób.

                       Dotknęła mnie ta lektura i niesamowicie wciągnęła – przeczytałam ją w jeden wieczór, za jednym posiedzeniem. Jest świetnie, bardzo wciągająco skonstruowana, a jednocześnie ta jej lapidarność, szybkość doskonale współgrają z przesłaniem – i dodatkowo jeszcze je podkreślają. Bo czy w dzisiejszych czasach nie pędzimy jak szaleni? Czy mamy czas by nawiązywać długofalowe, głębokie relacje – zarówno na poziomie rzeczywistym, jak i z bohaterami czytanych przez nas książek? Często czujemy się samotni, a jednak wszystkich ludzi na świecie oplata niewidzialna siatka powiązań i nieuświadomionych zależności. Każdy z nas jest inny, każdy pisze swoją własną historię, a przecież na tym najbardziej uniwersalnym, emocjonalnym poziomie wszyscy jesteśmy tacy sami. Tempo życia, stukot butów po lotniskowych korytarzach, nocne loty, pita w biegu kawa. Poranek w deszczowym Londynie, wieczór w parnej Afryce. Książka ma niesamowity klimat, za jej sprawą czujesz się częścią jakiejś większej całości, świata, który zrobił się mały za sprawą ery lotów pasażerskich. Rewelacyjna książka. Polecam każdemu. Niestety obudziła we mnie również tęsknotę za odległymi podróżami, więc teraz skręca mnie okrutnie.
niedziela, 5 lipca 2020 | By: Annie

"W ciemnym, mrocznym lesie" - Ruth Ware

                    Wraz z pierwszymi, letnimi burzami nagle i niespodziewanie powrócił mi apetyt na thrillery. Nie jest to co prawda tak intensywna faza jak w wakacje trzy lata temu – bo wtedy nie sięgałam praktycznie po nic innego – niemniej znowu zaczęłam śledzić ukazujące się w tym gatunku nowości, jak również wracać myślami do starszych pozycji, które kiedyś już planowałam przeczytać. Dodatkowo, moje ostatnie dni pełne były intensywnych dyskusji nad kolejnymi zapisami umowy notarialnej. Myślę, że w tym miejscu mogę się już pochwalić - wreszcie znaleźliśmy idealne, wymarzone mieszkanie dla naszej trójki, w którym zakochałam się bez reszty, od pierwszej chwili. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to tegoroczne Święta spędzimy już TAM. :) Oczywiście wiąże się to z załatwianiem tysiąca papierków itd. Dlatego bardzo potrzebowałam umysłowego resetu w postaci lekkiej i wciągającej lektury – sięgnęłam zatem po, jak mi się wydawało, thrillerowy pewniak, który miałam zachomikowany na taką właśnie chwilę.

                    „W ciemnym, mrocznym lesie” to historia wieczoru panieńskiego zorganizowanego w pewnym dziwnym, szklanym, otoczonym lasem domu na odludziu. Myślę, że więcej pisać nie trzeba… Oczywiście wydarzenia nie przebiegają tak, jak planowali uczestnicy spotkania. Historia ma dość wolny rozbieg, natomiast gdzieś tak od połowy akcja zaczyna pędzić i wtedy już dosłownie nie da się od niej oderwać. Tak szybkie tempo sprzyja tej opowieści, czyta się ją doskonale. Dopiero gdy przychodzi chwila wytchnienia, emocje zwalniają, a myśli zaczynają krążyć wokół motywów oraz ogółem szwów całej powieści – i niestety, nie jest to coś, w co można by ‘na zimno’ bezkrytycznie uwierzyć. Natomiast ja, mimo wszystko, książkę połknęłam z apetytem, bardzo mnie wciągnęła i ogólnie spełniła swoje zadanie – zrelaksowała mnie i rozerwała. Na pewno sięgnę po kolejne pozycje pióra Ruth Ware – to był jej debiut, i choć z drobnymi niedociągnięciami, to myślę, że nadal bardzo udany. Dobry warsztat zdecydowanie jest, trzeba by tylko ciut dopracować fabułę i motywy.
Idzie nowe... pierwsza umowa podpisana :)))
wtorek, 30 czerwca 2020 | By: Annie

"Czas porzucenia" - Elena Ferrante

                         Chaotyczna lawina myśli spisywana na szybko, przy kawie, zanim moje dziecko wstanie z drzemki i zażąda dalszego czytania Pucia. Zanim ponownie zanurzę się w pełnoetatowe bycie mamą - z uśmiechem piekącą ciasteczka, ubierającą lale, cierpliwie otrzepującą stopy z piasku - ale przez chwilę pobędę jeszcze dawną sobą. Bo bardzo mnie lektura nowej Ferrante poruszyła, a przez to również obnażyła - wydobyła na światło dzienne głębsze, zakurzone warstwy mojej osobowości, moich marzeń, przemyśleń, o których nawet ja sama zapomniałam - pochodzące z odległych czasów 'niebycia mamą'. 

                          "Czas porzucenia" to opowieść kobiety niespodziewanie zostawionej przez męża po wielu latach wspólnego małżeństwa. To kronika jej dramatu, narastającego obłędu, załamania nerwowego. To również uniwersalna opowieść o dojrzewającej kobiecości, o radzeniu siebie z traumą, o życiu - po prostu. A jest to napisane tak, że czapki z głów. Przenikliwość portertu psychologicznego bohaterki poraża. Przez tę lekturę sama miałam poczucie, że wariuję, że umysł płata mi figle. Razem z bohaterką myliłam daty, czułam parny upał sierpniowego popołudnia, mocowałam się z drzwiami. Ta książka oblepia szaleństwem, zaraża obłędem - ma taką siłę rażenia, że nieustannie chodziłam skołowana i przygnębiona - chyba nigdy aż w takim stopniu nie wniknęłam nawet w najbardziej wciągającą opowieść. Bo Elena Ferrante pisze tak, że dzieje się jakaś magia - znika bariera ze słów i papieru... Boże, jeśli tak potrafi oddziaływać na umysł literatura, to stanowi naprawdę niezwykle niebezpieczną broń. Ja nadal jestem jak odurzona, niemniej widzę jak źle wpłynęła ta książka na moją podatną psychikę, przeczołgała mnie, całkowicie wytrąciła z bezpiecznej rutyny, z kruchej równowagi codzienności. A jeszcze bardziej zafascynowała. Gdybym miała kiedyś coś napisać, chciałabym stworzyć powieść podobną do tych pióra Eleny Ferrante. Wiem, że nigdy mi się to nie uda, a półśrodków nie akceptuję - więc nawet nie próbuję. Natomiast jeśli czytać o porzuconej kobiecie, o kobietach w ogóle - to tylko u Ferrante. Nie wiem kiedy dojdę do siebie po tej książce... Wariacka jazda bez trzymanki. Genialna, mroczna i niepokojąca. Dzieło. 

P.S. Nie wiem jak inni mogą deklarować, że łyknęli tę książkę w kilka godzin, w jeden wieczór - mnie emocje rozsadziłoby od środka. Dlatego czytałam ją długo i na raty.


"Na ustach ich nocnych rozkoszy złożę pocałunek zemsty." 

"Troszczyłam się o dzieci, o Maria i czekałam na chwilę, w której znowu stanę się jak dawniej, jak przed ciążami: młoda, zgrabna, energiczna, bezczelnie przekonana o tym, że jeszcze na wiele mnie stać. Nic z tego, pomyślałam, ścisnęłam szmatę i z trudem się podniosłam: zawsze nadchodzi moment, po którym przyszłość staje się jedynie dążeniem do życia jak w przeszłości." 

"Chciałam, żeby kochał moje ciało, zapominając o tym, co o ciele wiadomo."

"Zrób coś, zatrzymaj się, zanim wpadniesz w otchłań. Na stole leżał metalowy klips do papieru. Wzięłam go, zapięłam na ręce, może to coś da. Przytrzyma mnie." 

"Gdzie się podziała kobieta, którą w młodości planowałam zostać?" 

"Jak wiele jego cech będę zmuszona kochać na zawsze, tylko dlatego, że kocham swoje dzieci?"
poniedziałek, 29 czerwca 2020 | By: Annie

"Bez. Ballada o Joannie i Władku z jurajskiej doliny" - Andrzej Muszyński

                      Dawno nie czytałam tak wymagającej książki – zarówno pod względem językowym, stylistycznym, jak i fabularnym. Z pętlami zdań i przeskokami czasowymi, w których można zagubić się niczym w labiryncie skał jurajskiej doliny. Książki, którą trzeba czytać wolno, ostrożnie, cierpliwie i w pełnym skupieniu, dopiero stopniowo odszyfrowując kolejne znaczenia i z rozsypanych puzzli układając na nowo historię Joanny i Władka. Historię smutną, przejmującą, historię bezpłodności, historię samotności, zagubienia, depresji i olbrzymiej tęsknoty za dziećmi „dla których zabrakło ciał”. Historię, gdzie nic nie jest powiedziane wprost, podane na tacy, a jednak wszystko aż kipi od niewypowiedzianych emocji, które dotykają najgłębszych zakamarków duszy. Ta opowieść, choć usiana dziesiątkami ukrytych znaczeń, symboli, przez cały czas pozostaje owiana również aurą tajemnicy - nie do końca wiadomo co jest wspomnieniem, a co sennym złudzeniem. Ciężko jednoznacznie określić gdzie przebiega tu granica rzeczywistości, co dodatkowo utrudniają fragmenty ocierające się o metafizykę, o ludową magię, czary i zabobony – to wszystko, w połączeniu z zachwycającymi opisami pejzaży jurajskiej doliny oraz wrogością wiejskiej ludności, buduje niesamowity, nieco mroczny klimat. 
„W spojeniu runa i korzeni dojrzewa pierwszy w tym roku spisek ptaków, które o świcie podpalają noc.” 
„Lubię ten czas jesienią, gdy rzeczy osiągają granicę swojej wyrazistości (…).”
                       Mam problem z tego typu książkami – nie należę do czytelników, którzy lubią mozolnie i z wysiłkiem brnąć przez lekturę. A jeśli już taki trud podejmuję, to pierwsze pytanie, które pojawia mi się w głowie brzmi: ‘czy było warto?’. Tu wrażenia mam mieszane, nie umiem określić jednoznacznie swoich odczuć względem tej powieści. Z jednej strony to była niepowtarzalna umysłowa gimnastyka, dotknięcie ludowego mistycyzmu i ważnego tematu bezpłodności, ale ujętego w sposób zdecydowanie nietuzinkowy - na pewno to spotkanie pozostanie niezapomniane, jako coś bardzo specyficznego, oryginalnego. To misterne skonstruowana, w najdrobniejszych szczegółach dopracowana i stymulująca intelektualnie lektura, którą można analizować bez końca. Z drugiej strony trochę się męczyłam podczas czytania i nie mogę oprzeć się myśli, czy jednak nie był to przerost formy nad treścią. Niemniej nie żałuję, że przeczytałam. To bardzo dobra, ambitna książka, po prostu nie umiem stwierdzić czy podobała mi się - na takiej najbanalniejszej, czysto subiektywnej płaszczyźnie. W zasadzie nie musiała, uważam, że warto czytać nie tylko w poszukiwaniu literackiego oczarowania, książki mają przecież do zaoferowania znacznie więcej. Ja lubię poszerzać swoje literackie horyzonty, nawet jeśli nie zawsze towarzyszy temu bezkrytyczny zachwyt.
„Ile moja matka mogła mieć teoretycznie dzieci? Siedmioro? Trzynaścioro? Znam takie rodziny. Teoretycznie, a więc foremki były gotowe. Czekały na sygnał. Na prąd. Rysy, które nie doszły do skutku. Oczodoły, których nigdy nie wypełnił ten magiczny atrament. (…) Nie potrafiłem się od tego uwolnić, od tej myśli, że ktoś mógł być, może być, a go nie ma.”
czwartek, 25 czerwca 2020 | By: Annie

"Seks w wielkim mieście... i co dalej?" - Candace Bushnell

                        Lata lecą, zmarszczek przybywa, kolejne pokolenia czytelniczek wchodzą w dorosłość, biorą śluby i rodzą dzieci, a Candace Bushnell nadal pozostaje uroczo trzpiotowata i beztrosko infantylna. Czas się jej nie ima. Jest w tym jednak pewna doza uroku, i już, kiedy myślisz sobie ‘o rany, jaka pusta, głupia baba’, ona nagle puszcza oko i wstyd Ci się robi, że nie załapałaś ironii i brałaś to wszystko na serio. ;) 

                       W „Seksie w wielkim mieście” zaczytywałam się mając lat kilkanaście (nie wiem czy pozwoliłabym na to samo swojej córce :P) – podobnie jak serial, ta książka była dla mnie swego rodzaju wyrocznią, prawdą objawioną jeśli chodzi o relacje-damsko męskie. Do kontynuacji podchodzę ze zdecydowanie większym dystansem i krytycyzmem, już jako dorosła mężatka. Swoją drogą aż dziw, że dorastając na książkach Bushnell i patrząc jak jej bohaterki uwielbiają na własne życzenie komplikować sobie życia, udało mi się stworzyć trwały i zdrowy związek. Niemniej, choć los szczęśliwie poskąpił mi miłosnych turbulencji, nadal uwielbiam czytać o romantycznych perypetiach, jak również zawsze kochałam długie nocne pogaduchy z przyjaciółkami i analizowanie na dziesiątą stronę ‘co ON miał na myśli’. W podobnym tonie babskich zwierzeń, kosmetycznych nowinek i towarzyskich ploteczek utrzymana jest również nowa książka Bushnell, która mimo upływu lat, nadal potrafi pisać ze swoim specyficznym pazurem - ten styl albo pokochasz, albo momentalnie cię odrzuci. Tym razem poznajemy od podszewki życie uczuciowe obecnych 50 i 60-latków. Mimo różnicy wieku, bawiłam się jak zwykle doskonale – całość połknęłam szybko i z wielką przyjemnością. 

                     Z jednej strony najłatwiej podejść do tej lektury bezrefleksyjnie - z przymrużeniem oka, potraktować ją bardziej jako ciekawostkę i beztroskie guilty pleasure. Natomiast kiedy spojrzeć na tę książkę bardziej ‘serio’, robi się jakoś tak smutno na sercu... Bo ileż można poszukiwać tej wielkiej, jedynej miłości..? Okazuje się, że czasami bywa już za późno na happy end. Pod cienką warstwą lukru i blichtru skrywa się tu naprawdę niegłupia, słodko-gorzka lektura. Pod pewnymi względami jest to również pozycja przełamująca kulturowe tabu dotyczące wieku kobiety i przypisanej jej roli w społeczeństwie. Feministyczny, szczery głos, aczkolwiek zupełnie nieprzystający do polskich realiów.
środa, 17 czerwca 2020 | By: Annie

"Dorośli" - Marie Aubert

                     Dawno nie zdarzyło mi się tak rzucić na książkę i połknąć ją w zaledwie kilka małych godzin, szybko, łakomie i zachłannie. Po prostu nie mogłam się od niej oderwać - zaczęłam czytać przy pierwszej porannej kawie, czytałam dalej podczas mycia zębów i szykowania śniadania dla Laurki. Potem pojechaliśmy 'w gości', więc trochę nie wypadało siedzieć z nosem w książce, natomiast cały czas myślałam o jej bohaterach - a popołudniu, podczas drzemki mojego dziecka, doczytałam na jednym wdechu resztę.

                       "Dorośli" to książka skromna rozmiarowo, natomiast jej niewielka objętość zaskakuje obfitością skondensowanej treści i mnogością poruszanych tematów. Wakacyjne spotkanie rodzinne w drewnianym domku nad fiordem stanowi zaledwie pretekst do ukazania pełnej palety ludzkich emocji - z dużym naciskiem na relacje między siostrami, samotność i macierzyństwo. I choć przeważnie gustuję w nieco grubszych lekturach, to potrafię docenić również tego typu obyczajowe perełki - krótkie, wymowne historie, które potrafią w niewielkiej treści, jak w soczewce, skupić i ukazać całą różnorodność dylematów, uczuć oraz myśli, które towarzyszą nam na co dzień. To jedna z tych książek, w których można przejrzeć się jak w lustrze. Mam wrażenie, że literatura skandynawska obfituje w takie właśnie literackie smaczki. I jakoś tak za sprawą tej powieści zatęskniłam za złotymi czasami blogosfery, gdy gdzieś tam trochę pocztą pantoflową polecaliśmy sobie tego rodzaju książki. Wiem, że teraz nastały czasy instagrama, ale jakoś nie potrafię przenieść tam serca, więc nie pozostaje mi nic innego jak wierzyć i mieć nadzieję, że blogi jeszcze będą miały swój wielki comeback. A przynajmniej ja nigdzie się stąd nie ruszam. ;) Gdzieś tam w tyle głowy zaswędziała mnie również myśl, że może by tak przeczytać wszystkie książki wydawnictwa Pauza...? Za mną na razie cztery ich pozycje - dwa zachwyty i dwa intrygujące, intelektualne wyzwania. Na razie nie robię postanowień, ale kusi mnie ten pomysł, oj kusi...
piątek, 12 czerwca 2020 | By: Annie

"Miłość i inne obsesje" - Liane Moriarty

                       Tak sobie myślę, że dawno na swojej czytelniczej drodze nie napotkałam prawdziwie pełnokrwistej, klasycznej obyczajówki. Czytałam, owszem, genialne pozycje z literatury pięknej, za mną również sporo lekkich czytadeł i kilka thrillerów - ale takiej mięsistej, kobiecej historii obyczajowej, jak właśnie najnowsza powieść Liane Moriarty bardzo mi w sumie brakowało. „Miłość i inne obsesje” to opowieść o... dokładnie jak tytuł wskazuje... miłości i obsesji. ;) Pracująca jako hipnotyzerka Ellen poznaje geodetę Patricka, wszystko układa się między nimi idealnie, ale niestety, towarzyszy im ciągle ‘ogon’ – była dziewczyna Patricka, która od lat go stalkuje. 

                       Wniknąć w świat bohaterów, dobrze poznać ich charaktery, upodobania, polubić ich lub nie – właśnie tego w literaturze poszukuję. Kto spodziewa się po tej powieści thrillera, ten się pewnie rozczaruje – to obyczajówka, choć z nicią przewodnią niepokoju i narastającego zagrożenia w oczekiwaniu na kulminacyjny punkt wydarzeń. Dodatkowy, nietuzinkowy smaczek to multum informacji o hipnozie – w tym temacie nie wiedziałam nic, więc dużo się doinformowałam. Ciężko mi powiedzieć czy ta powieść podobała mi się bardziej niż „Wielkie kłamstewka” – które trzymały mocniej w napięciu, za to mniej zgłębiały emocje bohaterów. „Miłość i inne obsesje” to powieść spokojniejsza, o wiele mniej dynamiczna - choć nadal świetnie napisana - natomiast uważam, że znacznie dojrzalsza psychologicznie, bardzo dokładnie i dosadnie portretująca najgłębsze zakamarki umysłów bohaterów - ich motywy, uczucia – czyli właśnie to obyczajowe ‘mięso’, które lubię najbardziej. Obie pochłonęłam z wielkim smakiem i po twórczość Liane Moriarty pewnie w przyszłości jeszcze nie raz sięgnę. Kto szuka 'czytadła z jakością' - gorąco polecam tę pisarkę!
czwartek, 11 czerwca 2020 | By: Annie

"Umowa" - Robyn Harding

                    Wyłuskałam tę książkę z morza innych thrillerów tylko za sprawą moich ciągot do Nowego Jorku, który stanowi tu tło dla romansu Natalie i Gabe’a. Romansu o tyle nietypowego, bo opartego na sponsoringu. Ona - studentka sztuki, która ledwo wiąże koniec końcem. On - dużo starszy, zamożny adwokat z żoną, córką i milionami na koncie. Między nimi mocno iskrzy, a wiadomo, igranie z ogniem bywa niebezpieczne… ;)

                       Powiedziałabym, że to taki thrillerowy średniaczek, choć początek zapowiadał się obiecująco. Bohaterowie i ich postępowanie w miarę rozwoju historii stają się totalnie nierealistyczne, wydarzenia są coraz bardziej naciągane… Co nie zmienia faktu, że całość połknęłam szybko i z wielką frajdą. A zakończenie nawet mnie zaskoczyło. Są jednak takie książki, które mimo swoich ewidentnych deficytów i przeciętności, doskonale komponują się z wieczorem w łóżku, szczególnie gdy za oknem szaleje letnia burza. To właśnie jedna z nich. Można przeczytać - bez bólu, a nawet ze sporą przyjemnością.

A swoją drogą, po dłuższej przerwie, znowu zaczęło mnie ciągnąć do thrillerów... :)
niedziela, 7 czerwca 2020 | By: Annie

Najnowsze nabytki - stos majowy

                     Moje blogowanie składa się ostatnio z nagłych zrywów aktywności poprzedzielanych tygodniami zastoju. Nie twórczego czy czytelniczego – bo czytam nadal dużo, z ogromną przyjemnością i w każdej dostępnej chwili – a raczej wywołanego, bardzo prozaicznie, brakiem czasu. Niemniej wróciłam do szperania po księgarniach, do czytania w papierze, do wielkiej przyjemności obcowania z okładką, drukiem… I tak oto, niepostrzeżenie, podczas majowych dni, uzbierał mi się spory stosik nowych pozycji. Spontanicznie cyknęłam mu zdjęcie, więc wrzucam - na pamiątkę. Bez zbędnych opisów, kto lubi, niech ogląda. :D Oto moje majowe nabytki. :)

Całość
Szperanie w Dedalusie
Różności
Promocja targowa Wydawnictwa Poznańskiego :D

Majowe nowości na półkach Laurki:




sobota, 16 maja 2020 | By: Annie

"Jest krew..." - Stephen King

                   Uwielbiam książkowe szperactwo, lubię wynajdować lektury przykurzone, nieoczywiste i nieco zapomniane. Ale równie mocno kocham łakomie rzucać się na świeżynki wydawnicze - bez logiki czy większego planu - ot, bo nagle poczułam zachciankę i zryw intuicji. W związku z czym cieszę się, że mój mąż na swej drodze do pracy mija aż dwie księgarnie – w przypadku nagłej potrzeby przeczytania najnowszej książki Króla horroru okazało się to jak znalazł. ;)

                   Lubię Stephena Kinga, choć nie nazwałabym się wierną fanką jego twórczości. Ot, średnio raz na rok sięgam spontanicznie po kolejną pozycję jego pióra i pochłaniam ze smakiem. „Jest krew...” to zbiór czterech opowieści - z których trzy podobały mi się szalenie i bez zastrzeżeń. Historie telefonu komórkowego umieszczonego w trumnie, tajemniczych plakatów z Chuckiem oraz paktu zawartego przez pewnego pisarza ze szczurem porwały mnie bez reszty – czytałam nierozsądnie długo w noc – każde z nich to taki chaps prozy, od którego ciężko się oderwać – w sam raz na jedno książkowe posiedzenie. Nieszczególnie podobało mi się natomiast opowiadanie z Holly Gibney w roli głównej – po pierwsze jest nudne, a po drugie totalnie spoileruje kilka innych książek Kinga – i to bez żadnego ostrzeżenia, co przyznam, mocno mnie wkurzyło - uważajcie!

                    „Jest krew…” to podobno średnia forma Kinga, która nie umywa się do jego wcześniejszych zbiorów opowiadań. Nie mam porównania, ale w takim razie tym bardziej cieszę się na te przyszłe, jeszcze lepsze lektury, bo jakoś tak zachciało mi się posiedzieć więcej w jego twórczości. Co dla mnie osobiście ważne - to pierwsza książka od dawna, którą udało mi się przeczytać w całości papierze. Rozkosz obcowania z drukiem, głaskania okładki... no i ten zapach... kocham mojego kindla, ale tych cech mu niestety brakuje... Także ja wrażenia mam bardzo pozytywne, z drobnym wyjątkiem na spotkanie z Holly. Kto wie, może jeszcze zostanę wielką fanką Kinga? ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...