sobota, 3 grudnia 2016 | By: Annie

"Biurwa" - Sylwia Kubryńska

                    Już, już opuszczałam dział książek z cyklu 'wyznania przedstawicieli różnych zawodów’, gdy zahaczyłam w bibliotece o „Biurwę” Sylwii Kubryńskiej. Przyznam, że myślałam, iż będzie to lektura leciutka i błaha, ot zebrane śmieszne anegdotki i historyjki z życia pani z urzędu (jak zawsze rudowłosej). Nie mogłam się bardziej mylić. Bo co to jest za KSIĄŻKA!!! Początek, owszem, to lekki, zabawny i przyjemny misz-masz intelektualny, który zaspokaja wszelki głód na anegdotki i absurdy z pracy w urzędzie. Jednak im dalej, tym więcej słodko-gorzkich momentów, a zarazem i trafnych spostrzeżeń, które wyłaniają się z tylko pozornie bezładnego chaosu myśli – aby porazić czytelnika swoją spostrzegawczością i błyskotliwą  puentą. Bo to są moje własne przemyślenia i podświadome obserwacje, ale wreszcie nazwane i ubrane w słowa – i za to bardzo dziękuję autorce. Jest to bowiem książka o życiu zmarnowanym na znienawidzoną pracę, o błędnym kole życiowych uzależnień i powiązań, o zgubieniu siebie w natłoku ‘muszę, musze, muszę’. To także książka o samotności i bezradności wobec faktu, że swoim największym wrogiem jesteśmy tak naprawdę my sami. Pióro – świeże, giętkie, niebanalne. Tak w Polsce nie pisze nikt. Czytuję noblistów, czytuję pisarzy wybitnych – nie przypominam sobie jednak, żebym z jakiejkolwiek innej książki wypisała aż tyle cytatów. I to nie ze względu na piękny język, ale właśnie przez trafność obserwacji i spostrzeżeń. Przyznaję, dotknęła mnie ta lektura głęboko i osobiście. Autorka przedstawiła w niej mój największy życiowy lęk - bo ja najbardziej w świecie boję się, że pewnego dnia wstanę i odkryję, że moje życie wygląda właśnie tak, jak to, które wiedzie bohaterka „Biurwy”… 

                    Nie wiem kim jest Sylwia Kubryńską, ale wiem jedno– napisała książkę bardzo ważną, życiowo mądrą. Błyskotliwą i potrzebną. Myślę, że dla wielu niewygodną i uwierającą. Która potrafi potrzasnąć czytelnikiem i pokazać mu jaki ma wybór – albo musi zmienić swoje życie, albo pora wyłączyć myślenie. I co gorsza, nie dla wszystkich ten wybór jest oczywisty...

Autorka w podziękowaniach pisze: „(…) chciałam pokazać nagą prawdę, część tego, co ukrywa się pod spodem, pod pozorem współczesnej, zapracowanej, dążącej do jakiegoś nieuchwytnego ideału, ulepionej ze stereotypów, silnej, zawsze atrakcyjnej, spełniającej wszystkie oczekiwania wokół, niezmordowanej kobiety „sukcesu”. Odsłonięcie tej żelaznej maski, pod którą skrywa się lęk i potworne zmęczenie natłokiem obowiązków, które kobiety same sobie ładują na głowę – to bardzo trudna operacja , nie zawsze zakończona szczęśliwie.” 
I udało się!

A teraz zasypię Was lawiną cytatów…

Odwracam wzrok w stronę okna i zawieszam wzrok na drzewie z gatunku topola, bo właśnie się otopolił świat. I myślę, że chciałabym wyjść, połapać w dłonie te puchate białe gałganki. Ale nie mogę stąd wyjść ani ja, ani stu dwudziestu pracowników urzędu, ani ileś milionów pracujących Polaków, pracujących tam, skąd bardzo chcieliby wyjść, a nie mogą. Bo muszą wykonywać mnóstwo nikomu niepotrzebnych rzeczy. Bo muszą musieć.”


***

A tam usiadłam przy oknie i patrząc co chwila na krople deszczu, napisałam najsmutniejsze opowiadanie w moim życiu.
A było to opowiadanie o stracie. Bo ja codziennie, codziennie i coraz dramatyczniej tracę kolejny dzień mojego życia.
I ten też straciłam.
Straciłam tak dotkliwie, że dławiący gałgan w gardle, który zazwyczaj spokojnie mnie tylko dusił, teraz wybuchł tysiącem gniecionych od miesięcy beztlenowców rozpaczy, bezsilnych żyć, żyć zabieganej matki, zawsze gotowej do zapierdalania istoty, żyć Zeliga, i wyręczającej, nadgorliwej, klikającej, wypełniającej, bezwolnej, bezradnej wobec samej siebie urzędniczki. Żyć, z których żadne nie było wcale moje.
Żadne.”


***

- A co byś chciała robić?
- Zawsze chciałam być fryzjerką.
Tylko, że bycie fryzjerką to za mało! To za proste w tym świecie wymagań i napięć. Trzeba postawić sobie siedem poprzeczek i przeskakiwać je w znoju przez całe życie, hamując odruchy wymiotne nad ranem. Bo przecież jakimś niepojętym cudem trzeba z siebie wykrzesać energię na to, żeby ciągle robić coś wbrew sobie. Bo gdzieś  w środku siedzi ta niedoceniona mała, która chce udowodnić, że nie jest wcale taka marna, że stać ją na więcej, na dużo więcej niż własny salon fryzjerski. Ona musi przekonać swoją mamę, że stać ją na więcej, niż „tylko” salon fryzjerki. Ona musi przekonać swojego tatę, że nie jest wcale taka, kurwa, głupia.
I zamordować samą siebie.”


***

Kasia. Niewysoka brunetka, nerwówka totalna, papieros za papierosem. Mówi, że gdyby podjęła decyzję o zmianie pracy, musiałaby się rozwieść.
- Czemu?
- Dla sprawiedliwości. Małżeństwo wkurwia mnie dokładnie tak samo jak praca.
Tkwi więc dalej w jednym i drugim, żeby równowagi nie zachwiać. Tkwienie jest bezpieczne. Tkwienie pozornie nie wymaga wysiłku, wymaga jednak nadludzkiej wytrzymałości. Najbardziej wytrzymali zniosą to życie w znoju, z mężem pijakiem, w pracy, której nie cierpią, w świecie, którego nienawidzą. Ale zniosą. Na łożu śmierci przyznają sobie mentalny order za wytrzymałość.”


***

(…) jadę samochodem do pracy i włączam serwis informacyjny. Włączam serwis, płytę, wrzask reklam leków, płynów na podrażnienia okolic intymnych, świąd, pieczenie, erekcję, gorączkę, brak telewizora LED i laptopa VAIO. Włączam wszystko, co tylko mogę włączyć, co tylko może zaleczyć, zagłuszyć, zabębnić. Włączam wszystkie urządzenia. I wyłączam to najbardziej niewygodne. Umysł.”
wtorek, 22 listopada 2016 | By: Annie

"Jesień" - Karl Ove Knausgård

                      Myślę, że potrzebowałam tej książki znacznie bardziej niż ona mnie. Takie dziwne poczucie towarzyszy mi już po zakończeniu lektury i chyba po raz pierwszy w życiu - a to nie lada paradoks, zważywszy, iż wyznaję zasadę, że bez swojego czytelnika żadna książka nie istnieje. Żeby zgłębić ten tom potrzebowałam ciszy, wypoczętego umysłu i pełni skupienia. W zanadrzu czekał ołówek do podkreślania fragmentów. To pozycja niełatwa, nie powiem, że niedostępna, ale pokryta jakby wielowarstwową powłoką – tylko od czytelnika zależy ile czasu poświęci - ile tych warstw odkryje, jak głęboko sięgnie. I choć w wielu innych lekturach taka narzucona przez autora ekwilibrystyka umysłowa mierzi, a nawet irytuje  - bo przecież książka jest dla czytelnika, a nie czytelnik dla książki - to akurat Knausgard potrafi tak omamić, że jestem mu wdzięczna za tę możliwość intelektualnej gimnastyki, za gonitwę myśli i skojarzeń. Za rozbudzenie mojego umysłu. Bo mam poczucie, że było warto, a w zamian za wysiłek otrzymałam coś naprawdę wyjątkowego.  
                      „Jesień” to dzieło w pewien sposób ponadczasowe, napisane w postaci krótkich rozdziałów, każdy skupia się na jakimś przedmiocie, emocji, pojęciu. To swoisty hołd dla świata, jego złożoności, głębi. Właściwie nie wiem co bardziej mi się podobało – czy piękny język, czy zaskakujące spostrzeżenia rzucające nowe światło na rzeczy oczywiste, a może to magiczne uczucie tuż po lekturze, kiedy świat wokół zwalnia i staje się nagle jakby pełniejszy, bardziej wyraźny? Knausgard to ten typ pisarza, który potrafi sprawić, że czytanie o jabłku staje się intensywniejszym doznaniem niż jego faktyczne jedzenie. Ta książka pokazała mi jaką literaturę warto czytać, ponownie dostrzegłam to, co umknęło mi w ostatnich miesiącach – w ciągłym biegu pod hasłem ‘więcej, szybciej’. Chyba po prostu potrzebowałam przypomnienia o co naprawdę w tym całym czytaniu chodzi.  I co dobra książka potrafi zrobić z otwartym, chłonnym umysłem. A Knausgard, choć niekiedy pisze bezpruderyjnie o rzeczach obrzydliwych, to wciąż jest to literatura (zaskakująco) piękna. 
niedziela, 20 listopada 2016 | By: Annie

Była sobie paczka...

                      Przyszła do mnie pewna wyjątkowa paczka… Mąż nawet nagrał to dzikie szaleństwo rozpakowywania, darcie papieru, ten niepohamowany uśmiech od ucha od ucha i ogromną radość z każdej nowej książki, która wcale nie mija mi z wiekiem czy stopniem zapełnienia półek. Jednak to już zbyt duży poziom ekshibicjonizmu, żeby pokazać ten filmik publicznie. :) I tak, przyznaję, jestem książkowym pazerniakiem i maniakalnym książkoholikiem – ale wiecie co? Dobrze mi z tym. :) Ach, ale mam czytania! Stosik wybrałam starannie na arosie, umiliło mi to kilka deszczowych wieczorów, różne pozycje rozważałam, wkładałam i wyjmowałam z koszyka, jednak ostatecznie przywędrowały do mnie oto dwa śnieżne kryminały z klasyki angielskiej, do tego smaczek bibliofilski, czyli „Sztuka powieści” – wywiady z największymi pisarzami naszych czasów, które pierwotnie były opublikowane w The Paris Review. I kolejny tom z cyklu pór roku Knasugarda, gdyż jego „Jesień” urzekła mnie i zachwyciła. "Oswajanie świata" to pozycja, z którą bardzo chcę się zmierzyć. A resztę widać na zdjęciach... Ale mam radochę! I chwalę się, a co! :)

niedziela, 13 listopada 2016 | By: Annie

"Sekretny dziennik Laury Palmer" - Jennifer Lynch

                   W oczekiwaniu na gorącą premierę „Sekretów Twin Peaks” wróciłam myślami do mojej przygody z tym kultowym serialem. Jak to zwykle bywa, wszystko zaczęło się od pierwszego odcinka, choć my do jego obejrzenia przymierzaliśmy się kilka dobrych lat. Koniec końców skusiliśmy się – i dalej już samo poszło. Ta muzyka, ten odrealniony klimat i pełna niepokoju atmosfera … Niepodrabialne. :) Zwykle nie piszę w jakich okolicznościach trafiła do mnie dana książka, jednak w tym wypadku muszę zrobić wyjątek. Bo otóż wyobraźcie sobie moje zdumienie, kiedy pewnego czerwcowego poranka, gdy tuż przed wyjściem z domu szukałam kolejnej lektury, którą mogłabym szybko wrzucić do torebki i pobiec dalej w świat, natrafiłam na tę oto zupełnie mi nieznaną pozycję, i to przeglądając moje własne książkowe zbiory! Cienka, czerwona, niepozorna książeczka wetknięta między znajome tomy. Cicha i spokojna – leżała sobie cierpliwie, czekając jakby specjalnie na mnie. Skąd się wzięła? Jak długo tu stoi? Kto ją podłożył? Nikt się nie przyznawał… Na fali serialowych emocji poczułam się niemal jak jedna z bohaterek, która odkrywa mroczną tajemnicę z przeszłości. Oczywiście nie muszę pewnie pisać, że książkę połknęłam natychmiast i z wielką przyjemnością. A po dłuższym śledztwie okazało się, że to mój ukochany, przy pomocy mojego taty, zrobili mi taką oto niespodziankę. Chyba największą w historii. :D 

                         „Sekretny dziennik Laury Palmer” to wyjatkowy smaczek, ale tylko dla miłośników serialu. Swoiste dopełnienie dla maniaków, którzy pokochali ten świat i chcą poznać go jak najlepiej. To również mroczna, miejscami szokująca lektura, która pozwala lepiej odkryć historię Laury, zgłębić jej losy i myśli. Bardzo umiejętnie ukazane jest tu jej dorastanie, począwszy od dwunastego roku życia - jak Laura zmienia się z naiwnej dziewczynki w… lepiej przeczytajcie sami. Mroczny, miejscami oniryczny i psychodeliczny klimat tworzą niepowtarzalną mieszankę. Nie lada smaczek - choć zaznaczam, tylko dla tych, którzy mają choć kilka odcinków serialu za sobą. :) 
wtorek, 8 listopada 2016 | By: Annie

"Zmiana" - Monika Jaruzelska

                   Lubię czytać felietony, dobrze pasują do poranków pachnących kawą, a także skutecznie umilają czas podczas jazdy zatłoczonym metrem w godzinach szczytu. Dotychczas mam za sobą dwa książkowe spotkania z Moniką Jaruzelską – „Towarzyszka Panienka”, a szczególnie „Oddech” podobały mi się, bardzo! „Rodziny” jeszcze nie czytałam, ale mam w planach. Natomiast co do najnowszego dziecka autorki mam mieszane uczucia, muszę przyznać. Przede wszystkim zabrakło mi tu jakoś pomysłu na tę książkę, gdyż pod szyldem tytułowej zmiany wrzucane są do jednego worka przeróżne historie, opowiastki (niestety gorszej jakości niż w poprzednich książkach) i wywiady – a to wspomnienia o uwalnianiu ryb z dzieciństwa, a to rozmowa z psychiatrą o dysmorfofobii, a to felieton o strojach w panterkę i szarym dresie. Bardzo to naciągane. Trochę jakby autorka miała deadline na karku, a zero pomysłu i weny – zatem zmiksowała opisy swojej codzienności z fragmentami ostatnio czytanych książek, do tego dorzuciła parę wywiadów, napisane lata temu teksty o modzie i usiłowała nadać temu wszystkiemu na siłę jakiś górnolotny sens czy myśl przewodnią. Ot i cała książka. Dobrze się to czyta, przyjemnie, lekko, choć z drugiej strony miejscami irytowały mnie te wszystkie wydumane mądrości w stylu Paulo Coehlo, zaprezentowane niemalże jako objawienie wiedzy tajemnej – autorka spostrzegawczo oznajmia: ‘wszyscy się zmieniamy, wszyscy się starzejemy, wszystko płynie!’ A ja się pytam - czy naprawdę tak nisko ceni swoich czytelników? I dziwię się, że ktoś serio może pisać takie rzeczy i jeszcze uważać je za odkrywcze... Ta książka składa się z mnóstwa frazesów ubranych w mądre słowa i oczywistych stwierdzeń nieumiejętnie przebranych w zawiłe zdania. Razi to banałem, choć muszę zaznaczyć, że wyjątek stanowi tu rozmowa z lekarzem psychiatrą oraz ta ostatnia, z filozofem. Jednak dla przykładu, cytując jeden z losowych fragmentów książki: „Jeśli blokujemy emocje w ciele, to nie możemy ich przeżywać. A jak nie możemy ich przeżywać, nie możemy doświadczać świata.” Serio?! Wyjmuję zatem ostrą szpilę i przekłuwam ten wypełnioną pseudo-mądrością i niby-filozofią balon. Za sprawą tej książki odkryłam, że zdecydowanie wolę gdy autorka wspomina minione lata lub tylko pisze subiektywnie o aktualnych wydarzeniach, bo gdy zaczyna dorabiać jakąś większą ideologię czy zgłębiać psychologię lub filozofię… Wychodzi to słabo, sztucznie, niewiarygodnie, irytuje i mierzi ten mentorski, przemądrzały ton. A ignorancja i zarazem też pewność siebie autorki jeśli chodzi o tematykę medyczną są naprawdę zatrważające...

                       Poprzednie książki nie były lekkie i wesołe, ale pozostawiały też pewne ciepło na sercu i pozytywne wrażenia. "Zmiana" to natomiast lektura smutna i zgorzkniała, przepełniona marudzeniem i po prostu niesympatyczna – czyżby jakiś kryzys egzystencjonalny? A może zmiana wydawcy zaszkodziła? Nie mogę się również pozbyć myśli, że to pozycja pisana wyłącznie ‘na siłę’. Reasumując – książka umiliła mi czas (choć też i zirytowała), miejscami była całkiem ciekawa i zawsze lepiej sobie poczytać niż wyglądać przez okno w metrze... Jednak po tej lekturze zdecydowanie mniej lubię autorkę. Polecam wcześniejsze jej książki, ale "Zmianę" można sobie spokojnie darować.
sobota, 5 listopada 2016 | By: Annie

"Persepolis" - Marjane Satrapi

                       Podczas jednego z tych błogo-leniwych, deszczowych popołudni spędzonych w domowej przytulności, zatęskniłam niespodziewanie i gwałtownie za moim projektem czytania książek nieoczywistych i zapomnianych. Jesienny wysyp nowości nie sprzyja literackiemu szperactwu i choć świeżynki wydawnicze mają swój niezaprzeczalny urok, który jak najbardziej doceniam, to jednak wydaje mi się, że warto wygospodarować również kilka chwil na pozycje nietuzinkowe i w naszym codziennym czytaniu nietypowe, a przez to tak ciekawe i poszerzające literackie horyzonty. Zatem, aby zaspokoić ten nagły głód lektury nieoczywistej, sięgnęłam po „Persepolis” Marjane Satrapi. Owa pozycja to powieść graficzna - czyli komiks, jednym słowem. Mój pierwszy w dorosłym życiu. Przyznam, że sama jestem zaskoczona jak ciekawa, przystępna i wciągająca jest to książka! Obrazki i niewielka ilość tekstu, a jaka zdumiewająca siła przekazu, emocji, ogrom treści - zupełnie jak w rasowej powieści. 

                      "Persepolis" to autobiografia autorki - śledzimy jej dorastanie w Iranie, kilkuletni pobyt w Austrii, a następnie powrót do kraju i walkę o własną niezależność w realiach islamskiego reżimu. Na podstawie komiksu powstał nawet film - swego czasu było o nim głośno, zdobył liczne nagrody - koniecznie muszę obejrzeć. Jeśli chcecie liznąć Iranu, dowiedzieć się nieco o jego kulturze, społeczeństwie i współczesnej historii – a to wszystko podane w sposób nietuzinkowy, zabawny, intrygujący, bardzo przystępny i absolutnie niemający nic wspólnego z podręcznikową nudą - to będzie idealna pozycja na wstęp, a zarazem też wyjątkowe spotkanie – na pewno poszerzające horyzonty oraz wiedzę. Bo Iran to kraj spoza schematu, o niezwykle bogatej kulturze, który jednak ma naprawdę zły PR - wiele osób utożsamia go z Irakiem i światem arabskim. Warto wiedzieć, że nie zamieszkują go arabowie, a Persowie, i również nie sami fanatycy religijni... "Persepolis" uzupełnia takie właśnie luki w wiedzy, które - wstyd przyznać - posiadałam aż do tej pory. Niestety, książkę tę bardzo trudno jest zdobyć, nad czym ogromnie ubolewam. Jeśli tylko macie możliwość, koniecznie sięgnijcie - to jedna z tych rzadkich pozycji, które osiedlają się gdzieś w tyle głowy i zapadają w pamięć na zawsze. Wartościowa i poszerzająca wiedzę pozycja. I do tego świetna rozrywka. Polecam!!!


wtorek, 1 listopada 2016 | By: Annie

"Para zza ściany" - Shari Lapena

                     Po raz pierwszy od bardzo dawna mam ochotę gorąco przyklasnąć wydawcy, blurbom na okładce i wszelkim reklamom. Bo jeśli którykolwiek thriller faktycznie zasługuje na taki szum, jaki zaserwowano nam przy promocji „Dziewczyny z pociągu”, to właśnie ta pozycja - zdecydowanie. Przyznam, że nie pamiętam kiedy ostatnio powieść wciągnęła mnie tak intensywnie w wir fabuły, co więcej – żadna od miesięcy nie wywołała we mnie tak silnych emocji – niepokoju, ciekawości, szybszego bicia serca. Dosłownie oderwać się nie mogłam, pochłaniałam stronę za stroną jak uzależniona, szczególnie początek - moim zdaniem mistrzostwo. Stopniowanie napięcia, to powietrze aż gęste od emocji i przeczucia tragedii, która zaraz się wydarzy... Bo otóż mamy zamożne, niemal idealne małżeństwo ze śliczną, 6-miesięczną córeczką. Para wychodzi na kolację do sąsiadów, opiekunka w ostatniej chwili odwołała przyjście, więc niemowlę zostaje samo, choć rodzice co pół godziny sprawdzają czy wszystko w porządku i monitorują pokój za pomocą elektronicznej niani. Jednak dziecko znika... Jesteśmy rzuceni w szalony bieg wydarzeń, autorka niezwykle umiejętnie manipuluje naszym współczuciem i podejrzeniami. Powiem tyle - jeśli wśród zalewu thrillerów psychologicznych szukacie takiego, który faktycznie sprawi, że zarwiecie noc i nie będziecie mogli myśleć o niczym innym, to „Para zza ściany” będzie najlepszym wyborem. Gorąco polecam! Wow, jak to jest napisane! Co za książka!!!
sobota, 29 października 2016 | By: Annie

"Sceny z życia rosyjskich milionerów" - Marie Freyssac

                       Jest coś perwersyjnie fascynującego w życiu mieszkańców moskiewskiej Rublowki. Szokujące wydatki, łyżka kawioru za 1000 euro, jachty, zamki, życie ponad światem, a jednocześnie jest również pewna nuta dekadenckiego smutku w tym bogactwie – jakaś dziwna pustka i samotność. Kilka lat temu miałam okazję przez dwa długie tygodnie zasmakować życia w podobnych, choć jednak pewnie wciąż sporo skromniejszych warunkach - niemniej liznęłam co to znaczy olbrzymia rezydencja ze służbą oraz sztabem ogrodników, podczas gdy ty, ze spokojem, masz oddać się błogiemu nicnierobieniu. Było bosko, choć przyznam też, że nigdy tak bardzo nie tęskniłam za swoim pokojem, za samodzielnością, a melnacholijno-nihilistyczny nastrój, który mnie wówczas ogarnął pod koniec wyjazdu... chyba nigdy nie czułam się tak dziwnie psychicznie, przytłoczona dysproporcją między bogactwem a normalnym życiem i tym, co naprawdę jest ważne - ciężko znaleźć w tym rozsądny kompromis, nie stracić równowagi. Niemniej wciąż bardzo chętnie czytam o nieokiełznanych, bogatych Rosjanach, myślę, że ta ciekawość narodziła się lata temu, kiedy podkradłam mamie powieść Oksany Robski „Casual: zwyczajna historia” - którą polecam, swoją drogą. A książka Marie Freyssac daje nam wszystko to, czego do tego typu lektury można oczekiwać i na co brakuje miejsca w ambitniejszych reportażach– na plotkowanie, wścibstwo i wyliczanie cen futer od Diora. To zapis roku z pracy guwernantki u jednej z zamożniejszych rosyjskich rodzin. Cóż, uwielbiam wszelkie tego typu wyznania sprzedawczyń, sprzątaczek, stewardess, więc jestem bardzo zadowolona. To nie reportaż czy ambitna lektura faktu, która mierzyłaby się z aspektami socjologiczno-politycznymi (tu polecam gorąco „Rublowkę” Walerija Paniuszkina, która ukazała się w serii Reporterzy Dużego Formatu), a po prostu smaczek, możliwość zerknięcia przez dziurkę od klucza w codzienność najbogatszych tego świata, by po zamknięciu książki cieszyć się z powrotu do swojej własnej normalności. :) Dobra rozrywka. Połknęłam w jeden dzień.
niedziela, 23 października 2016 | By: Annie

"Ta, którą znam" - Małgorzata Warda

                     Lubię powieści Małgorzaty Wardy, dobrze się je czyta jesienią. Lubię jej obrazowy sposób opisywania pogody oraz nastroju, i lubię również jej zagubione bohaterki. Niecierpliwie wypatruję kolejnych książek w dziale nowości i zapowiedzi, a ich czytanie zawsze sprawia mi mnóstwo przyjemności. Tym razem poznajemy historię modelki Ady, która wraca w rodzinne strony, aby po śmierci siostry zaopiekować się dwójką jej dzieci. I choć smacznie i szybko połknęłam rownież i tę pozycję, to jednak paradoksalnie wcale nie jestem ślepa na wady tej i innych powieści, które wyszły spod pióra pani Wardy - więc zacznę przekornie, bo od minusów – a zbierało mi się na przemyślenia już od pewnego czasu.

                      Nie wiem - czy to kwestia bardzo charakterystycznego stylu autorki, na tyle wyrazistego, że zaciera on ramy różnych historii, upodabniając je do siebie i z czasem zlewając wszystko w jedną bezkształtną, literacką masę – mam tu na myśli kompozycję tekstu, chronologię odkrywania wydarzeń i sposób narracji. A może to jednak skłonność poruszania raz po raz tematu zaginięcia i kwestia mrocznego sekretu, który skrywa niemal każda główna postać? W każdym bądź razie jeśli chodzi o prozę pani Wardy to od pewnego czasu mam wrażenie jakbym czytała w kółko jedną i tę samą książkę – w mojej pamięci wyróżnia się tylko rewelacyjne „Jak oddech”, ale o czym była na przykład „Najpiękniejsza na niebie” - prawie nie jestem w stanie powiedzieć. Historie niby się różnią, ale tylko pozornie, bo za każdym razem to jakby ta sama bohaterka, ktoś się gubi, ktoś ma mroczną tajemnicę z przeszłości, ktoś ląduje w szpitalu. Zawsze są to dwie płaszczyzny wydarzeń połączone za pomocą retrospekcji. To również ciągle te same uczucia i powielane odcienie emocji. I to jest ok – spodobało mi się przy pierwszym spotkaniu z autorką, więc tego też poniekąd oczekuję od wszystkich kolejnych jej powieści – dlatego w ogóle po nie sięgam.

                   Ale. No właśnie – ale. Gdzie biegnie granica między wyrazistym stylem i skupieniem autora na danym temacie, a powielaniem schematu raz po raz? Jeszcze dwie-trzy takie pozycje i pewnie Małgorzata Warda tę cienką linię przekroczy, a zatem wpadnie w utarty tor pisania książek z jednej kalki – tak pisze Jodi Picoult, tak pisze również Nora Roberts... Towarzystwo lubiane, popularne, ale dla tak zdolnej pisarki nieodpowiednie – bo choć to pewnie będą książki dobre, to ile razy można czytać to samo? A dlaczego by nie spróbować sięgnąć głębiej? Zerwać ze stereotypami, poszerzyć tematykę, spróbować innej narracji? Chętnie przeczytałabym w wydaniu autorki coś innego, może mniej pop-literackiego - tak mi się marzy, choć zaznaczam, że „Ta, którą znam” nie jest książką złą. Wprost przeciwnie – to powieść dobra, wciągająca, naprawdę na poziomie i umiejętnie napisana. Czyta się ją znakomicie i pewnie gdyby było to moje pierwsze spotkanie z pisarką, byłabym zachwycona. Niemniej w ostatnich latach przeczytałam wszystko, co wyszło spod jej pióra, więc staram się oceniać przekrojowo. I takie mam przemyślenia. Ale abstrahując od narzekań (być może niesłusznych i na wyrost), gorąco polecam wszystkim twórczość Małgorzaty Wardy, w tym także tę oto książkę. Ta pani potrafi pisać i jeśli chodzi o wciągające obyczajówki to jest na polskim rynku najlepsza – moim zdaniem. Trzyma poziom i nie rozczarowuje. Niemniej liczę, że jeszcze się rozwinie, bo od zdolnych autorów wymagamy przecież więcej, prawda? :)
sobota, 22 października 2016 | By: Annie

Dwa dobre, kobiece kryminały na długie, jesienne wieczory - "Pustułka" K.B. Miszczuk i "Sześć kobiet w śniegu" A. Fryczkowskiej

                     Chodzę, dotykam, chłonę. Wciąż nie mogę się nacieszyć naszym mieszkankiem, jak dobrze i przytulnie nam tu razem. Wciąż za mało mi tych chwil tylko we dwoje, weekendowych poranków i rozmów wieczornych. Tej jesieni zdecydowanie zamieniam się w rasową domatorkę – urządzam, dopieszczam, a w przerwach piję herbatkę pod kocem i delektuje się literaturą. A, że jesień, to wiadomo - pora na mocniejsze pozycje, najlepiej z dreszczykiem niepokoju na plecach. Owe historie, poprzez kontrast z przytulnym otoczeniem, smakują mi wówczas jeszcze lepiej. Bywają w moim czytaniu takie tematy, które trzymają się mnie przez kilka książek z rzędu, których szukam i do których wracam. Jeśli chodzi o kryminały to jest to motyw odcięcia od świata pewnej grupy osób na wyspie, w jednym domu czy pokoju. Zamknięty krąg podejrzanych i trup – to lubię najbardziej. Wydawałoby się, że temat przewałkowany do znudzenia, a jednak umiejętny i pomysłowy autor wciąż potrafi wiele z niego wycisnąć. I tak było w przypadku obu tych kryminałów pióra polskich autorek.

                   „Pustułka” przenosi nas na grecką wyspę, należącą do bardzo bogatego klanu Spyropoulosów. Wielka rezydencja, a w niej odcięci przez sztorm wszyscy członkowie tej toksycznej rodzinki. Trup ściele się gęsto, a my od początku, aż do samego końca, jesteśmy umiejętnie wodzeni za nos. Czego chcieć więcej? Połknęłam na dwa gryzy, w dwa miłe wieczory. Lekkie pióro, sprawiło, że nawet nie poczułam kiedy woda w wannie ostygła i należało już zakończyć kąpiel. Nic to, cała się pomarszczyłam, ale czytałam dalej. ;) Zakończenie zaskoczyło mnie całkowicie. Nie spodziewałam się! Chcę sięgnąć po inne książki Katarzyny Bereniki Miszczuk, bo choć znana i ceniona przez wielu, to mnie jakoś ominęła jej twórczość. Nadrobię.
                Ciut mniej pod względem kryminalnym podobała mi się natomiast świeżutka i jeszcze pachnąca nowością powieść Anny Fryczkowskiej, choć również spędziłam w jej towarzystwie przemiły czas . To pozycja zabawna, szalona i bardzo kobieca. Jest to książka z nowego, podobno świecącego ostatnio triumfy gatunku - domestic noir. Przyznam, że bardzo podoba mi się ta nazwa. :) Siedem kobiet w domu odciętym od świata przez zimową śnieżycę. Jedna zostaje zamordowana, a zabić miała sposobność każda z uczestniczek spotkania, co oczywiście jest okazją do wywleczenia wszelkich brudów, wzajemnych animozji i pretensji. Powieść mi się podobała, ale chyba bardziej w kontekście kobieco-obyczajowym niż kryminalnym, gdyż trochę rozczarowało mnie zakończenie. Dobre, ale żeby zasłużyć na okładkowe porównanie do Agaty Christie potrzebowałabym nieco więcej... Niemniej uwielbiam książki Anny Fryczkowskiej, rzucam się na nie natychmiast po premierze. A następna pewnie dopiero za rok. :(

                  Dwa kryminały idealne na jesienne wieczory. I cytując Anię z Zielonego Wzgórza: „Jakże się cieszę, że żyję na świecie, w którym istnieje październik!” :) Miłego weekendu!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...