wtorek, 13 sierpnia 2019 | By: Annie

"Zjazd absolwentów" - Guillaume Musso

                           Mój plan nadganiania stopniowo zaległych notek nadal w realizacji, natomiast chciałabym wrócić również do spisywania swoich wrażeń z bieżących lektur, żeby uwiecznić te bardziej ulotne emocje i przemyślenia, a także, by tak jak dawniej, zakotwiczać moje wpisy w naszej codzienności. Zatem na świeżo – właśnie skończyłam czytać „Zjazd absolwentów” – nowość wydawniczą, którą połknęłam błyskawicznie podczas kilku kolejnych drzemek Laury. Pewnie każdy, kto czytuje regularnie ten blog, wie, że wakacje bez Musso to dla mnie wakacje niezaliczone – od wielu, wielu lat co lato sięgam po jedną lub dwie książki tego pana, taki mam zwyczaj, a dzięki temu jego twórczość niezmiennie kojarzy mi się z ciepłymi, leniwymi wieczorami, zapachem rozgrzanego miasta, smakiem mrożonej kawy. Zatem pchana siłą przyzwyczajenia sięgnęłam po nowiutki "Zjazd absolwentów", choć bezkrytyczny zachwyt twórczością Musso minął mi już parę ładnych książek temu.

                             Tym razem bez realizmu magicznego, mamy tu zwykły kryminał czy też thriller, a historia dotyczy wydarzeń z licealnych lat narratora-psiarza, który zmuszony jest cofnąć się pamięcią do nocy, kiedy zniknęła pewna młoda, piękna uczennica. Osobiście nie uważam, żeby Musso był dobrym pisarzem, raczej umiejętnym rzemieślnikiem, ale na drodze ku wypaleniu. A przynajmniej dla mnie jego książki straciły dużo z lekkości, uroku i świeżości, którymi zachwycałam się przy pierwszych spotkaniach. Czasem nadal gdzieś przebija się dawny Musso, szczególnie w opisach Nowego Jorku – czuję tę iskrę. I właśnie dla tych krótkich przebłysków wciąż sięgam po nowości jego pióra, bo uwielbiam jak filmowo, klimatycznie pisze. Niestety, "Zjazd absolwentów" był bardzo ubogi w takie momenty, w zasadzie jest to pozycja wyzbyta niemal wszystkiego, co czyni pisarstwo Musso wyjątkowym. Tą książkę mógł napisać każdy, a bez charakterystycznego stylu autora i realizmu magicznego, zostaje samo błyskawiczne czytadło do zabicia czasu, umiejętnie napisane, wciągające, owszem, ale ja należę do tej grupy czytelników, co jak nie wezmą książki do wanny to czytają składy kosmetyków, a do śniadania napisy na opakowaniu płatków, także dla mnie "Zjazd absolwentów" to była niestety podobna kategoria lektury - żeby zająć czymś wzrok, ale niewiele więcej. Niemniej to nadal dobra, wyciągająca rozrywka. I nie będę się tu zarzekać i odgrażać, bo wiadomo, za rok i tak sięgnę po kolejną świeżynkę pióra Musso. ;)
niedziela, 11 sierpnia 2019 | By: Annie

"Nieperfekcyjna mama" - Anna Dydzik

                         Za nami pierwsza w życiu gorączka Laurki, ciężki weekend i dwie bezsenne noce w towarzystwie przebijających się zębów. Pilnie potrzebowałam czegoś do przewietrzenia mózgu, lekkiej i zabawnej lektury, która nieco podniesie mnie na duchu i zrelaksuje w trakcie kolejnych godzin nocnego ciumkania. Szukałam książki, dzięki której poczuję przynależność do wspólnoty zmęczonych matek, która będzie jak poklepanie po plecach i pocieszenie, że innym też bywa ciężko... Sięgnęłam zatem po "Nieperfekcyjną mamę" - zwiódł mnie tytuł i myślałam, że będzie to właśnie taka lekka, zabawna opowieść o mamowych perypetiach. A otrzymałam, niestety, głównie rozczarowanie. 

                         Pierwsza część książki to dziwne coachingowe 'coś' z irytującą autorką na czele, która nieustannie podkreśla "zaakceptuj siebie", "pokochaj swoje odbicie", "nie musisz być perfekcyjna" - czyli mnóstwo frazesów i okrągłych słów bez znaczenia. Na mnie to zupełnie nie działa, sorry. Następne części to już więcej osobistych przeżyć autorki oraz jej opinii na niemal każdy związany z macierzyństwem temat. Te fragmenty czyta się znacznie lepiej, ale raczej nie wnoszą one żadnej sensownej wiedzy, a każde zagadnienie poruszane jest bardzo powierzchownie, treści w tym tyle, ile w babskiej gazecie przeglądanej w poczekalni u lekarza. Ale czytało się w porządku i szybko, przyznaję. Co ciekawe, ja się zgadzam niemal ze wszystkimi tymi założeniami i radami na temat macierzyństwa, wynotowałam sobie nawet parę mądrych cytatów, a problem mojego niezadowolenia tkwi zupełnie gdzie indziej.

                        Niestety, niemal całą lekturę obrzydziła mi jej autorka, co pewien czas bowiem czułam poirytowanie, a nad stronami wyczuwałam unoszący się lekki smrodek hipokryzji. Jakoś zupełnie nie uwierzyłam pani Dydzik, że jest tak wyluzowana i zdystansowana, jak podkreśla na każdym kroku, bo jednocześnie cała ta książka to jedno wielkie tłumaczenie się, wyjaśnianie - że miała prawo stracić cierpliwość, że nie trzeba mieć idealnego porządku itd. Oczywiście zgadzam się z tym, ale wiecie, co mam na myśli? Że zazwyczaj najlepiej bawią się ci, którzy nie rozpowiadają wszem i wobec jak to wspaniale się bawią. Tak samo prawdziwie wyluzowana i pogodzona ze swoją nieidealnością matka nie musiałaby tego cały czas podkreślać. A przez formę tych zwierzeń lektura momentami przypomina próbę autopsychoterapii, gdzie autorka co chwila pisze, że nie warto przejmować się opinią innych, że nie ważne czy karmisz mm, czy piersią, słoiczkami, czy sama gotujesz - i tak jesteś dobrą mamą. I ponownie, zgadzam się ze wszystkim, ale pani Dydzik powtarza to tyle razy, że czasami miałam wrażenie, że dopiero próbuje przekonać samą siebie, a cała ta książka jest tylko próbą zamaskowania własnych kompleksów. Możliwe, że się mylę, ale takie są moje odczucia.

                         Przez to wszystko autorka zdecydowanie nie wzbudziła mojej sympatii, być może również dlatego że stawia się w pozycji mentora, a jej 'nieidealność' sprawia wrażenie tak bardzo sztucznej, wymuszonej i kokieteryjnej. Pani Dydzik jest szczera na ile jej wygodnie, nie pisze o sobie nic, co naprawdę byłoby kontrowersyjne i nieidealne, np. kiedy wyznaje, że dziecko od czasu do czasu zje batonik, od razu podkreśla też, że kocha warzywa i je je codziennie. Jakoś dziwnym trafem dużo chętniej opowiada o tym, co robią źle inne matki (ubierają za ciepło, dają rady, kupują niewygodne ubranka), a nie ona sama. Czyli robi dokładnie to, co sama krytykuje - dowartościowuje się kosztem innych mam, pokazuje się w kontraście ja-dobra, one-złe. Dla przykładu szczytem szaleństwa i dystansu zdaniem autorki są porozrzucane zabawki w trakcie zabawy(!), ale już "prawdziwym powodem do wstydu byłby kurz gromadzący się na meblach". Ot, i cała nieidealność autorki w pigułce, a raczej poza, która pozwala jej krytykować zachowania innych mam, bo 'przecież sama też jest nieidealna'. To silenie się na nieperfekcyjność przypomina tani chwyt marketingowy, ale nieudany i nieautentyczny, zupełnie jakby autorka chciała być bardziej nieidealna niż w rzeczywistości jest. A efekt jest taki, że przypomina raczej grzeczną dziewczynkę, która raz wróciła do domu pięć minut po ustalonej godzinie i obwieszcza jaka to jest szalona, rebel i zbuntowana. I żeby nie było - nie chodzi mi o wyznania nieidealnej matki w stylu "dziś na obiad był McDonald's, przypaliłam dziecko papierosem, a potem urządziłam sobie libację alkoholową". Nie, chodzi mi tu o zwykłe, matkowe potknięcia, zmęczenie, wpadki. Bolesne, niewygodne, ale szczere i nieugładzone. Bo jeśli ktoś decyduje się napisać tego typu książkę, to powinien mieć też odwagę odpowiedzieć o osobie bez lukru, nie bać się obnażyć. Niestety, w przypadku "Nieperfekcyjnej mamy" cały fajny i naprawdę wartościowy przekaz (a jest go, o dziwo, całkiem sporo) ginie przytłoczony mało sympatyczną i nieautentyczną osobą autorki, która kokietuje i mądrzy się co krok.


"Wyznacznikiem mojego uczucia do nich nie jest trzydaniowy obiad - są nim czas spędzony razem, zaufanie i wsparcie, które staram się im dawać każdego dnia."
"Gdyby wyłączyć negatywne emocje, to okaże się, że bycie mamą jest nawet łatwe." 
"Jedynym wyznacznikiem tego, czy jesteś supermamą, jest uśmiech twojego dziecka." 
"Jeśli zamkniesz się tylko w temacie DZIECI, przepadłaś. Bycie mamą, tylko mamą, przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie tylko rujnuje poczucie własnej wartości, ale robi pranie mózgu." 
"Mimo że macierzyństwo daje mi mnóstwo radości (...), to nie czułam się osobą w stu procentach spełnioną, gdy całymi dniami tylko karmiłam, przewijałam, zabawiałam i połowę czasu spędzałam, siedząc na podłodze. Brakowało mi czegoś, takiej kropki nad "i". Brakowało mi siebie." 
"To, co dziś czasem wydaje ci się ciężarem, to, co dziś jest dla ciebie trudnością, zmartwieniem czy problemem, kiedyś zostanie w twojej głowie jako wspomnienie. I to dobre wspomnienie, bez żalu, złości czy smutku. To, co się dzieje teraz, przeminie. Na zawsze. Ciesz się tym wszystkim, ciesz się codziennością, mimo że nie zawsze jest lekko." 
"(...) jeśli każdego dnia starają się być lepsze, to nie dlatego, że są słabe, ale tak właśnie okazują dzieciom miłość. Nie będziesz perfekcyjna, nigdy."
sobota, 3 sierpnia 2019 | By: Annie

"Współlokatorzy" - Beth O'Leary

                         Nastawiałam się na zachwyt, a otrzymałam opowieść, owszem, sympatyczną, ale przeciętną - ot, to myśl przewodnia towarzysząca mi podczas lektury "Współkokatorów". Szkoda, bo sam zamysł na historię był moim zdaniem fantastyczny - mamy tu współlokatorów, którzy dzielą jedno łóżko... ale nigdy się nie spotykają. Leon pracuje bowiem na nocną zmianę w szpitalu, a Tiffy jako redaktorka w wydawnictwie. A jednak udaje im się nawiązać bliską znajomość... poprzez pisane do siebie karteczki. 

                       Bohaterowie są uroczy w swojej zabawnej dziwaczności i oderwaniu od rzeczywistości, poczciwi, budzą sympatię. To historia z morałem, o miłości, przyjaźni, o idealnym świecie, w którym dobro zawsze zwycięża ze złem, a sprawiedliwość triumfuje. To taka książka-przytulanka, która podniesie na duchu, sprawi, że bedzie ciepło, miło i jeszcze bardziej przytulnie. Trochę w stylu powieści Jojo Moyes, ale to jednak nie ten poziom. Ogólnie nawet podobała mi się owa lektura, czytało się ją lekko i sprawnie, ale bez jakiegoś większego zaangażowania z mojej strony - problem tkwi chyba w tym, że przez rozdmuchaną reklamę spodziewałam sie arcydzieła. A to po prostu w porządku historia, umilacz czasu, ale nic więcej niż lekka, dość błaha, wakacyjna opowieść. Ani mnie jakoś specjalnie nie wciągnęła, ani nie wzruszyła, ani nic po sobie nie zostawiła pamięci. Także "Wspólokatorów" można bez bólu przeczytać, ale zdecydowanie nie trzeba. Natomiast jeśli ktoś szuka książki w podobnym klimacie, ale takiej, która rzuca na kolana, to gorąco polecam "Razem będzie lepiej" Jojo Moyes - tu zachwyt, wzruszenie i śmiech gwarantowane.
piątek, 2 sierpnia 2019 | By: Annie

"Nikt nie idzie" - Jakub Małecki

                         Jakub Małecki to ten rzadki typ pisarza, którego kochają i polecają niemal wszyscy. Wiedziałam, że najprawdopodobniej i ja będę zachwycona jego prozą, a jednak tak długo zwlekałam z sięgnięciem po jego książki. Nie wiem czemu w sumie, ale już tak mam - ciągle chomikuję sobie na później najsmaczniejsze literackie kąski. W każdym razie pierwsze spotkanie wreszcie za mną i było tak, jak myślałam - z pozytywnymi wrażeniami. 
                       
                            Przede wszystkim uświadomiłam sobie jak dawno nie czytałam takiej zwykłej, najzwyczajniejszej obyczajówki. Nie romansu, nie thrillera czy młodzieżówki z elementami obyczajowymi. Nie, spokojnej, kameralnej opowieści o splatających się ścieżkach zwykłych, szarych ludzi mijanych na ulicy - i o nich właśnie opowiada "Nikt nie idzie". Przede wszystkim to historia o upośledzonym, dorosłym już chłopcu oraz o trzydziestoparoletniej Oldze, która ostatnio nieco się w życiu polubiła. Ach, jak zaczęłam czytać o Ursynowie z lat 80' - najpierw myślałam, że dostaje literackiego olśnienia, ekstazy, już już opowiadałam mężowi jakie to arcydzieło, ale potem mój entuzjazm nieco osłabł. Książka jak najbardziej mi się podobała, natomiast chyba potrzebuję jeszcze kilku spotkań z Jakubem Małeckim, żeby się bez reszty zakochać. Żeby nie było - "Nikt nie idzie" to naprawdę świetna literatura obyczajowa - dokładnie taka, jak lubię - spokojna, dotykająca wielu aspektów codzienności, pełna detali z życia bohaterów, emocji, niewypowiedzianych uczuć i samotności w wielkim mieście. Ze skrawków wspomnień przeplatanych teraźniejszością wyłania się obraz zagubionych bohaterów poruszających się na uwięzi skrywanych pragnień, zaplątanych w nitki przeszłości. To subtelna, delikatna proza - uchwytująca w niedopowiedzeniu, zawieszeniu zdania całą złożoność ludzkich emocji oraz życiowych dylematów. Natomiast do rzucenia mnie na kolana jeszcze ciut ciut zabrakło, myślę że głównie za sprawą urwanego zakończenia, ale nie dużo, naprawdę. ;) A następne w kolejce szykują się już "Rdza" lub "Dygot".

"Zamieszkali na Ursynowie, w kawalerce po jego zmarłym dziadku. Nigdy wcześniej nie odwiedzała tej części Warszawy. Ursynów był jak miasto w mieście, jak inna planeta; wszystkiego tu było za mało albo za dużo. Połacie ni to pól, ni to placów budowy, rozległe parkingi pomiędzy blokami, na każdym ledwie dwa, trzy auta, a wszędzie wokół błoto. Do centrum daleko, sąsiedzi za blisko, te wszystkie życia oddzielone wielką płytą, przez którą słychać było każdy dźwięk."

"Oboje czekali, aż wydarzy się wreszcie coś ważnego, bo chyba niemożliwe, żeby zawsze było tylko tak." 

"Przycupnięci na krawędziach swoich dawnych planów na życie, odmieniają "ja" przez wszystkie przypadki."
wtorek, 23 lipca 2019 | By: Annie

"Pierwsza zagadka. Nasze życie przed przyjściem na swiat" - Katharina Vestre

                         Przez lata nauki, najpierw w ambitnym liceum, a następnie na farmacji, mój umysł przyzwyczaił się do intensywnego wysiłku intelektualnego, wkuwania na pamięć dziesiątek nazw, wzorów, analizowania skomplikowanych równań oraz widm NMR do pracy magisterskiej. Natomiast teraz, gdy dzień za dniem powoli mija mi na spacerkach, obiadkach, zabawach, czasami odczuwam coś, co w pewnym sensie można by nazwać 'swędzeniem intelektu' - gdy stęskniony za nauką mózg gwałtownie dopomina się o jakieś ambitniejsze zadanie. Dlatego zaczęłam sięgać po książki popularnonaukowe, które kiedyś, gdy wiedza wychodziła mi już nosem, omijałam szerokim łukiem. I choć ciąża już za mną, nadal mocno interesuje mnie ta tematyka, stąd wybór lektury, która w sposób naukowy mierzy się z tym zagadnieniem.

                        Autorka podeszła do tematu bardzo dociekliwie, podziwiam ogrom pracy źródłowej, którą wykonała. Zaowocowało to bardzo przystępnie napisaną książką, która zawiera jednocześnie mnóstwo ciekawostek, a wszystko to uszeregowane chronologicznie i analizowane w miarę postępowania kolejnych miesięcy rozwoju dziecka. Dowiadujemy się szczegółowo o zapłodnieniu, o rozwoju poszczególnych narządów, skąd w ogóle komórki wiedzą, co mają robić, sporo tu również fajnych przykładów z innych gatunków, jak również wiedzy o genetyce i mechanizmach aktywacji genów. Książka jest napisana bardzo przystępnie, wręcz łopatologicznie, jej lektura na pewno nie sprawi trudności osobom z nawet bardzo niewielką znajomością fizjologii czy mechanizmów dziedziczenia. Ja przeczytałam z zainteresowaniem, choć osobiście było tu dla mnie ciut za dużo powtórzeń z wiedzy, którą już mam, dlatego momentami trochę się nudziłam. Na szczęście kilka nowych rzeczy również się dowiedziałam, więc lektura jak najbardziej na plus. Ciekawostka do połnięcia w dwa popołudnia.
sobota, 20 lipca 2019 | By: Annie

Hoduję małego książkoholika... czyli szaleństwo stosikowe :)

                      Jakiś czas temu przestałam dokumentować stosy, które regularnie pojawiają się w naszym mieszkanku, jednak tym razem wyjątkowo udało mi się zrobić zdjęcia nabytków lipcowych zanim książki rozpęzły się po wszystkich zakątkach domu. Wrzucam zatem na pamiątkę kilka ujęć - czemu nie. Ostatnio jestem dość monotematyczna w zakupach, a tematy przewodnie są dwa - literatura dziecięca oraz parentingowa - czyli dwa działy, które dotychczas omijałam najszerszym łukiem. Dla siebie ograniczam się do ebooków z Legimi, więc raczej mało fotogenicznie. ;)

                      Naprawdę ogromną frajdę sprawia mi kompletowanie biblioteczki Laurki, która myślę, że liczy już więcej książek niż niejednego dorosłego. Powoli wspólnie odkrywamy świat literatury dziecięcej, poznajemy nowych autorów, wydawnictwa... Wybór jest przeogromny. Niemniej staram się podchodzić rozsądnie, wyławiać i proponować jej tylko te naprawdę wartościowe pozycje, oryginalne, pomysłowe, po jednej czy dwie z danego typu - wiadomo, nie sztuka nakupować mnóstwo książeczek, które będą potem leżeć i się kurzyć nieczytane. Polegam na swoim nosie, intuicji i internetowych polecankach innych mam. A radość z tych skrupulatnie wybranych zakupów, a potem ze wspólnego oglądania nowości, mam przeogromną. Moja Córeczka jest pod tym względem bardzo wdzięczna, naprawdę kocha książki, cieszy się na ich widok, ma swoje ulubione tytuły (o nich kiedyś napiszę, pewnie na roczek), bardzo lubi wspólne czytanie, pokazywanie obrazków, sama przekręca strony - to jej ulubiona czynność. Serce mi rośnie jak zaczynamy zabawy z rana, a ona pierwsze co, to w całym stosie kolorowych zabawek wyławia książeczkę i podaje mi ją do przeczytania... Dla takich chwil warto mieć dziecko, serio. ;) To moje spełnienie marzeń o macierzyństwie.


                        Pierwszy stos to wyraz mojej miłości do wydawnictwa Mamania, zbieram wszystko, co wydali, przede wszystkim kocham ich poradniki, które doskonale wpasowują się w moją wizję rodzicielstwa - bliskość, noszenie, BLW, NHN... Zbieram i czytam te pozycje namiętnie (też popełnię kiedyś osobny wpis na ten temat) - tu "W głębi kontinuum" do kolekcji oraz "Nowe alaantkowe BLW" - czyli druga z serii jedynych książek kucharskich, z których naprawdę lubię gotować. Ostatnio zaczęłam zapoznawać się również z seriami dla ciut starszych dzieci - na pierwszy ogień poszedł "Magiczny domek na drzewie". Również "Kiedyś" oraz "Kuku i historia pępka" to pozycje, które jeszcze trochę poczekają na swój czas - na razie są chyba bardziej dla mnie, do wzruszania się. Zachwyciła mnie idea pępka jako dożywotniej pamiątki po mamie. ;) Długo czekałam ma wznowienie "Kto zjadł biedronkę", ale ta książeczka niestety nie spodobała się Laurce tak bardzo, jak sądziłam. Zdecydowanie preferuje podobne w zamyśle "Mniam" Canizalesa. Mój mąż planuje dla naszej Córeczki karierę astrofizyka ;), także nie mogło zabraknąć tu również nowości upamiętniającej lądowanie na Księżycu - jest zaskakująco poprawna merytorycznie, wielkie brawa! Do tego pokochany ostatnio Spot, a filcowe klapki są naprawdę super, przetrwają nawet największe lekturowe emocje.
Oraz przypadkiem wyszperany, nasz wielki prywatny hit od wydawnictwa Tekturka - dwie książeczki ze zdjęciami twarzy - genialne dla malucha, Laura je uwielbia, zaśmiewa się przy oglądaniu w głos!!! Dwie kolejne pozycje, których tytułów nie widać - dopiero teraz zauważyłam - to wspomnienia z mojego dzieciństwa: "Piłka" i "Grzybobranie". Lubię wracać do tytułów sprzed lat, niestety wielu nie pamiętam lub są od dawna niedostępne...

                      Kolejny stos bez tematu przewodniego, taka trochę zbieranina. ;) "Mops Klops", bo zaswędział mnie czytelniczy nos, a Laurka uwielbia pieski. "Uczuciometr inspektora krokodyla" polecają absolutnie wszyscy i wszędzie - mamy i my, kupiony na zaś - i faktycznie, jest rewelacyjny. "Dlaczego sztuka pełna jest golasów" to polecanka z instagrama Panny Swawolnej, obowiązkowo musiałam mieć w naszych zbiorach, ale niestety spełnił się najgorszy koszmar książkoholika, czyli wyczerpany nakład. Jednak w końcu udało się dorwać własny egzemplarz i jestem niemal pewna, że upolowałam ostatni nieużywany na rynku. A było to w pewnej zapomnianej księgarni na Powiślu. :) Do tego jeszcze"Stworki", czyli urocza maluszkowa dotykanka. Plus jeszcze jeden Spot.


                           Tutaj ponownie przypadkowa zbieranina. :) "Tam, gdzie żyją dzikie stwory" to pozycja podobno kultowa, a mnie zachwyciły ilustracje. Lubię mamęginekolog, przeszłam z nią przez ciążę, naprawdę doceniam to, co robi dla edukacji medycznej społeczeństwa. Skusiłam się zatem na jej książkę kucharską w ramach przedwczesnego prezentu imieninowego od samej siebie. Jeszcze nie miałam okazji jej przejrzeć, natomiast moja mama skrytykowała. :p Zobaczymy czy było warto kupić, mam nadzieję, że jednak tak... "Naciśnij mnie" to kolejna książka-legenda i genialny w swojej prostocie pomysł. Musiałam mieć w biblioteczce i planuję zakupić więcej książek tego autora, bo jestem nim totalnie zauroczona. Dalej dwie pierwsze części "Biura detektywistycznego Lassego i Mai" - tu ponownie powoli odkrywam serie dla starszych dzieci. Do tego rewelacyjny poradnik "Jak kreatywnie wspierać rozwój dziecka", jestem właśnie w trakcie czytania i ogromnie żałuję, że dopiero teraz na niego natrafiłam!  Na deser "That's not my monster", czyli książeczka-dotykanka zamówiona z bookdepository, cudna!




                         Powyższych zdjęć nie będę szczegółowo opisywać, to przeróżne kolorowanki, książeczki aktywnościowe, naklejanki, zeszyty ćwiczeń. Nie znam się na tym w ogóle, kupuję w ciemno, na zaś. Zdjęcia wyrzucam chyba bardziej dla siebie, żeby potem pamiętać co już kupiłam i nie dublować. Mam nadzieję, że coś się z tego Laurze spodoba :) Plus świetne karty od Kapitana Nauki, z których korzystamy już dziś. Ufff, koniec! ;) Ktoś dotrwał? Muszę częściej wrzucać takie wpisy, myślę że to będzie fajna pamiątka na przyszłość, taka kronika jak stopniowo powstawała biblioteczka Laury. Jeśli macie jakieś polecanki z literatury dziecięcej, koniecznie dajcie znać! Chłonę wiedzę w tym temacie. :)
wtorek, 16 lipca 2019 | By: Annie

"Nawiedzenia. Historie prawdziwe" - Ed i Lorraine Warren, Robert David Chase

                        Ostatnio jestem mocno zakręcona na punkcie horroru - wystarczy klimatyczna okładka oraz zapowiedź lekturowej grozy - i już jestem na tak. Rzuciłam się zatem łakomie na tę swieżynkę wydawniczą, nie przeczytałam nawet opisu, w zasadzie nie miałam żadnych oczekiwań odnośnie lektury, prócz mrocznego klimatu i niezłej dawki strachu. Niestety, średnio jestem usatysfakcjonowana. Książka jest dość specyficzna - to zbiór wielu pobieżnie opowiedzianych historii o cmentarnych duchach, z którymi w trakcie swojej kariery zetknęli się Ed i Lorraine Warrenowie - słynni amerykańscy badacze istot paranormalnych. 

                       Owszem, czytało się to ciekawie, nie powiem, momentami się wyciągnęłam i parę razy nawet trochę się bałam. Jednak głównie podczas lektury czułam niedosyt, bo historie są opowiedziane bardzo skrótowo, lakonicznie, powierzchownie - jakbym czytała streszczenia lub podpisy pod zdjęciami - miałam poczucie niewykorzystanego potencjału literackiego i zmarnowanej historii. A gdzieś tam w tyle głowy ciągle czułam również zgrzyt "że oni tak na serio" - bo jednak co innego czytać fikcję, a co innego rojenia o duchach, w które autorzy naprawdę wierzą i jeszcze usiłują za pomocą tanich sztuczek oraz manipulacji przekonać czytelnika do swojej wersji rzeczywistości. Skoro mają tyle niepodważalnych zdjęć to dlaczego żadnego nie zamieścili w książce zamiast zwykłych ujęć starych domów..? Do tego co i raz mamy takie cytaty-smaczki, szczerze mówiąc trochę obrażające inteligencję czytelnika: "Jakkolwiek dziś nie ma żadnych dowodów na to, że ta grupa rzeczywiście tam była - takie historie czasem rodzą się z plotek i pogłosek - stowarzyszenie czuje, że naprawdę istniała, naprawdę się tu zatrzymała i naprawdę przeprowadzała na tej ziemi nekromanckie rytuały." Serio..? Ta ich naiwność, to uproszczone postrzeganie świata jedynie w czarno-białych barwach wydaje mi się tak do bólu amerykańskie... Nie chcę się w to za bardzo zagłębiać, ja tę lekturę potraktowałam jako rozrywkę, natomiast bardziej niż wszystkie tu zebrane historie przeraża mnie chyba to, że ktoś mógłby potraktować tę książkę na serio i faktycznie uwierzyć małżeństwu Warrenow. ;) Jako ciekawostka dla horrorowych maniaków - czemu nie. Choć sama forma - lakoniczna, powierzchowna, skrótowa, emocjonalnie płytka i uboga opisowo - rozczarowuje. Niemniej parę historii wywołało u mnie ciarki na plecach i przyspieszone bicie serca, więc chyba o to chodziło. Ale na pewno sama okładka jest lepsza i bardziej klimatyczna niż jej zawartość, co przyznaję ze smutkiem.
piątek, 12 lipca 2019 | By: Annie

Mama, czytanie i spacery

Tak miało być ;) Jeden z dwóch razy kiedy
faktycznie się udało na kilka minut...
                    Kiedy będąc jeszcze w ciąży wyobrażałam sobie czytanie z malutkim dzieckiem, oczyma duszy widziałam już te długie, leniwe spacery po parku ze smacznie śpiącym bobasem w wózeczku. A ja kindle w dłoń i ile to ja nie przeczytam! Ewentualnie w grę wchodziła wersja: ja na ławce z książką, w ręku termos z ciepłą kawką i pochłaniam lekturę za lekturą, od czasu do czasu huśtając wózek nogą. Śmiać mi się chce z samej siebie, te wyobrażenia nie mogły okazać się dalsze od rzeczywistości. Mój egzemplarz bobasa od początku nie akceptuje wózka, teraz, w spacerówce jest nieco lepiej (choć Laura autentycznie NIGDY jeszcze w niej nie zasnęła), natomiast gondola ewidentnie parzyła. Większość spacerów minęła nam zatem w chuście, koniecznie w ciągłym ruchu, ewentualnie po prostu na rękach przodem do świata, bo tak jest jednak najfajniej i najciekawiej - oczywiście dla dziecka. ;) Kawę na spacer dotychczas zrobiłam sobie raz, po czym wylałam ją na siebie zahaczając o drzwi podczas wyjeżdżania wózkiem z klatki. Na spacerze czytałam może ze dwa razy, tylko dlatego, że mąż w tym czasie nosił Laurkę na rękach. A jednak czytam teraz więcej niż wtedy, kiedy będąc jeszcze w ciąży, beztrosko obijałam się całe dnie. Jak to możliwe? Macierzyństwo dość szybko nauczyło mnie lepszej organizacji czasu i teraz każdą godzinę potrafię wycisnąć co do minuty, a minutę wykorzystać co do sekundy. Nie mówiąc nawet o tym, że teraz to, co kiedyś zajmowało mi godzinę, robię w pięć minut. Dotyczy to również czytania. Czytam kiedy Laura śpi lub podczas karmienia, ewentualnie kiedy mąż weźmie ją na spacer. Nie rozdrabniam się, nie debatuję już pół dnia 'co by tu przeczytać'. Jest chwila - wykorzystuję ją. Co więcej, lektura smakuje mi teraz lepiej, a przyjemność z czytania naprawdę jest większa, kiedy jest trudniej dostępna i dawkowana w małych porcjach. Znacie to? Ot, chwila przemyśleń przy popołudniowej kawce, kiedy dziecko śpi. ;)
czwartek, 11 lipca 2019 | By: Annie

"Szczelina" - Jozef Karika

                  Wow!!! Co to jest za powieść! Owszem horror, ale przede wszystkim genialne studium ludzkiej psychiki – jej kruchości, lichych mechanizmów obronnych, kronika rodzącego się powoli obłędu. Co więcej, do Jozefa Kariki naprawdę zgłosił się jeden z członków pamiętnej wyprawy na Trybecz - i opowiedział mu tę mrożącą krew w żyłach historię o wyprawie w słowackie pasmo górskie słynące z tajemniczych zaginięć – istny słowiański ‘trójkąt bermudzki’. Podobno wszystko, co zostało opisane w "Szczelinie" wydarzyło się naprawdę, choć dowodów brak. Jak pisze sam autor - on tylko przekazuje nam, co usłyszał – nie przekonuje, nie namawia do uwierzenia – sam ma bowiem wątpliwości – interpretację zdarzeń pozostawia w naszej gestii. I właśnie przez ten brak nachalności, silenia się na przekonywanie czy też snucia domysłów, a także przez nieidealnych, nieracjonalnych, a dzięki temu tak bardzo realistycznych i zwyczajnie ludzkich bohaterów – ta książka łapie za kark dreszczem autentycznego przerażenia. 

                        Jeśli spodziewacie się duchów, zombie czy wampirów grasujących po wzgórzach Trybecza to porzućcie ten tok myślenia. Wszystko leży bowiem w ludzkim umyśle – w nim skrywają się te najprawdziwsze demony, strachy i tajemnice. A także czyha obłęd, gdy fundamenty naszego świata, logicznego myślenia zostaną w jakikolwiek sposób podważone. Tej książki nie da się ot tak przeczytać, odłożyć na półkę i poszybować myślami ku kolejnej lekturze. Historia powraca czkawką, co za emocje!!! Ufff. Mam książkowego kaca-giganta. Rewelacja!
niedziela, 7 lipca 2019 | By: Annie

"Nie otwieraj oczu" - Josh Malerman

                              Rok 2019 upływa mi czytelniczo pod szyldem horroru - to moje literackie objawienie ostatnich kilku miesięcy - bez dwóch zdań. Bo oto odkryłam gatunek, który fenomenalnie potrafi połączyć w sobie wszystko to, co kocham i czego niestrudzenie poszukuję w literaturze - emocje, wciągającą fabułę, oryginalny pomysł, a także wielopłaszczyznową głębię psychologiczną i autentyzm rozterek bohaterów skonfrontowanych ze swoimi największymi lękami. A wszystko to okraszone strachem i przyjemnym uczuciem lekkiego niepokoju, dzięki któremu, na zasadzie kontrastu, czuję się tak przytulnie i doceniam wieczorny spokój, ciszę mieszkania, w tle odgłosy miasta, wygodne łóżko, śpiącą obok córeczkę...

                             Dopiero stopniowo zagłębiam się w ten horrorowy świat, nie mam zupełnie doświadczenia, więc nie wiem też czy to kwestia braku porównania, czy wymagań, czy sprzyja mi po prostu szczęście nowicjusza, w każdym razie zachwyca mnie każdy horror, po który sięgnę. Niemniej dawkuję sobie ekstremalne doświadczenia, bowiem te książki wyczerpują mnie emocjonalnie. Nie inaczej było z "Nie otwieraj oczu". To postapokaliptyczna, dwupłaszczyznowa opowieść o losach pewnej kobiety, Malorie, której udaje się 'nie zobaczyć', a dzięki temu przeżyć. Nie zobaczyć czego? No właśnie w tym tkwi cała zagwozdka - nikt nie wie - bowiem każdy, kto spojrzy na tajemnicze TO wariuje, staje się agresywny, zabija siebie i innych w najbliższym otoczeniu... Ci, którzy przetrwali noszą opaski zasłaniające oczy - życie w ciemnościach to jedyny sposób na bezpieczeństwo w tym nowym, niebezpiecznym świecie. Poznajemy losy Malorie z przeszłości, kim była i jak radziła sobie wraz z grupą przypadkowo poznanych osób tuż po katastrofie, naprzemiennie z drugą płaszczyzną czasową, którą stanowią jej teraźniejsze perypetie, kiedy opiekuje się dwójką małych dzieci.

                             "Nie otwieraj oczu" to przede wszystkim znakomity, oryginalny pomysł. Ale nie tylko, bo to również (a może właśnie przede wszystkim) niebywale emocjonująca, wiarygodna opowieść o walce matki o swoje dzieci, walce o normalność, walce o życie. I właśnie to mnie tak zachwyca w możliwościach horroru - że z jednej strony otrzymuję fantastyczną i wciągającą fabułę, a z drugiej to zaledwie preludium do zanurzenia się w mrok duszy, do konfrontacji z ludzką naturą, do obserwacji zachowania bohaterów w warunkach ekstremalnych. "Nie otwieraj oczu" to naprawdę smakowita, niesamowicie wciągająca i emocjonująca powieść, przy której kilka razy się porządnie bałam. Strony tej powieści przesiąknięte są postapokaliptyczną grozą oraz nastrojem tajemniczego, nieuchwytnego zagrożenia - spotęgowanego tym, że tak naprawdę nie wiadomo czego się bać - a przez to uderzającego w tę najczulszą strunę w sercu. Żałuję tylko, że zaraz po lekturze obejrzałam netflixową ekranizację, bowiem zatarła mi nieco książkowe obrazy w wyobraźni, a podobała mi się znacznie mniej niż papierowy pierwowzór, który gorąco polecam!!! Podobno cześć druga książki właśnie się pisze, więc zacieram rączki z niecierpliwości!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...