czwartek, 5 marca 2020 | By: Annie

"Wielkie kłamstewka" - Liane Moriarty

                       "Gotowe na wszystko" w wersji papierowej - oto pierwsze i chyba najtrafniejsze skojarzenie nasuwające mi się odnośnie książki Liane Moriarty. Swego czasu, jeszcze w liceum, wprost ubóstwiałam ten niemal kultowy już serial (muszę sobie zrobić powtórkę!) - marzyłam żeby mieszkać na Wisteria Lane, mieć dom piękny jak Bree, sama być piękna jak Gabi itd. ;) Jednak "Wielkie kłamstewka" to w żadnym razie nie powielona historia, a po prostu podobny, smakowity klimat - podmiejskie, zamożne osiedle, sieć kobiecych znajomości, przyjaźni i intryg. Bo otóż dowiadujemy się, że w trakcie wieczorku integracyjnego dla rodziców wydarzyło się coś strasznego... Niemniej zagadka, choć stanowi nić przewodnią, nie dominuje całej opowieści. "Wielkie kłamstewka" to przede wszystkim historia o różnych obliczach, jakie może przybrać życie kobiety - samotne macierzyństwo, strach przed starością, przemoc domowa... Jest to również piękna opowieść o kobiecej przyjaźni, solidarności i płynącej z nich niesamowitej siły.

                        Książka jest świetnie skonstruowana, fabuła nieustannie trzyma w napięciu, a wplecione w tekst w konwencji wywiadu fragmenty wypowiedzi trzecioplanowych bohaterów jeszcze potęgują wrażenie autentyzmu opisywanych wydarzeń. Czyta się to rewelacyjnie, wciąga bez reszty. Takie czytadło z wysoką jakością. Trochę kryminału, tajemnica i dużo obyczajowości. Smaczek. A teraz biję się z myślami czy skusić się na serial... Boję się, że nie dorówna książce, a zatrze obrazy wyobraźni... A powieść oczywiście gorąco polecam!
poniedziałek, 2 marca 2020 | By: Annie

"Zgiń, kochanie" - Ariana Harwicz

                      "Zgiń, kochanie" to kolejna trudna książka na moim czytelniczym koncie, której nie umiem - i zdecydowanie nie chcę - jednoznacznie ocenić. Na pierwszy rzut oka to opowieść o kobiecie, której przytrafiło się macierzyństwo, tak jak innym ludziom przytrafiają się nieszczęścia. Jednak moim zdaniem opis na okładce wprowadza w błąd, to nie jest bowiem lektura o stawianiu się matką, jest to natomiast opowieść o obłędzie, o chorobie psychicznej, które wyszły na światło dzienne jedynie wyzwolone małżeństwem i macierzyństwem - próbą odegrania w prawdziwym życiu telewizyjnej reklamy płatków śniadaniowych - oczywiście z góry skazaną na porażkę. Dom na wsi, sielska przyroda i dramat w duszy - ta książka pokazuje co by się stało, gdyby w chwili emocjonalnego kryzysu nie wziąć oddechu, nie stawić czoła rzeczywistości, a beztrosko zatracić się w szaleństwie...

                        "Zgiń, kochanie" to w moim odczuciu pozycja pełna paradoksów. Niektóre spostrzeżenia są zaskakująco trafne, niektóre niezrozumiałe i wydumane. Język momentami zatrzymuje pięknem metafory, by chwilę później wzbudzić obrzydzenie niepotrzebną wulgarnością i drastyczną przemocą. Jest w tej prozie jednocześnie coś odstręczającego i perwersyjne fascynującego. Brudnego, brzydkiego oraz pięknego i delikatnego. Na tekst składają się urywane obrazy z pogranicza snu i jawy - czytało mi się to ciężko, z wysiłkiem, trudno było mi wniknąć w historię, ale gdy już przełamałam tę barierę niedostępności, wsiąkłam w gęsty, erotyczny, rozedrgany i oniryczny świat, który ciut przypomniał mi klimatem "Przekleństwa niewinności".

                           "Zgiń, kochanie" to jedna z tych pozycji, o których można dyskutować bez końca, w której każdy poprzez pryzmat swoich własnych doświadczeń dostrzeże coś zupełnie innego. Czy to jest dobra książka? Szczerze mówiąc - nie wiem. Mam poczucie, że zabrakło mi skupienia, jasnego umysłu, że mogłam z tej lektury wyciągnąć więcej, że być może nie udało mi się dostrzec i zgłębić wszystkich jej niuansów. Niekoniecznie trafiła na swój czas - jestem notorycznie niewyspana, zmęczona, zabiegana. Jednym słowem - uroki macierzyństwa. Jednak, co znamienne - chociaż bywam neurotyczna, ani przez chwilę nie dostrzegłam siebie w tej książce, nie zrozumiałam bohaterki, nie utożsamiłam się z nią, co czynię niejako 'z automatu' czytając książki 'macierzyńskie'. Dla mnie to zdecydowanie nie jest uniwersalna opowieść o byciu matką, a raczej historia nieprzystosowania, obłędu, szaleństwa, nieudanej próby wciśnięcia niestabilnej, chorej duszy w ciasne ramy oczekiwań i społecznych ról. Nie mam niestety poczucia poznania tej historii w pełni, zgłębienia tematu, a jednocześnie pewne obrazy, opisy i wywołane przez nie emocje oraz przemyślenia zostaną ze mną na długo. Więc w sumie wrażenia mam mieszane... Niemniej nie żałuję, że przeczytałam.

"Chodzimy z dzieckiem do parku w swetrach z wełny jagnięcej, on mówi "brum-brum", a ja nie mogę złapać tchu. W środku nadal płonie ogień". 
"Powinnam mu ugotować jakiś makaron czy zupę, przynieść jakąś zieleninę z warzywnika sąsiada, ale mi się nie chce. Macierzyństwo jest tak okropnie nieciekawe. Strasznie mi się już chce. W środku rośnie coraz większa gula. Upuszczam go i zaciskam nogi. Biegnę, zamykam się. On zawodzi histerycznie jak płaczki na pogrzebie. Nie wytrzymuję i otwieram drzwi, myśląc przy tym, jakie to wszystko obrzydliwe."
"I czułam się tak, jakby coś mnie dusiło, łapało za gardło, jakby kleszcz łaził mi po szyi, jakby coś mnie oplatało, wpijało się we mnie, wbijało szczypczyki w krtań."
wtorek, 18 lutego 2020 | By: Annie

Uwaga, dzieło! "Prochy Angeli" - Frank McCourt

                     Kolejna odsłona naszego małego wyzwania w ramach dwuosobowego klubu czytelniczego - na styczeń łapka Laurki wylosowała nam do przeczytania "Prochy Angeli" Franka McCourta. To nagrodzona Pulitzerem pozycja, swego czasu wielki hit w Stanach, w Polsce wydana daaawno temu, obecnie zupełnie zapomniana. Dla mnie osobiście to jedna z tych książek, które od lat ciągle mam wysoko na liście TBR i jednocześnie wielki czytelniczy wyrzut sumienia. Wynalazłam ją podczas jednego z maratonów szperania w sieci w poszukiwaniu przykurzonych smakołyków. Instynkt mnie nie zawiódł i ogromnie sie cieszę, że trafiłam na tę perełkę - to była prawdziwa literacka uczta. 

                      "Prochy Angeli" to autobiograficzna opowieść obejmująca dzieciństwo i wczesną młodość autora. Frank McCourt, urodzony w Nowym Jorku, w wieku kilku lat powrócił wraz z rodziną do Irlandii. Tam wiódł życie naznaczone ubóstwem i alkoholizmem ojca, często mieszkając w dramatycznych, nieludzkich wręcz warunkach... Kilka razy podczas lektury niemal pękło mi serce, choć patrząc całościowo, nie jest to przygnębiająca pozycja, a wręcz przeciwnie - daje nadzieję i inspiruje beztroską, żywiołową młodością. Mamy tu również dokładnie ten poziom szczegółowej obyczajowości, który uwielbiam w literaturze i którego ciągle namiętnie poszukuję - poznajemy bohaterów od podszewki, wiemy o nich wszystko. Niesamowite jak Frank McCourt opisał swoje dorastanie - nie wiem czy faktycznie tak ukształtowały się jego wspomnienia, czy to po prostu genialny zabieg literacki - autor bowiem przez wiele lat nauczał kreatywnego pisania - natomiast możliwość stopniowego obserwowania jak jako młody chłopak powoli dostrzega otaczającą go biedę, jak zaczyna mu ona przeszkadzać, potem zaczyna się jej wstydzić... mistrzostwo świata. A jednocześnie jest to napisane tak, że momentalnie wsiąkasz w ten tekst, w ten ubogi, mroczny świat, który już nie istnieje. Czujesz wszystko. Jesteś tam, w brudnym, cuchnącym Limerick, razem z młodym Frankiem nosisz dziurawe buty, obrywasz w szkole, szukasz czegoś do jedzenia, zawierasz przyjaźnie i walczysz o swoje. Coś niesamowitego. To gęsta, mięsista, soczysta lektura, po którą warto sięgnąć chociażby dla samych jej walorów literackich. Wciąga, pochłania, oczarowuje pięknym stylem i językiem. Uwierzyłam bezkrytycznie w każde słowo. Dla mnie osobiście - dzieło. Będę tę pozycję polecała wszem i wobec, bo to, że uległa całkowitemu zapomnieniu, to niemal zbrodnia na literaturze! Rozpaczam, że nie ma dostępnych ebooków następnych części - powstały bowiem jeszcze dwie książki, opowiadające o dalszych losach autora, które koniecznie muszę przeczytać!
wtorek, 11 lutego 2020 | By: Annie

"Szóste piętro" - Alex Sinclair

                         Sięgnęłam po tę książkę zupełnie w ciemno, niesamowicie zaintrygowały mnie opis oraz okładka. Usiadłam w kawiarni, zamówiłam kawę. Kawa wystygła, a ja z wypiekami na twarzy dosłownie połknęłam pierwszą połowę książki - zahipnotyzowana i bez reszty wciągnięta. Niestety, potem akcja nieco siadła, a doczytane już późno w nocy zakończenie trochę rozczarowało, co przyznaję z ogromnym żalem.

                         Owa pozycja to dość kobiecy thriller rozgrywający się w luksusowym apartamentowcu na Manhattanie. Główna bohaterka wraz z córką jadą windą, która niespodziewanie psuje się między piętrami. Dziewczynce udaje się przecisnąć przez szczelinę w drzwiach i... rozpływa się w powietrzu. Zrozpaczona matka przetrząsa cały budynek, przy okazji zgłębiając mroczne sekrety jego mieszkańców - wiele pięter, setki mieszkań, klaustrofobiczne korytarze, coraz bardziej plączące się nitki kłamstw... Jest klimat! Jednocześnie na drugiej płaszczyźnie czasowej poznajemy historię małżeństwa bohaterki z okresu poprzedzającego narodziny jej córeczki. Nie chcę spoilerować, natomiast mamy tu ten nie do końca satysfakcjonujący sposób rozwiązania zagadki, który pozwala autorowi (moim zdaniem) zdecydowanie zbyt łatwo wywinąć się od wyjaśniania całej zagmatwanej intrygi. Nie żałuję że przeczytałam, bo ja od zawsze gustuję w takich właśnie specyficznych lekturach - zamknięta przestrzeń, tajemniczy nastrój, intrygujący pomysł - dla fanów podobnych smaków literackich "Szóste piętro" to będzie niezła gratka. Natomiast nie jest to według mnie thriller z kategorii 'naj, naj', właśnie ze względu na zakończenie, choć jednocześnie jest to niesamowicie wciągająca i umiejętnie skonstruowana lektura z gatunku tych, przy których można zarwać całą noc.
niedziela, 26 stycznia 2020 | By: Annie

"Niebieskie migdały" - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

                          Od czasu do czasu nachodzi mnie nagła, gwałtowna ochota na taką zwykłą, babską i koniecznie polską literaturę obyczajową. Nie walczę z tym, bo i po co? Zamiast tego radośnie rzucam się do przeglądania zasobów mojego kindla w poszukiwaniu odpowiedniej pozycji. Dodatkowo nadal pociągają mnie historie, w których bohaterka jest w ciąży, zostaje matką, zmaga się z początkami macierzyństwa itd. "Niebieskie migdały" wydały mi się zatem lekturą idealną. 

                          Główna bohaterka, Ina, na skutek romansu z przystojnym, choć parszywym wewnętrznie prezenterem telewizyjnym, zostaje samotną mamą uroczego Kajtka. Macierzyństwo oczywiście nie okazuje się być kaszką z mleczkiem, nowej rzeczywistości nie ułatwiają również bliscy, którzy starają się za wszelką cenę wyswatać bohaterkę. Opis początków życia z niemowlakiem udał się autorce całkiem realistycznie, naprawdę - czytałam z wielką przyjemnością, co i raz kiwając głową. Natomiast dalej to już się zrobiła taka typowa słodka, przewidywalna bajeczka i oczywiście, jak to w tego typu historiach bywa, dziecko szybko zeszło na dalszy plan, by ustąpić pola miłosnym perypetiom. A że mi bardziej zależało na elementach macierzyńskich niż romansowych, to w sumie uczucia mam letnie. Było ok, autorka ma lekkie pióro, książkę czytało mi się przyjemnie i muszę przyznać, że momentami było naprawdę zabawnie. Szkoda tylko, że większy akcent nie został tu jednak położony na początki życia z dzieckiem - takich lekkich, zabawnych lektur dla młodych matek zdecydowanie brakuje. Natomiast błahych romansów z jednej kalki jest na pęczki, także w rezultacie "Niebieskie migdały" nieco zmarnowały swój potencjał i okazały się być takim typowym czytadłem - bez szału, ale i bez bólu. W porządku było, o. Tylko tyle albo aż tyle.
sobota, 18 stycznia 2020 | By: Annie

"Krysia. Mała książka wielkich spraw" - Michalina Grzesiak

                     Miła, przyjemna i zabawna książka o macierzyństwie - krótki, lekki przecinek pośród innych lektur. Sięgnęłam po nią w zeszłym tygodniu, żeby trochę przewietrzyć głowę i wyluzować - wymiana rur gazowych w całym bloku dała się nam bowiem mocno we znaki. Owa pozycja to nie poradnik, a raczej zbiór wielu krótkich historyjek, ciekawych i dających do myślenia spostrzeżeń, anegdotek i najlepszych tekstów pewnej zaradnej, kilkuletniej Krysi. Opowiedziane z punktu widzenia matki, która dzielnie walczy z rzeczywistością, z nieobecnością męża, z ciągłym brakiem czasu - a to wszystko ubrane w dużą dawkę ciętego humoru i ironii. Bo rodzicielska codzienność nie zawsze bywa łaskawa, ale jest za to nieustannie rozjaśniania promyczkami słońca - obecnością dzieci, które jak męczące by nie były, to jednak jak nikt potrafią jednym gestem czy słowem poprawić nastrój i przywrócić wiarę w świat. Jest szczerze, nielukrowato, z początku trochę trudno było mi się wgryźć w styl pisania autorki, ale dość szybko wszystko zaklikało. Dla mnie ta książka to był taki krótki podgląd przyszłości - jak to będzie za parę lat z moją własną, rezolutną i żywiołową córeczką. I powiem szczerze, że nie mogę się doczekać! 😉

"Mrucząca pralka, namydlone szklanki i niedokończone kanapki zupełnie nam nie przeszkadzały (...). Kolejny rozgrzebany wieczór wnosił do domu ciepły chaos, w którym każdy walczył o atencję. Gdyby ktoś obserwował nas z zewnątrz, pomyślałby, że we wszystkim tonę, podczas gdy ja tak naprawdę unosiłam się na morzu sprawnie, nie zwracając uwagi na stan łajby, na pokładzie której witałam codzienne sztormy."

"Brak dolnej jedynki odebrał jej nieco z zadziorności i nawet najpoważniejsze zdania brzmiały jak pokryte pluszem."

"Możemy się jedynie starać, w coś wierzyć, ale przede wszystkim musimy kochać do szaleństwa. Tylko ten drogowskaz ma realną szansę wskazać dziecku dobrą drogę."
niedziela, 12 stycznia 2020 | By: Annie

"Równonoc" - Anna Fryczkowska

                        To już druga pozycja przeczytana wspólnie z Mamą w ramach naszego małego, bo dwuosobowego klubu czytelniczego, w którym co miesiąc, z puli wcześniej wybranych książek - raczej ambitniejszych, takich które zbyt długo czekają na półce 'do-przeczytania' - Laurka wylosowuje nam jedną karteczkę z tytułem. Tym razem padło na "Równonoc" Anny Fryczkowskiej - opartą na faktach opowieść o zaginięciu czterech nastoletnich chłopców pod koniec lat 90' w województwie zachodniopomorskim. Przypadkowa zbieżność czy grasujący seryjny morderca? Jednak wbrew pozorom to nie kryminał, a rasowa proza obyczajowa, która z perspektywy rodzica usiłuje opisać rzecz absolutnie nieopisywalną - dziurę w sercu o rozmiarach całego wszechświata, nieskończony strach i niepokój rodzica, który stracił swoje dziecko. Mamy możliwość obserwowania bohaterów na wielu płaszczyznach - czasowej, małżeńskiej, religijnej - widzimy różne podejścia, różne sposoby radzenia sobie z tragedią, kolejne stadia żałoby. Jest w tych portretach coś niezwykle intymnego, szczerego, poruszającego - uwierzyłam w każde słowo.

                         Od kiedy sama zostałam mamą omijam tego typu lektury szerokim łukiem i przyznam, że po "Równonoc" byłam w stanie sięgnąć tylko dlatego, że opowiada o nastolatkach. A i tak ładunek emocjonalny był ogromny. To kolejna pozycja z serii Na F/Aktach wydawnictwa Od Deski Do Deski, którą przeczytałam i ponownie się nie zawiodłam. Książkę się dosłownie połyka, jest świetnie napisana. Chwyta za serce, daje do myślenia, porusza. W ramach czepialstwa - troszkę zabrakło mi sprecyzowania co jest fikcją, a co prawdą, co domysłem, a co gołym faktem. Czy autorka faktycznie rozmawiała z rodzinami? Co z postacią księdza? Na szczęście trochę poszperałam i okazało się, że doskonałym uzupełnieniem lektury jest wywiad dostępny TUTAJ.

                          Książki Anny Fryczkowskiej czytuję regularnie od lat, to jedna z moich ulubionych polskich pisarek. A "Równonoc" to moim zdaniem najlepsza i zdecydowanie najdojrzalsza pozycja w całym jej dorobku. Gorąco polecam!
niedziela, 5 stycznia 2020 | By: Annie

"Zwierzenia popkulturalne" - Katarzyna Czajka-Kominiarczuk

                      Rok 2020 literacko zaczynam z bardzo mocnym przytupem - od lektury świetnie napisanej, błyskotliwej, inspirującej oraz - moim zdaniem - szalenie wartościowej. Niestety, nie widzę nigdzie jej reklam, recenzji, polecanek - wielka szkoda! Nie przegapcie zatem tej pozycji, bo jeśli choć odrobinę intryguje Was fascynujący świat filmów i popkultury ogółem, a także zjawiska socjologiczne z nimi powiązane - to będzie to czytelniczy strzał w dziesiątkę. Mowa tu o książce "Zwierzenia popkulturalne" Katarzyny Czajki-Kominiarczuk - autorki kultowego już bloga Zwierz popkulturalny, którego, przyznam ze wstydem, nigdy nie czytałam (choć teraz żarliwie nadrabiam!). Myślę, że jest to o tyle warte zaznaczania, bo wszystkie teksty zawarte w książce stanowiły dla mnie zupełną, fascynującą nowość, a jednocześnie nie umiem ocenić ich na tle treści bloga. Owa książka to bowiem zbiór szeroko rozumianych felietonów i przemyśleń autorki, dotykających przeróżnych tematów popkulturalnych - zaczynając od zjawiska binge-watchingu, przez naukę analizowania wyników box office i kategorii wiekowych, trudny wybór ulubionego filmu i historię romansu kina z popcornem, kwestie dubbingu, spoilerów, upodobania twórców komedii romantycznych do lotnisk, aż po kinowy savoir-vivre czy charakterystykę porównawczą współczesnych postaci Sherlocka Holmesa. A to raptem tylko kilka pierwszych przykładów z brzegu.

                       Kilka uwag. Choć tytuł może nieco błędnie sugerować, że jest to książka o szeroko rozumianej popkulturze, to myślę, że aby uniknąć potencjalnego rozczarowania, warto sprecyzować, iż autorka skupia się tylko na filmach i serialach. Na próżno szukać tu nawiązań do świata książek, muzyki czy sztuki. Mam również wrażenie, że Zwierzowi parę razy nie udało się niestety uciec od lekkiego naciągania toku rozumowania i przytaczania przykładów ciut na siłę pod uprzednio postawioną tezę. Nie złapałam jej ani razu za rękę, to moje czysto subiektywne odczucia, niemniej jest to na tyle subtelne, że nie przeszkadza w lekturze i jest jak najbardziej wybaczalne. Marzyłoby mi się także jeszcze więcej przykładów filmów, aktorów, historii do każdego z poruszanych tematów, ale to ten typ książki, którą mogłabym czytać w nieskończoność, więc szczerze nie sądzę, że jakakolwiek ilość byłaby dla mnie w pełni satysfakcjonująca. Jeden, najbardziej dokuczliwy minus to kiepska korekta - niestety, w tekście znajduje się sporo literówek, powtórzeń, błędów stylistycznych. Szkoda, że książka nie znalazła się pod skrzydłami jakiegoś większego, 'silniejszego' wydawnictwa - z korektą z prawdziwego zdarzenia oraz zapleczem finansowym na promocję tytułu - bo dla mnie ewidentnie ma potencjał na naprawdę wartościowy bestseller, a boję się, że zniknie gdzieś bez echa w tłumie...

                        Wyliczam tu same 'zarzuty', ale właśnie na ich tle chcę podkreślić, jak bardzo podobała mi się ta lektura - do tego stopnia, że nijak nie umniejszają one jej wartości w moich oczach i nadal będę ją gorąco wszystkim polecała. Dużo sympatii wzbudziła we mnie również sama autorka - jest bardzo dowcipna i, co ważniejsze, zupełnie wyzbyta jakiegokolwiek snobizmu. Zarówno jej styl pisania, jak i samo podejście do filmów i seriali jest bardzo wyrozumiałe, nie oceniające, na luzie. Dla mnie "Zwierzenia popkulturalne" to lektura niemal idealna - stanowiąca swego rodzaju przewodnik, drogowskaz dla współczesnych widzów. Może nie dla małej grupki tych najbardziej wysublimowanych, którzy do śniadania oglądają niezależne kino węgierskie z lat 50', ale dla tych zwyczajnych, którzy z przyjemnością odpalają wieczorem serial z Netflixa, lubią chodzić do kina, a jednocześnie nie mają pretensji do tytułu znawcy czy eksperta, i chcą nieco poszerzyć swoją wiedzę oraz horyzonty. Ja właśnie siebie umiejscawiam w tej drugiej kategorii, a po zakończonej lekturze faktycznie czuję się mądrzejsza, wzbogacona, również moje spojrzenie na pewne filmowe kwestie uległo znacznemu rozwinięciu. Jednocześnie książka stanowi też po prostu niesamowicie wciągającą i przyjemną rozrywkę - nie mogłam się oderwać! Lekkie pióro, dużo dowcipu - czyta się to znakomicie. Gorąco polecam!!!
środa, 1 stycznia 2020 | By: Annie

Podsumowanie roku 2019

                     Rok 2019 zapamiętam przede wszystkim jako rok, w którym pełnoetatowo spełniałam się w roli mamy małego ludzika. Pierwsze posiłki, pierwsze kroki, pierwsze słowa - aż ciężko uwierzyć ile nowego taki maluch potrafi się w ciągu zaledwie dwunastu miesięcy nauczyć! Ponadto był to rok, w którym zaliczyliśmy nasz pierwszy większy wyjazd we trójkę, a także rok, w którym mój kochany mąż zakończył postudiowe, beztroskie stażowanie i w listopadzie rozpoczął już bardzo 'na serio' pracę na etacie lekarza rezydenta w szpitalu. Gdzieś w tle tego wszystkiego przeczytałam natomiast aż 69 książek - wszystkie tytuły TUTAJ. Szczerze mówiąc jestem bardzo pozytywnie zaskoczona tą liczbą, nie czyniłam żadnych założeń czy planów, nie spodziewałam się tak dobrego wyniku. Czytałam przede wszystkim na kindlu, a przez to, że mam abonament w Legimi, łakomie sięgałam głównie po nowości, za przewodnika mając jedynie swój czytelniczy instynkt. I przyznam, że intuicja nie zawiodła mnie - przeczytałam całkiem sporo naprawdę fajnych książek. Co wyróżnia ten rok czytelniczo to fakt, iż nagle poczułam dziwną miętę do horroru - i planuję konsekwentnie pogłębiać tę fascynację. Udało mi się również zaliczyć parę pozycji z półki 'must read', które chciałam przeczytać od lat - między innymi "Drogę" McCarthy'ego oraz "Opowieść podręcznej" Atwood. Dodatkowo poznałam kilku nowych, ciekawych autorów - takich, jak wspomniani już Atwood i McCarthy, ale również Jakub Małecki, Mariusz Szczygieł czy rewelacyjna Miranda July. Ponadto czytałam dużo literatury parentingowej, poradników, trochę romansów oraz częściej niż zwykle sięgałam po literaturę młodzieżową. A do tego dochodzą jeszcze dziesiątki książeczek, które przeczytałam Laurce niezliczoną ilość razy - niepostrzeżenie literatura dziecięca stała się moim nowym konikiem.


                        Co do książki roku 2019 wyjątkowo nie mam trudności z wyborem - zostaje nią horror(!) "Szczelina" Jozefa Kariki, po którego lekturze wciąż jeszcze nie pozbierałam szczęki z podłogi. To mroczna, przesiąknięta tajemnicą, podszyta niepokojem i grozą opowieść o słowiańskim trójkącie bermudzkim - o tym, że prawdziwe demony i strach czają się przede wszystkim w ludzkim umyśle. W trakcie lektury nie sądziłam, że okaże się to dla mnie aż tak ważna książka, że wiele miesięcy później nadal będę często wracała do niej myślami i nachalnie polecała wszystkim w koło. Inne warte polecenia pozycje to zdecydowanie "Pierwszy bandzior" Mirandy July, "Nie otwieraj oczu" Josha Malermana i "50 twarzy Tindera" Joanny Jędrusik. Ogromne wrażenie i lawinę przemyśleń wywołała we mnie lektura "W głębi kontinuum" Jean Liedloff - uważam, że każdy świadomy, chcący się rozwijać człowiek powinien ją obowiązkowo przeczytać - na pewno podaruję jej osobną notkę. Najgorsza pozycja to zdecydowanie "Obłęd" Justyny Kopińskiej - takiego gniotka dawno nie spotkałam. 

                       Wielu książek przeczytanych w tym roku nie odpisałam na blogu, czego ogromnie żałuję. Pokonały mnie obowiązki oraz zmęczenie. I tak płynnie przechodząc do postanowień noworocznych... Chciałabym przede wszystkim regularnie, w miarę możliwości na świeżo po lekturze, zamieszczać tu notki. Oczywiście czytać więcej i ambitniej również - wiadomo. ;) Natomiast życiowo nie czynię jakiś większych postanowień - żadnych diet, codziennych ćwiczeń czy innych dziwactw. ;) Po prostu chciałabym jeszcze bardziej docenić swoje życie - częściej cieszyć się z tej naszej zwykłej, pięknej codzienności, nie dać się rutynie i każdą chwilę wyciskać do ostatniej kropelki szczęścia. Nie przejmować się drobiazgami, cieszyć z życia i mniej się stresować. Nowy rok na pewno przyniesie wiele zmian - rozpoczynamy poszukiwania nowego mieszkania, Laurka jest coraz starsza, a ja nadal jestem w fazie przemyśleń 'co chcę robić w życiu'. Oby nowy rok był równie dobry, co ten miniony i niósł ze sobą same pozytywne wydarzenia. Tego życzę sobie i Wam. :)
poniedziałek, 30 grudnia 2019 | By: Annie

"Świąteczna gorączka" - Maja Damięcka

                     Po książki w rodzaju "Świątecznej gorączki" sięgam w jednym tylko celu - żeby zająć czymś oczy kiedy jestem już bardzo zmęczona, a usiłuję nie zasnąć - podczas wieczornego karmienia czy tulenia Laurki. Zamiast scrollować instagrama czy facebooka, czytam sobie wtedy bezmyślnie takie leciutkie głupotki. I nawet mam z tego sporo frajdy, choć myślę, że kluczowe jest tu moje nastawienie. Po prostu nie analizuję, nie wnikam, nie oceniam fabuły - przyjmuję ją z całym dobrodziejstwem inwentarza - zawsze jest to kiczowata historia miłosna plus parę pikantniejszych opisów. Z resztą moim zdaniem sięganie po tego typu książki z innym podejściem, lub jeszcze gorzej - w poszukiwaniu wiarygodnej historii czy pięknego języka, całkowicie mija się z celem. Nie temu one służą, nie po to powstały, i warto mieć tego świadomość jeszcze przed rozpoczęciem czytania. W przypadku "Świątecznej gorączki" mamy bad-boy'a biznesmena, który nie lubi Świat oraz uroczą panią doktor. Reszty pewnie każdy się domyśli. 😉 Podczas lektury bawiłam się całkiem dobrze, a pod koniec nawet wciągnęłam się w historię. Natomiast nie będę jakoś szczególnie polecać, bo zwyczajnie nie mam porównania - na swoim czytelniczym koncie mam raptem kilka romansów. Jak dla mnie było ok, książka jest sprawnie napisana, no i spełniła swoją rolę - nie zasnęłam. Niemniej jeśli ktoś szuka literatury pięknej - zdecydowanie odradzam. Natomiast dla amatora lekkiej, romansowej rozrywki - czemu nie? Choć "Turbulencja" była zdecydowanie lepsza, hihi. 😉 

                      To była moja ostatnia świąteczna i prawdopodobnie również ostatnia książka, którą przeczytałam w tym roku. Zatem bilans grudniowy to 5 powieści ze Świętami w tle, nieźle! Na podsumowania roczne przyjdzie jeszcze pora. 🙂
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...